snowBoard MDS 54/2012
.: W poszukiwaniu głębokiego puchu / Polska i Słowacja
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
Xavier De Le Rue
Czy jesteście w stanie zapewnić, że uczucie zazdrości jest wam obce? Ja zdecydowanie nie, bo gdy tylko widzę przejazdy Xaviera De Le Rue podczas World Tour Freeride lub jego wielkie loty z klifów na snowboardowych produkcjach, to żądło zazdrości dźga mnie bezlitośnie w tyłek. Przyznam szczerze, że zawsze dopada mnie to cholerne uczucie, gdy ktoś z niezwykłą łatwością, bez zbędnej napinki sięga po kolejne sukcesy i zamienia w złoto wszystko, czego się tknie. Czołówka światowego rankingu w snowcrossie? Proszę bardzo – Xavier. Freeride'owy Mistrz Świata? Znowu Xavier. Fantastyczne ujęcia w filmach – Xavier... Niektórym Dobry Los postanowił zrobić z życia bajkę. Dam głowę, że Xavier należy do jego ulubionych pieszczochów.

SNOWBOARD MDS: Jesteś silnie związany z górami. Powiedz nam gdzie mieszkasz i co porabiasz, gdy nie jeździsz na snowboardzie?
Xavier: Mieszkam w małej miejscowości we francuskich Pirenejach. Jakieś 60 osób, z czego większość to rolnicy i pasterze. I nikogo innego w całej dolinie... Prawdziwy raj! Uwielbiam to miejsce, ciesząc się ze wszystkiego, co mogę tam robić: jeździć na rowerze, wspinać się, biegać po górach... Czasami biorę sobie od tego wszystkiego “urlop”, aby pojechać choćby na surfing, ale szczerze mówiąc, trudno ruszyć mnie z domu, gdy jetem u siebie, tam na górze.
- Twoja rodzina również jest znana z górskich pasji. Możesz nam opowiedzieć o sportowych zajawkach członków Twojej rodziny?
To naprawdę nic szalonego. Dorastaliśmy w otoczeniu, które chcieliśmy odkrywać i które można było aktywnie eksplorować na wiele sposobów. Wraz z moim starszym bratem dużo się wspinamy, uwielbiamy jeździć na rowerach w góry, ale również gramy np. w polo... Z kolei mój tata i większość jego rodziny “od zawsze” byli całkowicie pochłonięci wspinaczką górską. I choć tak naprawdę rodzice nie wciągali mnie na siłę w swoje pasje, to sądzę, że miłość do tego typu aktywności mam we krwi.
- Odnosisz sukcesy w dwóch, zupełnie odmiennych snowboardowych dziedzinach: snowcross jest zdecydowanie „stadionową” dyscypliną (ze swoim reżimem treningów), natomiast na freeride składają się bardziej wyzwania stawiane przez naturę. Jak Ci się udaje łączyć te dwa światy?
Nie widzę tego w ten sposób. Nigdy nie trenowałem do boardercrossu. Po prostu, zawsze kochałem snowboarding w całej jego różnorodności. Przez wiele lat jazdy na desce rozwinąłem wszechstronnie swoje umiejętności, co obecnie daje mi możliwość satysfakcjonującego wyrażania siebie w różnych kierunkach. Jednak największą radość ostatecznie znajduję tam, gdzie jest dziewiczy śnieg.
- Poprzedni sezon był dla Ciebie niezwykle pracowity. Przypomnijmy: Olimpiada, zawody z serii Freeride World Tour i Big Mountain Pro, kręcenie filmu... Mimo tak dużego obciążenia większość z tych rzeczy udała Ci się znakomicie!
Rzeczywiście, wszystko jakoś się poukładało, oprócz olimpiady... Co dla mnie i tak nie ma znaczenia, bo obecnie jestem całym sercem i umysłem skupiony na puchu. Ostatnio wszystko idzie bardzo dobrze - tak dobrze, że nie mógłbym być bardziej zadowolony z udanej realizacji tych wszystkich projektów.

