snowBoard MDS 54/2012
.: W poszukiwaniu głębokiego puchu / Polska i Słowacja
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
Łukasz Starowicz
„Łukasz... Co to za koleś?”- ma prawo zapytać ta część z was (pewnie zdecydowanie liczniejsza), której fascynacja deską trwa raptem kilka latek. Jeśli na dodatek nie kręcą was historie wzniosłe, acz zamierzchłe, a z postaci wartych zapamiętania kojarzycie wyłącznie Króla Sasa (bo nieźle imprezował), to faktycznie macie problem: o co kaman? Nie ma chłopa na żadnej liczącej się produkcji snb, nie ma na zawodach, a na zdjęciach można Go znaleźć chyba tylko w rodzinnym albumie, a nie w fachowych magazynach. Znaczy się, nie istnieje?! Spokojnie, istnieje (przynajmniej profil na fejsbuku ;), ma się nieźle, a co ważniejsze, powraca do snowboardingu - niczym syn marnotrawny. Najwyższa pora, bo z deską Łukasz związany jest mniej więcej tyle, ile trwa historia snowboardingu w Polsce, przez długi czas wygrywał wszystko, co było do wygrania i jako jeden z pierwszych snowboarderów startował na Zimowych Igrzyskach. To cię nazywa „grube CV”!

SnowBoard MDS: „Stara gwardia” nie rdzewieje - Wojtek Pająk, jeśli tylko pojawi się na zawodach, wciąż jest postrachem małolatów, Pepek ostatnio mocno się przykłada i ma nowego sponsora, Kamel wciąż rządzi... Czy to normalne, żeby w tym wieku ;)?
Łukasz: W tym wieku, to nie takie rzeczy się robi... A tak naprawdę, to nie jest ważny wiek, ale motywacja. I nie dotyczy to tylko snowboardu, ale każdej dziedziny życia. Fajnie jest - jak mówisz - gdy stara gwardia ma ciągle zajawkę na prawdziwy snowboarding i potrafi to połączyć z pracą i rodziną. Z początkiem zimy, po jedynych dużych opadach w tym roku - metr świeżego puchu :) - wybrałem się na Skrzyczne. Spotkałem samych prawdziwych snowboarderów - wszystkich, z którymi zaczynałem jeździć prawie 20 lat temu. Ludzi, z którymi się nie widziałem po kilka, kilkanaście lat. Takich prawdziwych freeriderów, którzy lubią jeździć dla siebie i własnej zajawki, a nie dla poklasku. Było bardzo miło do momentu, aż zamknięto wyciąg krzesełkowy o godzinie 13-tej, bo wyciągowcy mieli zebranie! Ale wracając do pytania: na snowboard nigdy nie jest się za starym, do snowboardu się dojrzewa. I to chyba nie tylko ja tak mam. Ostatnio Wojtek P. namówił mnie na kurs lawinowy. Byłem i dowiedziałem się, że o śniegu nic nie wiedziałem. Teraz mogę iść dalej i wyżej, a co najważniejsze, bezpieczniej.
Pytanie „jak długo na desce?” jest boleśnie banalnym klasykiem wywiadów, jednak w Twoim przypadku nabiera niebanalnego znaczenia. Na desce osiągnąłeś już chyba pełnoletność?
Moje ulubione! Sam już nie pamiętam, jak to było na początku, ale pierwszy kontakt z deską miałem jakoś w 1991 albo w 1992 roku w Kaprun, więc prawie 20 lat temu - szok!
Jak długo trwał Twój „rozwód” ze snb? I co spowodowało osłabienie tego, gorącego niegdyś, uczucia?
