snowBoard MDS 54/2012
.: W poszukiwaniu głębokiego puchu / Polska i Słowacja
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
Maj to fajny miesiąc na spacery, rowerowe wycieczki i grillowanie w ogrodzie z browarem, który miło chłodzi dłoń. Tym razem postanowiłem jednak odpuścić niedzielne barbecue u cioci, bo alternatywa smażonych kiełbasek była bardzo kusząca. - W Tatrach jest całkiem przyzwoity warun - zapewniał w słuchawce telefonu głos znajomego, który już dzień wcześniej jeździł na Kopie Kondrackiej. Teraz ekipa miała się przenieść na zachodni kraniec naszych Tatr, do Doliny Chochołowskiej. A ja nie mogłem tego odpuścić!

Na Polanie Chochołowskiej jest świetnie usytuowane schronisko, które może robić za bazę wypadową do freeride'owych wyjść w góry. Wybierając się tam na weekend warto jednak wcześniej zadzwonić i zarezerwować sobie nocleg. Tak też zrobili moi znajomi. Miejsce się dla nich znalazło, ale obsługa schroniska uprzedziła o mogących się pojawić niedogodnościach, związanych z odbywającym się tam weselem. - Niedogodności w związku z weselem?! - Tak pewnie pomyślał Kuba, który choć miał wracać do domu, zdecydował się na zmianę planów. Wesele mogło oznaczać tylko to, że freeride'owy wypad będzie miał miłe urozmaicenie, w postaci konkretnej imprezy. Trzeba przyznać, że to niecodzienny w górach scenariusz, którego Kuba nie mógł sobie odpuścić. Ja martwiłem się tylko, czy ekipa będzie nazajutrz w formie.

Ja też nie miałem lekko. Musiałem się stawić pod drzwiami schroniska o 9:00, czyli niemal bladym świtem ;) Nie było wyjścia. Zorganizowałem sobie pobudkę o piątej, później spędziłem dwie godziny za kierownicą, a kiedy słoneczko nieśmiało wychylało się ponad smreki, oświetlając Siwą Polanę u wylotu Doliny Chochołowskiej, byłem gotowy do drogi. Nic nie zakłócało sielanki, nawet parkingowy. Nie było też nikogo w budce z biletami do Parku i jeśli dobrze pamiętam, to zawiedli również górale - dorożkarze. Totalna pustka, co w Tatrach jest zjawiskiem rzadszym niż kozice.

Raźno ruszyłem z buta. Kijki niemiło zgrzytały o asfalt. Zaczynałem łapać rytm. Pod lasem, na mojej drodze, zauważyłem kilka owieczek, które szybko zbliżały się w moim kierunku. - Hmm, dziwne te owieczki – zdążyłem pomyśleć zanim zbaraniałem. Cholera, to nie owieczki tylko psy! Wielkie owczarki podhalańskie. Jedne widać młode, skore do zabawy, inne ospałe, ale dwa wyglądały na totalnych agresorów. Obszczekują mnie zajadle i coraz bardziej zacieśniają krąg. Raz idę przodem, raz tyłem, oganiając się kijami. Z czasem nawet tym przyjacielsko nastawionym zaczyna się udzielać nerwowa atmosfera. Coraz więcej przechodzi na stronę agresorów. Zaczynam być nieźle posrany. Jest niewesoło. Gdyby nie kije, byłoby już po mnie. Z opresji ratuje mnie w końcu jeden z poważnych wiekiem owczarków. Jest największy i jakby ospały, ale w końcu się wkurzył, skarcił buńczuczną młodzież i wataha daje mi w końcu święty spokój. Było ciepło, już myślałem, że mnie zjedzą...

Dalsza droga do schroniska to już najzwyklejsza wycieczka. Z parkingu na Polanę Chochołowską jest prawie 9 km nudnego przejścia. Jeśli się tam idzie enty raz i to w dodatku w pojedynkę, trasa może nadwyrężyć psyche. Długie proste odcinki po asfalcie to nic ciekawego. Na Polanie Chochołowskiej nie ma już krokusów, z których jest tak słynna. Widoczek na pocztówce, gdzie na pierwszym planie ścielą się kobierce tych kwiatów, a w tle są ośnieżone szczyty, najpewniej został zrobiony właśnie tutaj. W schronisku spotykam się z resztą ekipy. Wesele, na szczęście dla naszego wyjścia w góry, było cieniutkie. Nawet goście się nie bawili, a Kuba liczył na totalną balangę, która bez wyjątku wciągnie wszystkich. Przynajmniej nie ma problemu z bólem głowy.