- Do których zapewne można zaliczyć i to, że trafiłeś do globalnego teamu The North Face. Czy, poza mocnym wsparciem sponsorskim, oznacza to również, że bierzesz udział w projektowaniu i testowaniu produktów przeznaczonych na snowboard?
Tak, bo układ z TNF naprawdę idealnie spasował z klimatem, którym żyję od dawna. Utrafił też perfekcyjnie w okres, gdy w snowboardingu coraz większe uznanie zyskują poważne akcje typu big mountain, w których piesze podejścia stawiają duże wymagania dla parametrów odzieży. TNF wywodzące się z “core'owego” nurtu wspinaczki sportowej umiejętnie przeniosło doświadczenia z zaawansowanymi technologicznie produktami na tereny pozostałych górskich aktywności. Moim zdaniem góry są jednym światem, spajającym różne dyscypliny, filozofie i przyjemności. Podoba mi się możliwość łączenia tych wszystkich przyjemności.
- Czy Igrzyska Olimpijskie w Vancouver wymusiły na Tobie zmianę priorytetów?
Na szczęście nie do końca. To był taki jeden “strzał”, a mnie nie odpowiadało, by skupić na nim zbyt wiele energii. Wprawdzie w ramach przygotowań musiałem wystartować w kilku zawodach, ale miałem też czas, by jeździć dla siebie. W końcu jednak poczułem, że jestem gotowy... Ale cóż, jeden głupi błąd...
- Mam wrażenie, że starasz się względem zawodów zachować dystans...
To, że czasami świetnie mi idzie podczas startów sprawia, że ludzie myślą sobie: „temu gościowi zależy tylko na tytułach”. Wkurza mnie ten sztuczny, medialny image, „maszyny do wygrywania”. Odczułem to podczas Olimpiady - są to zawody jak każde inne, oprócz tego, że nagle twoi sąsiedzi interesują się tym co robisz. W moim przypadku nie jest to sytuacja, o której marzyłem zaczynając sportową karierę. I dlatego teraz staram się rzadziej brać udział w zawodach.

- „Black Winter” stanowi chyba przełomowy moment w twojej filmowej „karierze”?
Można długo czekać na taką burzę, która wszystko odmieni w twoim życiu. Dlatego wdzięczny jestem ekipie Standard Films, że mi to umożliwiła.
- David Benedek stwierdził: “Po raz pierwszy od lat jest ktoś, kto Jeremy'iemu (Jonesowi) depcze po piętach”. I nie miał siebie na myśli... To musi być miłe, ale chyba też bardzo motywujące do trzymania wysokiego poziomu?
Tak, rzeczywiście coś w tym jest. Jeremy od lat był dla mnie wzorem, a teraz łączy nas mocna więź. Bardzo wiele nauczyłem się oglądając Jeremy'iego w akcji. Fascynuje mnie sposób, w jaki wybiera swoje linie zjazdu - zdecydowanie prostszy, niż gdybyśmy sami próbowali to zrobić, bliski niemal spadaniu, przez co utrzymujący go w dużej prędkości i płynności.
- Czy, podobnie jak Jeremy, zamierzasz swoje wielkie freeride'owe doświadczenie wykorzystać kiedyś przy tworzeniu desek?
Na pewno nie teraz, ale w przyszłości - kto wie? Jeremy Jones robi to z wielką pasją i jestem pewien, że freeride'owy światek skorzysta na tym bardzo wiele. Właśnie dzięki takim ludziom powstają dobre produkty, sensownie zaprojektowane i inteligentnie rozwijane. A poza tym jest jeszcze wiele do zrobienia... Duże korporacje muszą przecież odczuć “kopniaka” konkurencji na swych tyłkach.
- Jak zamierzasz w przyszłości spożytkować swoje osiągnięcia? Masz już jakiś plan na życie?
Próbuję coś skonkretyzować, ale to ciężkie zadanie... Mam różne plany, jednak nic na poważnie.