Ostatni sezon, w którym startowałem, to już była totalna olewka i niechęć do tego, co się działo wokół deski. Wcześniej Puchar Polski zawsze był organizowany przez tę samą ekipę - Karol, Witek, Solak, Nowy, Bramowcy, Herman za mikrofonem (pozdrawiam wszystkich), a nagle się okazało, że zamiast profesjonalistów i widowiskowych zawodów, można to robić przypadkowymi ludźmi, bez muzyki i speakera, w środę, np. o 5 rano na Skrzycznym, gdy nie chodzą krzesełka. Bo po co robić zawody dla zawodników i publiczności, jeśli zamiast tego można nieźle zarobić? Nie chciałem być częścią tej farsy i schowałem deskę do szafy. Nie mogę jednak powiedzieć, że PZS nigdy nic dla mnie i dla snowboardu nie zrobił, bo dzięki ludziom zaangażowanym w propagowanie snowboardu mieliśmy zawodników w czołówce Pucharu Świata, mieliśmy Mistrzostwa Świata Juniorów, mieliśmy zawody Pucharu Europy i stać nas było na to, żeby ścigać się z najlepszymi. A potem przyszli inni ludzie i zaczęli na tym zarabiać. I ciągle im było mało...
Co w takim razie skłoniło Cię do pogrzebania głębiej w szafie i wydobycia od dawna nieużywanego sprzętu?
Jak już wspomniałem, do pewnych rzeczy po prostu się dojrzewa. I ja chyba właśnie dojrzałem do tego, żeby dać innym coś od siebie. Oczywiście nie stałem się nagle wielkoduszny i bezinteresowny. Moja córka Amelia ma 5 lat, zaczęła jeździć na nartach i czerpie z tego wielką przyjemność. Chciałbym stworzyć jej możliwości, jakie mi oraz moim kolegom stworzyli nasi rodzice. Oczywiście jeszcze nie wiem, czy będzie chciała iść tą drogą, ale jeśli będzie widziała, że to ma sens i nie kończy się na kolorowych ciuchach, jaraniu czy PZS-ie, to może zakocha się w tym sporcie, tak jak ja kiedyś. Mam nadzieję, że takich dzieci będzie więcej i one też będą chciały się przyłączyć. I że rodzice tych dzieci również dostrzegą w tym więcej sensu, niż w grach na PS3... Właśnie dla tych ludzi mamy zamiar – razem z Hermanem i moim bratem, przy mocnym wsparciu firmy Contract oraz pod patronatem magazynu SnowBoard MDS – zbudować mocny team, który niezależnie od PZS-u i PZN-u będzie nie tyle szkolił, co pokazywał, jak i którędy dojść na szczyt, nie tracąc tej pozytywnej zajawki na prawdziwy snowboarding. Ja tę ścieżkę już przetarłem, jeździłem w jednym teamie z Mistrzami Świata. I tak jak wtedy wiedziałem, że mi się uda, tak i teraz jestem tego pewien.

W 1993 roku, gdy większość naszych obecnych Czytelników uczyła się posługiwania kredkami, Ty startowałeś w Mistrzostwach Polski w snowboardingu, wygrywając – uwaga, uwaga – zarówno w slalomie, w gigancie, jak i w halfpipe'ie. Masz świadomość, że jesteś żywym reliktem polskiego snowboardingu?
Ta świadomość do mnie dotarła całkiem niedawno. Zdałem sobie sprawę, że pod pewnym względem ciężko będzie komukolwiek mi dorównać. Nie, nie dlatego, że byłem taki dobry, tylko że nie ma już tylu zawodów Pucharu, czy Mistrzostw Polski, w tylu konkurencjach co kiedyś. A poza tym prawie nikt już nie jeździ na twardej desce. No i mam nadzieję, że nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.
Wspomniana dominacja jednocześnie w stylu alpejskim, jak i we fristajlu, to bardzo podejrzana sprawa. Ty, ale też i Pepek lub Wojtek Pająk, bez problemu wygrywaliście na twardym, albo na miękkim sprzęcie. Gigant, albo pajp – bez różnicy. Czy to – powiedzmy sobie szczerze ;) - wszechstronne talenty, czy może w tamtych czasach poziom był na tyle cieniutki, że dobrze jeżdżąca na desce osoba dawała radę we wszystkich dyscyplinach?
