snowBoard MDS 54/2012
.: W poszukiwaniu głębokiego puchu / Polska i Słowacja
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
Piątek, 23 czerwca. Piękny, letni dzień. Zapowiada się upalny weekend, a w szkołach właśnie zakończono zajęcia. Późnym popołudniem zastanawiamy się z kumplem, co zrobić z tak fajnie rozpoczętymi wakacjami: jechać na wieczorną kąpiel w jeziorku, czy wybrać się w Tatry, oczywiście na… snowboard. Dwa tygodnie wcześniej w górach świeżego śniegu było tak dużo, że musieliśmy zrezygnować ze zjazdu z Rysów. To nie była łatwa decyzja, ale przy lawinach schodzących z częstotliwością komunikacji miejskiej, jedynie słuszna. Po krótkiej dyskusji zwycięża naturalnie druga opcja – to przecież ostatni moment na jazdę w naszych górkach. No i najwłaściwszy sposób na rozpoczęcie wakacji.

Słowo staje się ciałem w niespełna godzinkę. Po nerwowym kompletowaniu poukrywanego już w szafach sprzętu snowboardowego siedzimy w samochodzie, próbując wyrwać się z zatłoczonego i gorącego wieczorową porą Krakowa. Chyba jesteśmy jednymi z ostatnich, wybierających się tego dnia na wakacje, bo bez większych problemów, w niespełna 2 godziny docieramy na Polanę Palenica. Pora jest późna, więc mamy obawy, czy o tej godzinie można będzie jeszcze postawić samochód na strzeżonym terenie. Ze względu na buszujące za żarciem misie parking otoczony jest elektrycznym pastuchem, a przycinanie komara w samochodzie poza jego obrębem nie jest najlepszym pomysłem – zwabiony smacznymi zapachami pluszak może próbować dostać się do wnętrza odginając ślicznie lakierowane i nawoskowane blachy. Z punktu widzenia mojej miłości do automobili, rzecz dla mnie nie do przyjęcia! Okazuje się jednak, że na parkingu wachta trwa całą dobę, więc zostajemy wpuszczeni na ogrodzony teren.

Po ośmiu kilometrach podchodzenia asfaltową drogą (i nerwowego wypatrywania w ciemnościach sylwetki misia…) włazimy na polanę Włosienica. Minęła północ, więc nie ma większego sensu pchać się do schroniska. Pozostaje spanie na werandzie lub… bardzo zachęcająco wyglądająca pobliska wiata. Miła tym bardziej, że podobnie jak parking, otoczona elektrycznym pastuchem. Delikatnie, żeby nas nie popieściło, przechodzimy przez zasieki, rozkładamy karimatki, no i na dobranoc delektujemy się schłodzonym piwem. Warto było dźwigać!
Pobudka o piątej nigdy nie jest miła. Tym razem jednak mało komfortową sytuację poprawia ślicznie słoneczko i ogólnie ładnie zapowiadający się dzionek. Toż to pierwszy dzień wakacji! Trzeba więc wstawać do roboty – ma się rozumieć, wyłącznie snowboardowej. Po chwili jesteśmy już koło schroniska w Morskim Oku. Zostawiamy tu depozyt z niepotrzebnymi rzeczami, przepakowujemy sprzęt i ruszamy do akcji. Mimo wczesnej pory jest bardzo ciepło. Z jednej strony miło iść tylko w cienkiej koszulce i krótkich spodenkach, jednak wysoka temperatura nie zapowiada dobrych warunków do zjazdu.

W drodze na Rysy szybko mijamy Czarny Staw i wchodzimy na pierwsze płaty śniegu. Jego konsystencja, na pierwszy rzut oka, wydaje się OK. Jednak po podejściu pod właściwy jęzor śniegu opadający spod Buli, miny nam się wydłużają – cała powierzchnia usiana jest różnej wielkości kamieniami. Ta pozostałość po obrywach z pobliskich urwisk nie wygląda zachęcająco. Kilkaset metrów wyżej druga „miła” niespodzianka – świeże lawinisko! Skąd tu, u diabła, o tej porze lawina? Wolimy nie wiedzieć i napieramy dalej. Podejście, mimo że długie, połykamy w niezłym tempie, wyprzedzając dwójkę dobrze wyekwipowanych turystów (tego dnia lepiej nie było się wybierać na Rysy bez raków i czekana, ale o tym za chwilę). Dowiadujemy się od nich, że mijane niżej lawinisko powstało niemal na ich oczach. Czyli, że spokojnie można zostać zasypanym pod śniegiem nawet na początku lata… Rozważnie wybierając dalszą drogę przez pólka śnieżne i skalne grzędy osiągamy przełączkę pod szczytem. Stąd opada słynna rysa, czyli stromy żleb będący celem naszego zjazdu. Na przełączce zostawiamy cały sprzęt i po łańcuchach podchodzimy na szczyt Rysów. Grzechem byłoby go nie zaliczyć, tym bardziej, że pogoda jest niesamowita – na szczycie zero wiatru i przyjazna temperatura, która pozwala na siedzenie w cienkiej koszulce.