- Dwa sezony temu, podczas kręcenia filmu, miałeś paskudną przygodę z wielką lawiną. Jak udało Ci się wyjść z niej cało?
Czy wierzycie w cuda? Ja chyba powinienem... W cuda, na które składa się ogromne szczęście plus plecak ABS. Mimo wszystko, nie chciałbym próbować tego jeszcze raz!
- Czy dzięki tej przygodzie zdobyłeś jakieś nowe doświadczenie?
Tak, lekcja ta sprawiła, że dziś jestem jeszcze bardziej ostrożny, ale przede wszystkim potrafię się wycofać... Bo najtrudniejszą rzeczą na świecie jest wiedzieć, kiedy trzeba odpuścić, zrezygnować z pokusy.

- Czy lawina ta była Twoim najgorszym przeżyciem, jakiego doświadczyłeś podczas swoich zjazdów?
Na pewno tak! Ale to zrozumiałem dopiero później, bo w trakcie zdarzenia nie czułem strachu... Nie było na to czasu.
- Masz swój udział w produkcji Jonesa, „Deeper”. Pod każdym względem jest to film inny od tego, co możemy co sezon oglądać podczas premier. Wygląda na to, że spotkały się dwie podobne, snowboardowe filozofie?
Zdecydowanie nasze drogi są inne, choć i ja, i Jeremy, podobnie cenimy możliwości, które góry oferują snowboardingowi - to, w jaki sposób pozwalają realizować się freeriderom. Bo wcale nie potrzeba kosztownych zabaw w heliboarding, żeby móc zrobić super zjazd. Wystarczy odpowiednia wiedza, mocne nogi, trochę sprzętu... I można jeździć do woli!
- Sporo podróżujesz po egzotycznych spotach. Czy jesteś w stanie powiedzieć, która miejscówka jest absolutnie najlepsza?
Raczej nie, bo to, co w danym miejscu możesz zrobić, zależy całkowicie od aktualnych warunków, ludzi z którymi jeździsz i wielu innych, zmieniających się sytuacji.
- Każdemu, przynajmniej raz na jakiś czas, udaje się zaliczyć na desce prawdziwy „magic day”. Czy miałeś ostatnio taki niezwykły dzień w górach?
Takie wrażenia dał mi zjazd wielkim śnieżnym grzbietem, podczas jednej z ostatnich akcji w trakcie kręcenia filmu „Deeper”. Naprawdę niesamowite!
- Z której swojej linii w górach jesteś najbardziej zadowolony? Z trudnej technicznie, czy z idealnej estetycznie?
Znacie chyba odpowiedź... Uwielbiam estetykę, ale najważniejszy jest dla mnie pęd! I przede wszystkim jeżdżę dla prędkości, mniej zabiegając o piękno śladu, który po sobie zostawię lub wygląd formacji, z której zjeżdżam.
- Czy starzy mistrzowie ekstremalnego freeride'u, jak choćby Bruno Gouvy, stanowili dla Ciebie inspirację? Jak obecnie oceniasz ich osiągnięcia i jazdę?
Całe freeride'owe towarzystwo w Chamonix miało bardzo specyficzną wizję snowboardingu... Może dlatego, że większość z nich stanowili wspinacze, którzy realizowali się również w jeździe na desce lub nartach. Naprawdę szanuję to, co zrobili, ale chciałbym spróbować osiągnąć to samo w bardziej “przyjazny” sposób (w tej delikatnej formie Xavier sygnalizuje, że akcje gości w rodzaju Bruno Gouvy są zbyt harcore'owe nawet jak na aktualnego mistrza WTF – Bruno i jemu podobni ekstremaliści z przełomu lat 80 i 90-tych ześlizgiwali się zlodzonymi i niemal pionowymi płatami śniegu nad kilkusetmetrowymi urwiskami. Zabawa fajna, ale z zerowym marginesem na najmniejszy błąd – dop. redakcji).
- Czy nadal zamierzasz konkurować zarówno w zawodach snowcross, jak i freeride'owych imprezach?