Kierujemy się na Wołowiec (2063 m n.p.m.). Spod schroniska idzie się tam zielonym szlakiem. Dopiero po około półgodzinnym marszu zaczyna pojawiać się śnieg i od razu w dużej ilości. Nie jest jednak najlepszego gatunku. Wszystko przez temperaturę, bo słupek rtęci w termometrze podskoczył wręcz nieprzyzwoicie wysoko. Ludzi w górach jak na lekarstwo. Jednak z tymi, których się tu spotyka, jakoś łatwiej w takiej sytuacji zamienić przysłowiowe dwa zdania. - Jaki śnieg tam wyżej? - Widzieliście to lawinisko? ...Takie tam górskie pogaduchy. Czasami to tylko grzecznościowa wymiana zdań, ale czasami, taka rozmowa, to źródło cennych informacji o warunkach, co może mieć wpływ na podejmowane w czasie wycieczki decyzje. Starszy pan straszy, że tam wyżej kilkunastocentymetrowa warstwa śniegu leży na mało stabilnym podkładzie. - Może polecieć - kwituje na odchodne. Przyznam, że morale pikuje, jak się słyszy takie wieści. Nie odpuszczamy jednak. Póki co, śniegu jest całkiem spoko. W miarę podchodzenia będziemy obserwować stan i stabilność białej pokrywy. Zwykle o tej porze roku, pod względem lawinowym, jest już w miarę bezpiecznie. To właśnie wiosna jest najlepszym okresem na to, żeby zacząć zabawę we freeride. I nie mam tu na myśli jazdy po lesie 5 metrów od wyciągu, tylko pełnowartościowe wyjścia w góry ze wszystkimi przyjemnościami i zagrożeniami, jakie się z tym wiążą. Wiosną jest znacznie dłuższy dzień, więc jest większe prawdopodobieństwo, że uda nam się przed nocą wrócić bezpiecznie do schroniska. Zwykle jest też mniejsze zagrożenie lawinami, niż w środku zimy. Mimo wszystko czujnym trzeba być zawsze. Ostatni argument przemawiający za wiosennymi wyjściami to firn – pewien rodzaj śniegu, który tworzy się właśnie o tej porze roku, ale w specyficznych warunkach. Do jego powstania potrzeba mroźnej, słonecznej i wyżowej pogody, kiedy to w ciągu dnia słońce nadtapia białą powłokę, a w nocy mróz ścina ją na kamień. Jeśli taka sytuacja będzie się powtarzać kilka dni z rzędu, powstanie ten fantastyczny śnieg. Przyjemność z jazdy po nim ustępuje tylko surfowaniu w puchu. Firn jest dość twardy, bardzo przewidywalny, szybki, krawędź bardzo ładnie się w nim trzyma. Śnieg, na który weszliśmy tuż nad Polaną Chochołowską, zdecydowanie nie był firnem. Jeśli miałbym go jakoś nazwać, to raczej mniej ładnie... może breja? Jest mokry i pewnie strasznie „tępy”, ale to się dopiero okaże w zjeździe. Jednak im wyżej, tym białe okazywało się lepszego gatunku. Jazda po nim zapowiadała się dobrze.
Podejście na grań pomiędzy Rakoniem a Wołowcem, to przysłowiowa orka. Wydaje się, że jest na wyciągnięcie ręki, ale to tylko pobożne życzenie. Brak jakichkolwiek punktów odniesienia, jak choćby drzewa, czy grupy turystów stojących na przełęczy powoduje, że zmysły mogą, mówiąc bez ogródek, zrobić swojego właściciela w konia. Jest stromo, buty idącego przede mną śmigają mi nad głową. W końcu stajemy na grani. Pogoda się psuje. Chmura usiadła na szczycie Wołowca i sadowi się, jakby nie miała ochoty w najbliższym czasie ustąpić nam miejsca. Wielkie krople deszczu z rzadka padają na ziemię, czasami trafiają w mój kaptur. Gdzieś daleko mruczy burza. Nie jest jednak dramatycznie, bo niemal wszędzie wokoło świeci słońce. Tylko nad nami kiepsko, prawie jak w bajkach, gdy nad bohaterem, który ma pecha, utrzymuje się chmura trochę tylko większa od czapki.