Po dłuższej chwili zachwycania się widokami zbiegamy na przełączkę, bo strasznie nas męczy ciekawość, jak wyglądają warunki w żlebie. Przypinamy deski i delikatnie sondujemy śnieg. Jest stromo i na tyle twardo, że po ewentualnej wywrotce można będzie ekspresowo przejechać się na wystające co kawałek łachy kamieni. Nie warto się więc wywracać! Na początek planujemy więc czujne ruchy i przeskoki. Niżej już płynne skręty, choć nie podobają mi się liczne, leżące na śniegu kamienie. Po drodze mijamy kolejnych, podchodzących turystów. Niektórzy robią nam zdjęcia i pozdrawiają. Ogólnie sielankowa atmosfera, choć zauważamy, że niektórzy nie posiadają raków. Chwilę zastanawiam się, czy to rozsądne, ale szybko skupiam uwagę na dalszej jeździe, bo 1000 m różnicy wzniesień, to spora dawka emocji. Im niżej, tym więcej kamieni. Dojeżdżamy do miejsca, gdzie musimy odpiąć deski i zejść kilkadziesiąt metrów lawiniskiem w wąskiej gardzieli. Jak tylko wydostajemy się z pomiędzy wielkich, twardych brył śniegu, przypinamy dechy i szusujemy dalej – do samego Czarnego Stawu. O tej porze roku to prawdziwa gratka. Nad Stawem, gdy wyskakuję ze snowboardowych ciuchów, Grzesiek pokazuje na sporą lawinę schodzącą z hukiem przewężeniem, którym kilka minut wcześniej schodziliśmy. Ogromne masy ciężkiego śniegu mielą kamienie wielkości lodówek, co jakiś czas wypluwając je na kilka metrów w górę. Uważnie obserwujemy, czy nie widać pośród nich sylwetki człowieka. Mijaliśmy przecież kilku podchodzących turystów. Na szczęście wszyscy zdążyli zejść z toru lawiny! Po chwili zjawia się helikopter z ekipą ratowników, chcących na wszelki wypadek przeszukać lawinisko. Zanim docieramy do schroniska w Morskim Oku ponownie w rejonie Rysów pojawia się helikopter. Tym razem przylatuje po turystkę, którą mijaliśmy podczas zjazdu. Tę bez raków… Poślizgnęła się na stromym śniegu, zjechała kilkadziesiąt metrów i groźnie potłukła na kamieniach, odnosząc urazy m.in. głowy. Może mówić o szczęściu, bo dzień wcześniej inna, w podobny sposób, ginie w rejonie Orlej Perci. Nie dla wszystkich lato w górach zaczyna się tak samo szczęśliwie, jak dla nas.

Tekst i zdjęcia: PG
(snowBoard MDS nr 39/2007)

Słowo staje się ciałem w niespełna godzinkę. Po nerwowym kompletowaniu poukrywanego już w szafach sprzętu snowboardowego siedzimy w samochodzie, próbując wyrwać się z zatłoczonego i gorącego wieczorową porą Krakowa. Chyba jesteśmy jednymi z ostatnich, wybierających się tego dnia na wakacje, bo bez większych problemów, w niespełna 2 godziny docieramy na Polanę Palenica. Pora jest późna, więc mamy obawy, czy o tej godzinie można będzie jeszcze postawić samochód na strzeżonym terenie. Ze względu na buszujące za żarciem misie parking otoczony jest elektrycznym pastuchem, a przycinanie komara w samochodzie poza jego obrębem nie jest najlepszym pomysłem – zwabiony smacznymi zapachami pluszak może próbować dostać się do wnętrza odginając ślicznie lakierowane i nawoskowane blachy. Z punktu widzenia mojej miłości do automobili, rzecz dla mnie nie do przyjęcia! Okazuje się jednak, że na parkingu wachta trwa całą dobę, więc zostajemy wpuszczeni na ogrodzony teren.

Po ośmiu kilometrach podchodzenia asfaltową drogą (i nerwowego wypatrywania w ciemnościach sylwetki misia…) włazimy na polanę Włosienica. Minęła północ, więc nie ma większego sensu pchać się do schroniska. Pozostaje spanie na werandzie lub… bardzo zachęcająco wyglądająca pobliska wiata. Miła tym bardziej, że podobnie jak parking, otoczona elektrycznym pastuchem. Delikatnie, żeby nas nie popieściło, przechodzimy przez zasieki, rozkładamy karimatki, no i na dobranoc delektujemy się schłodzonym piwem. Warto było dźwigać!
Pobudka o piątej nigdy nie jest miła. Tym razem jednak mało komfortową sytuację poprawia ślicznie słoneczko i ogólnie ładnie zapowiadający się dzionek. Toż to pierwszy dzień wakacji! Trzeba więc wstawać do roboty – ma się rozumieć, wyłącznie snowboardowej. Po chwili jesteśmy już koło schroniska w Morskim Oku. Zostawiamy tu depozyt z niepotrzebnymi rzeczami, przepakowujemy sprzęt i ruszamy do akcji. Mimo wczesnej pory jest bardzo ciepło. Z jednej strony miło iść tylko w cienkiej koszulce i krótkich spodenkach, jednak wysoka temperatura nie zapowiada dobrych warunków do zjazdu.