Freeriding na pewno tak, ale uwielbiam też spotykać się z różnymi ludźmi, dzielić się wiedzą i doświadczeniem z dobrymi zawodnikami, przy okazji startów w różnego typu snowboardowych imprezach. Może będziecie zdziwieni, ale nawet narciarze mieli wpływ na rozwój mojej jazdy - na to, jak trzymam tempo, jak skaczę, jak radzę sobie w zróżnicowanych warunkach.
- Czyli dzięki zawodom nie tylko zyskujesz adrenalinę, ale również inspirację?
Chyba tak, bo w przeciwieństwie do samotnego zakładania śladów na Alasce, walka z dwudziestoma innymi facetami w tych samych warunkach, na tej samej górze, daje strasznie dużo nowych doświadczeń: możesz zobaczyć zupełnie różne style, różne sposoby radzenia sobie z problemami...
- Jakie są Twoje plany na bieżący sezon (2010/11 – dop. red.)?
Mam fajny projekt na stronę w sieci, na której chciałbym umieszczać zdjęcia pokazujące snowboardowe akcje – te związane z pracą nad moimi partami w produkcjach Standards Films lub materiałami do Transworld - ale jakby “od kuchni”. To może być bardzo interesujące. Poza tym oczywiście planuję udział w
World Tour Freeride... Sezon więc będzie mocno napięty.
Xavier De Le Rue
- Mieszka w: Saint-Lary, Pireneje, Francja;
- wiek: 30 lat;
- na desce od: 1993 roku;
- ważniejsze osiągnięcia: Mistrz Świata w BX 2001, 2002, 2003 i 2007, zwycięstwo w X Games BoarderX 2005, vice mistrzostwo w FIS SBX 2009, zwycięstwa w World Tour Freeride 2008, 2009 i 2010, 1 m. w Swatch O'Neill Big Mountain Pro '09, tytuł Big Mountain Rider of The Year (Snowboarder Mag);
- sponsorzy: Rossignol, The North Face, Swatch, Nissan, Saint-Lary.
snowBoard MDS nr 49/2010
Czy jesteście w stanie zapewnić, że uczucie zazdrości jest wam obce? Ja zdecydowanie nie, bo gdy tylko widzę przejazdy Xaviera De Le Rue podczas World Tour Freeride lub jego wielkie loty z klifów na snowboardowych produkcjach, to żądło zazdrości dźga mnie bezlitośnie w tyłek. Przyznam szczerze, że zawsze dopada mnie to cholerne uczucie, gdy ktoś z niezwykłą łatwością, bez zbędnej napinki sięga po kolejne sukcesy i zamienia w złoto wszystko, czego się tknie. Czołówka światowego rankingu w snowcrossie? Proszę bardzo – Xavier. Freeride'owy Mistrz Świata? Znowu Xavier. Fantastyczne ujęcia w filmach – Xavier... Niektórym Dobry Los postanowił zrobić z życia bajkę. Dam głowę, że Xavier należy do jego ulubionych pieszczochów.

SNOWBOARD MDS: Jesteś silnie związany z górami. Powiedz nam gdzie mieszkasz i co porabiasz, gdy nie jeździsz na snowboardzie?
Xavier: Mieszkam w małej miejscowości we francuskich Pirenejach. Jakieś 60 osób, z czego większość to rolnicy i pasterze. I nikogo innego w całej dolinie... Prawdziwy raj! Uwielbiam to miejsce, ciesząc się ze wszystkiego, co mogę tam robić: jeździć na rowerze, wspinać się, biegać po górach... Czasami biorę sobie od tego wszystkiego “urlop”, aby pojechać choćby na surfing, ale szczerze mówiąc, trudno ruszyć mnie z domu, gdy jetem u siebie, tam na górze.
- Twoja rodzina również jest znana z górskich pasji. Możesz nam opowiedzieć o sportowych zajawkach członków Twojej rodziny?