Monia i Wasyl postanawiają nie czekać bezczynnie na poprawę pogody i proponują zjazd do dna kotła i powrót na grań. Kuba, Maciek i ja mamy raczej melancholijny klimat i nie podejmujemy tematu. - Jedźcie, my poczekamy – odpowiadamy na propozycję. Monia atakuje stok w swoim stylu – skręt musi mieć promień co najmniej 100 metrów. - Jak ona sobie radzi w lesie? - ciśnie mi się do głowy pytanie. Nie mogła się powstrzymać i zamiast zatrzymać się zaraz u podstawy ścianki, pognała jeszcze z pół kilometra dalej. Wasyl trzymał emocje na wodzy i nie dał się ponieść desce. Monia dochodzi na grań kilkanaście minut po nim.
Przejście grzbietem w kierunku szczytu to już formalność. Przynajmniej dla tej części ekipy, która nie nadwyrężyła się podczas dodatkowego zjazdu i podejścia.
Zjazd dostarcza bardzo zróżnicowanych wrażeń. Olbrzymia różnica wysokości jaką pokonujemy (jakieś 800 metrów) sprawia, że napotykamy kilka rodzajów śniegu. Na samej górze jest lekko zmrożony i dość twardy, nieco niżej na twardym podkładzie leży kilkanaście centymetrów miękkiego i nieco mokrego śniegu, a jeszcze niżej pokrywa jest w miarę jednorodna, miękka i ledwie da się po tym śmigać – po tak tępym śniegu chyba jeszcze nie jeździłem. Najlepszy fragment, to oczywiście ten na samej górze. Pokrywa wyglądała na stabilną, a przyjemność cięcia na krawędzi po twardym „prawie firnie” jest wprost nieopisana. Gdyby nie odpoczynek w połowie zjazdu, to do miejsca, gdzie kończy się śnieg dojechalibyśmy chyba w nie więcej, niż 10 minut. Można zadać sobie pytanie, czy ta chwila warta jest wszystkich niedogodności: pobudki o 5 rano, 4 godzin spędzonych w samochodzie, ponad dwunastokilometrowego marszu. Bez chwili wahania powiem - tak! ...A widoki są gratis.
Tekst i zdjęcia: Tomasz Dębiec
(snowBoard MDS nr 44/2009)
Na Polanie Chochołowskiej jest świetnie usytuowane schronisko, które może robić za bazę wypadową do freeride'owych wyjść w góry. Wybierając się tam na weekend warto jednak wcześniej zadzwonić i zarezerwować sobie nocleg. Tak też zrobili moi znajomi. Miejsce się dla nich znalazło, ale obsługa schroniska uprzedziła o mogących się pojawić niedogodnościach, związanych z odbywającym się tam weselem. - Niedogodności w związku z weselem?! - Tak pewnie pomyślał Kuba, który choć miał wracać do domu, zdecydował się na zmianę planów. Wesele mogło oznaczać tylko to, że freeride'owy wypad będzie miał miłe urozmaicenie, w postaci konkretnej imprezy. Trzeba przyznać, że to niecodzienny w górach scenariusz, którego Kuba nie mógł sobie odpuścić. Ja martwiłem się tylko, czy ekipa będzie nazajutrz w formie.
Ja też nie miałem lekko. Musiałem się stawić pod drzwiami schroniska o 9:00, czyli niemal bladym świtem ;) Nie było wyjścia. Zorganizowałem sobie pobudkę o piątej, później spędziłem dwie godziny za kierownicą, a kiedy słoneczko nieśmiało wychylało się ponad smreki, oświetlając Siwą Polanę u wylotu Doliny Chochołowskiej, byłem gotowy do drogi. Nic nie zakłócało sielanki, nawet parkingowy. Nie było też nikogo w budce z biletami do Parku i jeśli dobrze pamiętam, to zawiedli również górale - dorożkarze. Totalna pustka, co w Tatrach jest zjawiskiem rzadszym niż kozice.