W drodze na Rysy szybko mijamy Czarny Staw i wchodzimy na pierwsze płaty śniegu. Jego konsystencja, na pierwszy rzut oka, wydaje się OK. Jednak po podejściu pod właściwy jęzor śniegu opadający spod Buli, miny nam się wydłużają – cała powierzchnia usiana jest różnej wielkości kamieniami. Ta pozostałość po obrywach z pobliskich urwisk nie wygląda zachęcająco. Kilkaset metrów wyżej druga „miła” niespodzianka – świeże lawinisko! Skąd tu, u diabła, o tej porze lawina? Wolimy nie wiedzieć i napieramy dalej. Podejście, mimo że długie, połykamy w niezłym tempie, wyprzedzając dwójkę dobrze wyekwipowanych turystów (tego dnia lepiej nie było się wybierać na Rysy bez raków i czekana, ale o tym za chwilę). Dowiadujemy się od nich, że mijane niżej lawinisko powstało niemal na ich oczach. Czyli, że spokojnie można zostać zasypanym pod śniegiem nawet na początku lata… Rozważnie wybierając dalszą drogę przez pólka śnieżne i skalne grzędy osiągamy przełączkę pod szczytem. Stąd opada słynna rysa, czyli stromy żleb będący celem naszego zjazdu. Na przełączce zostawiamy cały sprzęt i po łańcuchach podchodzimy na szczyt Rysów. Grzechem byłoby go nie zaliczyć, tym bardziej, że pogoda jest niesamowita – na szczycie zero wiatru i przyjazna temperatura, która pozwala na siedzenie w cienkiej koszulce.

Po dłuższej chwili zachwycania się widokami zbiegamy na przełączkę, bo strasznie nas męczy ciekawość, jak wyglądają warunki w żlebie. Przypinamy deski i delikatnie sondujemy śnieg. Jest stromo i na tyle twardo, że po ewentualnej wywrotce można będzie ekspresowo przejechać się na wystające co kawałek łachy kamieni. Nie warto się więc wywracać! Na początek planujemy więc czujne ruchy i przeskoki. Niżej już płynne skręty, choć nie podobają mi się liczne, leżące na śniegu kamienie. Po drodze mijamy kolejnych, podchodzących turystów. Niektórzy robią nam zdjęcia i pozdrawiają. Ogólnie sielankowa atmosfera, choć zauważamy, że niektórzy nie posiadają raków. Chwilę zastanawiam się, czy to rozsądne, ale szybko skupiam uwagę na dalszej jeździe, bo 1000 m różnicy wzniesień, to spora dawka emocji. Im niżej, tym więcej kamieni. Dojeżdżamy do miejsca, gdzie musimy odpiąć deski i zejść kilkadziesiąt metrów lawiniskiem w wąskiej gardzieli. Jak tylko wydostajemy się z pomiędzy wielkich, twardych brył śniegu, przypinamy dechy i szusujemy dalej – do samego Czarnego Stawu. O tej porze roku to prawdziwa gratka. Nad Stawem, gdy wyskakuję ze snowboardowych ciuchów, Grzesiek pokazuje na sporą lawinę schodzącą z hukiem przewężeniem, którym kilka minut wcześniej schodziliśmy. Ogromne masy ciężkiego śniegu mielą kamienie wielkości lodówek, co jakiś czas wypluwając je na kilka metrów w górę. Uważnie obserwujemy, czy nie widać pośród nich sylwetki człowieka. Mijaliśmy przecież kilku podchodzących turystów. Na szczęście wszyscy zdążyli zejść z toru lawiny! Po chwili zjawia się helikopter z ekipą ratowników, chcących na wszelki wypadek przeszukać lawinisko. Zanim docieramy do schroniska w Morskim Oku ponownie w rejonie Rysów pojawia się helikopter. Tym razem przylatuje po turystkę, którą mijaliśmy podczas zjazdu. Tę bez raków… Poślizgnęła się na stromym śniegu, zjechała kilkadziesiąt metrów i groźnie potłukła na kamieniach, odnosząc urazy m.in. głowy. Może mówić o szczęściu, bo dzień wcześniej inna, w podobny sposób, ginie w rejonie Orlej Perci. Nie dla wszystkich lato w górach zaczyna się tak samo szczęśliwie, jak dla nas.

Tekst i zdjęcia: PG
(snowBoard MDS nr 39/2007)