Myślę, że kiepscy nie byliśmy, a poziom w czołówce był bardzo wysoki. Dowodem na to mogą być Mistrzostwa Świata juniorów w Zakopanem, gdzie zdobywaliśmy medale w tzw. overallu, czyli kombinacji slalom-pipe. Tak naprawdę obojętne, jaka by to nie była dyscyplina i tak wszystko to nazywa się snowboardem. Kiedy my zaczynaliśmy jeździć, mieliśmy na nogach narciarskie buty i dlatego nasze początki związane były z twardym sprzętem. Wtedy najważniejsze było to, żeby jeździć, nie ważne czy deski były za długie, za krótkie, twarde czy miękkie. Kiedy powstało Polskie Stowarzyszenie Snowboardu zaczęto organizować zawody i tak naprawdę wszyscy mogli startować we wszystkich konkurencjach. Bo, po prostu, potrafili zapinkalać między bramkami i skakać na skoczniach. Ta wszechstronność przełożyła się później na wyniki w boardercrossie, gdzie niejednokrotnie kończyłem Puchary Świata w czołowej szóstce. Kiedyś zakończyłem sezon na pierwszym miejscu Pucharu Świata w overallu, ale pod koniec sezonu okazało się, że przestali wręczać puchary za kombinacje :(. W dalszym ciągu uważam, że jazda slalomowa pomaga nam we freestyle'u i na odwrót. Więc każdy, kto chce doskonalić swoje umiejętności, powinien spróbować wszystkich odmian snowboardu. Na pewno mu to pomoże. Właśnie dlatego Robert Kubica startuje w rajdach...
Wiesz, że dawniej w środowisku funkcjonowało określenie „bielska mafia”? Wzięło się to stąd, że przez dość długi czas kilka rodzinnych „klanów” zgarniało na zawodach wszystko, co było do zgarnięcia – nikt się nie przebił ;). Tworzyliście też kadrę, a Wasi rodzice - poza tym, że czasami również wygrywali zawody - struktury Stowarzyszenia, a później Związku. Nie wściekałeś się na zawistników?
Wściekać się, to znaczy mścić się na własnym zdrowiu za czyjąś głupotę. Nie mam tego w zwyczaju. Nasi rodzice stworzyli nam w tamtych czasach niesamowite warunki do rozwoju. Ale nie tylko nam. Każdy mógł na tym skorzystać, ale my rzeczywiście byliśmy najlepsi. Jeździliśmy we własnym gronie i tak pozytywnie nakręcaliśmy się przez rywalizację, że ciężko było się wbić między nas. Niektórym jednak się udawało, więc nie można powiedzieć, że zgarnialiśmy wszystko dla siebie. Na zawodach była kasa do wygrania, były super nagrody, każdy mógł startować i zgarniać szmal. Ludzie, którzy w tamtych czasach byli mocno związani ze snowboardem, stworzyli podstawy do szybkiego rozwoju sportu i zawodników, włożyli w to mnóstwo pracy i czasu. Może i robili to dla siebie lub dla swoich dzieci, ale trzeba przyznać, że liczyliśmy się wtedy na świecie. Ja jeździłem w Burton European Team - najlepszym wtedy teamie na świecie. Grzesiu Pająk uczył się w najlepszej szkole w USA razem z Rossem Powersem, nasza kadra regularnie startowała w Pucharze Świata, a w kraju rozgrywane były zawody Pucharu Polski i Europy. I te zawody przyciągały sponsorów oraz publiczność. Łatwo było później wyciągnąć po to ręce i doprowadzić do takiego stanu, jak mamy obecnie. Tylko nikt do winy nie chce się przyznać.

Ponoć Bielsko-Biała to już nie ta sama miejscówka, co kilka lat temu: coraz mniej ludzi ma zajawkę na snb, nie ma „narybku”, nie ma nowych, integrujących środowisko osobowości... No i naturalne zaplecze, jakim jest Szczyrk, zalicza kolejny zgon. Faktycznie jest tak źle?
Co do Szczyrku, to już nawet nie chce mi się na ten temat wypowiadać. Żal serce ściska, kiedy widzę te ruiny najpiękniejszego niegdyś resortu w Polsce. Ludzie sami to sobie zrobili - z zawiści, z braku chęci, czy cholera wie z czego. Zyskała na tym Wisła, Słowacja, Czechy, Brenna, Istebna. Miejsca, w których nie ma gór, nie ma super tras, ale za to mają 4-osobowe krzesełka i dzień w dzień zadowoleni turyści zostawiają tam grube pieniądze, które chętnie zostawiliby w Szczyrku. Ale w Szczyrku chyba pieniędzy nie potrzebują... Przez to, niestety, cierpi też Bielsko i lokalny snowboarding. Mało jest ludzi, którzy widzą w tym jakąś przyszłość. Nie mogę powiedzieć, że słabo jest u nas z ilością jeżdżących na deskach, bo dużo widać kolorowych ciuchów na stokach, ale na pewno mało ludzi chce to robić profesjonalnie i pokazywać innym, że snowboard może być ich całym życiem.