To naprawdę nic szalonego. Dorastaliśmy w otoczeniu, które chcieliśmy odkrywać i które można było aktywnie eksplorować na wiele sposobów. Wraz z moim starszym bratem dużo się wspinamy, uwielbiamy jeździć na rowerach w góry, ale również gramy np. w polo... Z kolei mój tata i większość jego rodziny “od zawsze” byli całkowicie pochłonięci wspinaczką górską. I choć tak naprawdę rodzice nie wciągali mnie na siłę w swoje pasje, to sądzę, że miłość do tego typu aktywności mam we krwi.
- Odnosisz sukcesy w dwóch, zupełnie odmiennych snowboardowych dziedzinach: snowcross jest zdecydowanie „stadionową” dyscypliną (ze swoim reżimem treningów), natomiast na freeride składają się bardziej wyzwania stawiane przez naturę. Jak Ci się udaje łączyć te dwa światy?
Nie widzę tego w ten sposób. Nigdy nie trenowałem do boardercrossu. Po prostu, zawsze kochałem snowboarding w całej jego różnorodności. Przez wiele lat jazdy na desce rozwinąłem wszechstronnie swoje umiejętności, co obecnie daje mi możliwość satysfakcjonującego wyrażania siebie w różnych kierunkach. Jednak największą radość ostatecznie znajduję tam, gdzie jest dziewiczy śnieg.
- Poprzedni sezon był dla Ciebie niezwykle pracowity. Przypomnijmy: Olimpiada, zawody z serii Freeride World Tour i Big Mountain Pro, kręcenie filmu... Mimo tak dużego obciążenia większość z tych rzeczy udała Ci się znakomicie!
Rzeczywiście, wszystko jakoś się poukładało, oprócz olimpiady... Co dla mnie i tak nie ma znaczenia, bo obecnie jestem całym sercem i umysłem skupiony na puchu. Ostatnio wszystko idzie bardzo dobrze - tak dobrze, że nie mógłbym być bardziej zadowolony z udanej realizacji tych wszystkich projektów.

- Do których zapewne można zaliczyć i to, że trafiłeś do globalnego teamu The North Face. Czy, poza mocnym wsparciem sponsorskim, oznacza to również, że bierzesz udział w projektowaniu i testowaniu produktów przeznaczonych na snowboard?
Tak, bo układ z TNF naprawdę idealnie spasował z klimatem, którym żyję od dawna. Utrafił też perfekcyjnie w okres, gdy w snowboardingu coraz większe uznanie zyskują poważne akcje typu big mountain, w których piesze podejścia stawiają duże wymagania dla parametrów odzieży. TNF wywodzące się z “core'owego” nurtu wspinaczki sportowej umiejętnie przeniosło doświadczenia z zaawansowanymi technologicznie produktami na tereny pozostałych górskich aktywności. Moim zdaniem góry są jednym światem, spajającym różne dyscypliny, filozofie i przyjemności. Podoba mi się możliwość łączenia tych wszystkich przyjemności.
- Czy Igrzyska Olimpijskie w Vancouver wymusiły na Tobie zmianę priorytetów?
Na szczęście nie do końca. To był taki jeden “strzał”, a mnie nie odpowiadało, by skupić na nim zbyt wiele energii. Wprawdzie w ramach przygotowań musiałem wystartować w kilku zawodach, ale miałem też czas, by jeździć dla siebie. W końcu jednak poczułem, że jestem gotowy... Ale cóż, jeden głupi błąd...
- Mam wrażenie, że starasz się względem zawodów zachować dystans...
To, że czasami świetnie mi idzie podczas startów sprawia, że ludzie myślą sobie: „temu gościowi zależy tylko na tytułach”. Wkurza mnie ten sztuczny, medialny image, „maszyny do wygrywania”. Odczułem to podczas Olimpiady - są to zawody jak każde inne, oprócz tego, że nagle twoi sąsiedzi interesują się tym co robisz. W moim przypadku nie jest to sytuacja, o której marzyłem zaczynając sportową karierę. I dlatego teraz staram się rzadziej brać udział w zawodach.