Raźno ruszyłem z buta. Kijki niemiło zgrzytały o asfalt. Zaczynałem łapać rytm. Pod lasem, na mojej drodze, zauważyłem kilka owieczek, które szybko zbliżały się w moim kierunku. - Hmm, dziwne te owieczki – zdążyłem pomyśleć zanim zbaraniałem. Cholera, to nie owieczki tylko psy! Wielkie owczarki podhalańskie. Jedne widać młode, skore do zabawy, inne ospałe, ale dwa wyglądały na totalnych agresorów. Obszczekują mnie zajadle i coraz bardziej zacieśniają krąg. Raz idę przodem, raz tyłem, oganiając się kijami. Z czasem nawet tym przyjacielsko nastawionym zaczyna się udzielać nerwowa atmosfera. Coraz więcej przechodzi na stronę agresorów. Zaczynam być nieźle posrany. Jest niewesoło. Gdyby nie kije, byłoby już po mnie. Z opresji ratuje mnie w końcu jeden z poważnych wiekiem owczarków. Jest największy i jakby ospały, ale w końcu się wkurzył, skarcił buńczuczną młodzież i wataha daje mi w końcu święty spokój. Było ciepło, już myślałem, że mnie zjedzą...
Dalsza droga do schroniska to już najzwyklejsza wycieczka. Z parkingu na Polanę Chochołowską jest prawie 9 km nudnego przejścia. Jeśli się tam idzie enty raz i to w dodatku w pojedynkę, trasa może nadwyrężyć psyche. Długie proste odcinki po asfalcie to nic ciekawego. Na Polanie Chochołowskiej nie ma już krokusów, z których jest tak słynna. Widoczek na pocztówce, gdzie na pierwszym planie ścielą się kobierce tych kwiatów, a w tle są ośnieżone szczyty, najpewniej został zrobiony właśnie tutaj. W schronisku spotykam się z resztą ekipy. Wesele, na szczęście dla naszego wyjścia w góry, było cieniutkie. Nawet goście się nie bawili, a Kuba liczył na totalną balangę, która bez wyjątku wciągnie wszystkich. Przynajmniej nie ma problemu z bólem głowy.
Kierujemy się na Wołowiec (2063 m n.p.m.). Spod schroniska idzie się tam zielonym szlakiem. Dopiero po około półgodzinnym marszu zaczyna pojawiać się śnieg i od razu w dużej ilości. Nie jest jednak najlepszego gatunku. Wszystko przez temperaturę, bo słupek rtęci w termometrze podskoczył wręcz nieprzyzwoicie wysoko. Ludzi w górach jak na lekarstwo. Jednak z tymi, których się tu spotyka, jakoś łatwiej w takiej sytuacji zamienić przysłowiowe dwa zdania. - Jaki śnieg tam wyżej? - Widzieliście to lawinisko? ...Takie tam górskie pogaduchy. Czasami to tylko grzecznościowa wymiana zdań, ale czasami, taka rozmowa, to źródło cennych informacji o warunkach, co może mieć wpływ na podejmowane w czasie wycieczki decyzje. Starszy pan straszy, że tam wyżej kilkunastocentymetrowa warstwa śniegu leży na mało stabilnym podkładzie. - Może polecieć - kwituje na odchodne. Przyznam, że morale pikuje, jak się słyszy takie wieści. Nie odpuszczamy jednak. Póki co, śniegu jest całkiem spoko. W miarę podchodzenia będziemy obserwować stan i stabilność białej pokrywy. Zwykle o tej porze roku, pod względem lawinowym, jest już w miarę bezpiecznie. To właśnie wiosna jest najlepszym okresem na to, żeby zacząć zabawę we freeride. I nie mam tu na myśli jazdy po lesie 5 metrów od wyciągu, tylko pełnowartościowe wyjścia w góry ze wszystkimi przyjemnościami i zagrożeniami, jakie się z tym wiążą. Wiosną jest znacznie dłuższy dzień, więc jest większe prawdopodobieństwo, że uda nam się przed nocą wrócić bezpiecznie do schroniska. Zwykle jest też mniejsze zagrożenie lawinami, niż w środku zimy. Mimo wszystko czujnym trzeba być zawsze. Ostatni argument przemawiający za wiosennymi wyjściami to firn – pewien rodzaj śniegu, który tworzy się właśnie o tej porze roku, ale w specyficznych warunkach. Do jego powstania potrzeba mroźnej, słonecznej i wyżowej pogody, kiedy to w ciągu dnia słońce nadtapia białą powłokę, a w nocy mróz ścina ją na kamień. Jeśli taka sytuacja będzie się powtarzać kilka dni z rzędu, powstanie ten fantastyczny śnieg. Przyjemność z jazdy po nim ustępuje tylko surfowaniu w puchu. Firn jest dość twardy, bardzo przewidywalny, szybki, krawędź bardzo ładnie się w nim trzyma. Śnieg, na który weszliśmy tuż nad Polaną Chochołowską, zdecydowanie nie był firnem. Jeśli miałbym go jakoś nazwać, to raczej mniej ładnie... może breja? Jest mokry i pewnie strasznie „tępy”, ale to się dopiero okaże w zjeździe. Jednak im wyżej, tym białe okazywało się lepszego gatunku. Jazda po nim zapowiadała się dobrze.