- „Black Winter” stanowi chyba przełomowy moment w twojej filmowej „karierze”?
Można długo czekać na taką burzę, która wszystko odmieni w twoim życiu. Dlatego wdzięczny jestem ekipie Standard Films, że mi to umożliwiła.
- David Benedek stwierdził: “Po raz pierwszy od lat jest ktoś, kto Jeremy'iemu (Jonesowi) depcze po piętach”. I nie miał siebie na myśli... To musi być miłe, ale chyba też bardzo motywujące do trzymania wysokiego poziomu?
Tak, rzeczywiście coś w tym jest. Jeremy od lat był dla mnie wzorem, a teraz łączy nas mocna więź. Bardzo wiele nauczyłem się oglądając Jeremy'iego w akcji. Fascynuje mnie sposób, w jaki wybiera swoje linie zjazdu - zdecydowanie prostszy, niż gdybyśmy sami próbowali to zrobić, bliski niemal spadaniu, przez co utrzymujący go w dużej prędkości i płynności.
- Czy, podobnie jak Jeremy, zamierzasz swoje wielkie freeride'owe doświadczenie wykorzystać kiedyś przy tworzeniu desek?
Na pewno nie teraz, ale w przyszłości - kto wie? Jeremy Jones robi to z wielką pasją i jestem pewien, że freeride'owy światek skorzysta na tym bardzo wiele. Właśnie dzięki takim ludziom powstają dobre produkty, sensownie zaprojektowane i inteligentnie rozwijane. A poza tym jest jeszcze wiele do zrobienia... Duże korporacje muszą przecież odczuć “kopniaka” konkurencji na swych tyłkach.
- Jak zamierzasz w przyszłości spożytkować swoje osiągnięcia? Masz już jakiś plan na życie?
Próbuję coś skonkretyzować, ale to ciężkie zadanie... Mam różne plany, jednak nic na poważnie.
- Dwa sezony temu, podczas kręcenia filmu, miałeś paskudną przygodę z wielką lawiną. Jak udało Ci się wyjść z niej cało?
Czy wierzycie w cuda? Ja chyba powinienem... W cuda, na które składa się ogromne szczęście plus plecak ABS. Mimo wszystko, nie chciałbym próbować tego jeszcze raz!
- Czy dzięki tej przygodzie zdobyłeś jakieś nowe doświadczenie?
Tak, lekcja ta sprawiła, że dziś jestem jeszcze bardziej ostrożny, ale przede wszystkim potrafię się wycofać... Bo najtrudniejszą rzeczą na świecie jest wiedzieć, kiedy trzeba odpuścić, zrezygnować z pokusy.

- Czy lawina ta była Twoim najgorszym przeżyciem, jakiego doświadczyłeś podczas swoich zjazdów?
Na pewno tak! Ale to zrozumiałem dopiero później, bo w trakcie zdarzenia nie czułem strachu... Nie było na to czasu.
- Masz swój udział w produkcji Jonesa, „Deeper”. Pod każdym względem jest to film inny od tego, co możemy co sezon oglądać podczas premier. Wygląda na to, że spotkały się dwie podobne, snowboardowe filozofie?
Zdecydowanie nasze drogi są inne, choć i ja, i Jeremy, podobnie cenimy możliwości, które góry oferują snowboardingowi - to, w jaki sposób pozwalają realizować się freeriderom. Bo wcale nie potrzeba kosztownych zabaw w heliboarding, żeby móc zrobić super zjazd. Wystarczy odpowiednia wiedza, mocne nogi, trochę sprzętu... I można jeździć do woli!
- Sporo podróżujesz po egzotycznych spotach. Czy jesteś w stanie powiedzieć, która miejscówka jest absolutnie najlepsza?
Raczej nie, bo to, co w danym miejscu możesz zrobić, zależy całkowicie od aktualnych warunków, ludzi z którymi jeździsz i wielu innych, zmieniających się sytuacji.
- Każdemu, przynajmniej raz na jakiś czas, udaje się zaliczyć na desce prawdziwy „magic day”. Czy miałeś ostatnio taki niezwykły dzień w górach?
Takie wrażenia dał mi zjazd wielkim śnieżnym grzbietem, podczas jednej z ostatnich akcji w trakcie kręcenia filmu „Deeper”. Naprawdę niesamowite!
- Z której swojej linii w górach jesteś najbardziej zadowolony? Z trudnej technicznie, czy z idealnej estetycznie?
Znacie chyba odpowiedź... Uwielbiam estetykę, ale najważniejszy jest dla mnie pęd! I przede wszystkim jeżdżę dla prędkości, mniej zabiegając o piękno śladu, który po sobie zostawię lub wygląd formacji, z której zjeżdżam.
- Czy starzy mistrzowie ekstremalnego freeride'u, jak choćby Bruno Gouvy, stanowili dla Ciebie inspirację? Jak obecnie oceniasz ich osiągnięcia i jazdę?
Całe freeride'owe towarzystwo w Chamonix miało bardzo specyficzną wizję snowboardingu... Może dlatego, że większość z nich stanowili wspinacze, którzy realizowali się również w jeździe na desce lub nartach. Naprawdę szanuję to, co zrobili, ale chciałbym spróbować osiągnąć to samo w bardziej “przyjazny” sposób (w tej delikatnej formie Xavier sygnalizuje, że akcje gości w rodzaju Bruno Gouvy są zbyt harcore'owe nawet jak na aktualnego mistrza WTF – Bruno i jemu podobni ekstremaliści z przełomu lat 80 i 90-tych ześlizgiwali się zlodzonymi i niemal pionowymi płatami śniegu nad kilkusetmetrowymi urwiskami. Zabawa fajna, ale z zerowym marginesem na najmniejszy błąd – dop. redakcji).
- Czy nadal zamierzasz konkurować zarówno w zawodach snowcross, jak i freeride'owych imprezach?
Freeriding na pewno tak, ale uwielbiam też spotykać się z różnymi ludźmi, dzielić się wiedzą i doświadczeniem z dobrymi zawodnikami, przy okazji startów w różnego typu snowboardowych imprezach. Może będziecie zdziwieni, ale nawet narciarze mieli wpływ na rozwój mojej jazdy - na to, jak trzymam tempo, jak skaczę, jak radzę sobie w zróżnicowanych warunkach.
- Czyli dzięki zawodom nie tylko zyskujesz adrenalinę, ale również inspirację?
Chyba tak, bo w przeciwieństwie do samotnego zakładania śladów na Alasce, walka z dwudziestoma innymi facetami w tych samych warunkach, na tej samej górze, daje strasznie dużo nowych doświadczeń: możesz zobaczyć zupełnie różne style, różne sposoby radzenia sobie z problemami...
- Jakie są Twoje plany na bieżący sezon (2010/11 – dop. red.)?
Mam fajny projekt na stronę w sieci, na której chciałbym umieszczać zdjęcia pokazujące snowboardowe akcje – te związane z pracą nad moimi partami w produkcjach Standards Films lub materiałami do Transworld - ale jakby “od kuchni”. To może być bardzo interesujące. Poza tym oczywiście planuję udział w
World Tour Freeride... Sezon więc będzie mocno napięty.
Xavier De Le Rue
- Mieszka w: Saint-Lary, Pireneje, Francja;
- wiek: 30 lat;
- na desce od: 1993 roku;
- ważniejsze osiągnięcia: Mistrz Świata w BX 2001, 2002, 2003 i 2007, zwycięstwo w X Games BoarderX 2005, vice mistrzostwo w FIS SBX 2009, zwycięstwa w World Tour Freeride 2008, 2009 i 2010, 1 m. w Swatch O'Neill Big Mountain Pro '09, tytuł Big Mountain Rider of The Year (Snowboarder Mag);
- sponsorzy: Rossignol, The North Face, Swatch, Nissan, Saint-Lary.
snowBoard MDS nr 49/2010