Podejście na grań pomiędzy Rakoniem a Wołowcem, to przysłowiowa orka. Wydaje się, że jest na wyciągnięcie ręki, ale to tylko pobożne życzenie. Brak jakichkolwiek punktów odniesienia, jak choćby drzewa, czy grupy turystów stojących na przełęczy powoduje, że zmysły mogą, mówiąc bez ogródek, zrobić swojego właściciela w konia. Jest stromo, buty idącego przede mną śmigają mi nad głową. W końcu stajemy na grani. Pogoda się psuje. Chmura usiadła na szczycie Wołowca i sadowi się, jakby nie miała ochoty w najbliższym czasie ustąpić nam miejsca. Wielkie krople deszczu z rzadka padają na ziemię, czasami trafiają w mój kaptur. Gdzieś daleko mruczy burza. Nie jest jednak dramatycznie, bo niemal wszędzie wokoło świeci słońce. Tylko nad nami kiepsko, prawie jak w bajkach, gdy nad bohaterem, który ma pecha, utrzymuje się chmura trochę tylko większa od czapki.
Monia i Wasyl postanawiają nie czekać bezczynnie na poprawę pogody i proponują zjazd do dna kotła i powrót na grań. Kuba, Maciek i ja mamy raczej melancholijny klimat i nie podejmujemy tematu. - Jedźcie, my poczekamy – odpowiadamy na propozycję. Monia atakuje stok w swoim stylu – skręt musi mieć promień co najmniej 100 metrów. - Jak ona sobie radzi w lesie? - ciśnie mi się do głowy pytanie. Nie mogła się powstrzymać i zamiast zatrzymać się zaraz u podstawy ścianki, pognała jeszcze z pół kilometra dalej. Wasyl trzymał emocje na wodzy i nie dał się ponieść desce. Monia dochodzi na grań kilkanaście minut po nim.
Przejście grzbietem w kierunku szczytu to już formalność. Przynajmniej dla tej części ekipy, która nie nadwyrężyła się podczas dodatkowego zjazdu i podejścia.
Zjazd dostarcza bardzo zróżnicowanych wrażeń. Olbrzymia różnica wysokości jaką pokonujemy (jakieś 800 metrów) sprawia, że napotykamy kilka rodzajów śniegu. Na samej górze jest lekko zmrożony i dość twardy, nieco niżej na twardym podkładzie leży kilkanaście centymetrów miękkiego i nieco mokrego śniegu, a jeszcze niżej pokrywa jest w miarę jednorodna, miękka i ledwie da się po tym śmigać – po tak tępym śniegu chyba jeszcze nie jeździłem. Najlepszy fragment, to oczywiście ten na samej górze. Pokrywa wyglądała na stabilną, a przyjemność cięcia na krawędzi po twardym „prawie firnie” jest wprost nieopisana. Gdyby nie odpoczynek w połowie zjazdu, to do miejsca, gdzie kończy się śnieg dojechalibyśmy chyba w nie więcej, niż 10 minut. Można zadać sobie pytanie, czy ta chwila warta jest wszystkich niedogodności: pobudki o 5 rano, 4 godzin spędzonych w samochodzie, ponad dwunastokilometrowego marszu. Bez chwili wahania powiem - tak! ...A widoki są gratis.
Tekst i zdjęcia: Tomasz Dębiec
(snowBoard MDS nr 44/2009)