W przeciwieństwie do Pepka, Twojego brata, skupiony byłeś na dyscyplinach alpejskich, zdecydowanie mniej czasu poświęcając fristajlowaniu. Czy teraz, gdy slalomy są zmarginalizowane, nie żałujesz swojej decyzji?
Rzeczywiście, nasze braterskie talenty bardzo się rozjechały i gdy Pepek wykazywał naturalny talent do skakania, ja musiałem w to wkładać dużo więcej pracy. A i tak nigdy nie byłem w stanie dorównać mu stylem. Z kolei ja bez większego trudu potrafiłem zasuwać między „słupkami” ubrany w kondom :). Akurat to ubranie nie przypadło mi do gustu, więc gdy tylko się dało startowałem w spodniach i bluzie. Niestety, mimo że technicznie byłem bez zarzutu, to jednak brakowało mi masy i w szybkich konkurencjach Pucharu Świata nie byłem w stanie podczepić się pod „spasionych” i przypakowanych kolegów. To, że teraz o konkurencjach alpejskich mówi się mniej, nie ma najmniejszego znaczenia, gdyż jestem w stanie odnaleźć się w każdej innej dyscyplinie i co najważniejsze, lubię to!
W swojej długiej karierze sportowej miałeś wiele osiągnięć, ale czy jest coś, z czego teraz jesteś najbardziej dumny?
Jest parę takich rzeczy, które cieszą mnie bardziej od innych. Jako Olimpijczyk, zawodnik plasujący się w czołówce Pucharu Świata, 28. krotny Mistrz Polski, mogę powiedzieć, że wspomina się sytuacje niecodzienne. Te zapadają w pamięć na całe życie... Puchar Polski w Krynicy, w konkurencjach alpejskich, który odbywał się bezpośrednio po moim powrocie z USA, wygrałem na miękkim sprzęcie. A stojąc na starcie słyszałem głosy: „jeśli Starowicz wygra na miękkiej desce, to ja kończę karierę”. No i parę osób musiałoby przestać jeździć... To jest niesamowite uczucie, robić rzeczy niemożliwe. Bardzo często, kiedy mam jakiś problem, przywołuję w pamięci to uczucie i wiem, że wszystko jest możliwe, jeśli tylko bardzo się tego chce. Ale mimo, że zawody i podróże się skończyły, to zostało mi coś, co trudno przecenić: ludzie, których poznałem, przyjaciele których zyskałem - niektórzy do dzisiaj dzielą ze mną codzienne smutki i radości – ludzie, na których mogę liczyć zawsze i wszędzie. We ride together, we die together - friends for live.
Co obecnie bawi Cię w snowboardingu najbardziej?
Jazda mnie bawi :). I to, że mimo 34 lat potrafię jeszcze sam siebie zaskoczyć.
Czy w najbliższym czasie planujesz startować w jakichś zawodach, czy raczej będziesz teraz jeździł bez presji?
Niczego nie wykluczam i jeżeli tylko będę czuł, że jest odpowiedni moment, to na pewno wystartuję. Nawet na twardej desce mógłbym jeździć, tylko nie wiem, gdzie teraz takie deski się kupuje ;). Ale nawet jeśli wystartuję, to odbędzie się to bez presji.
Ponoć z Burtonem w Polsce było tak: pewnego razu z treningu narciarskiego w Alpach przywiozłeś katalog Burtona, który Twój ojciec Piotr (pozdrawiam ;) przeglądał sobie przed snem... I tak to się zaczęło. Brzmi naprawdę zajawkowo. Jak wspominasz tamten okres?
To były inne czasy. Było więcej miejsca na zajawkę. Dzisiaj, niestety, snowboardem rządzi pieniądz. Porządne marki snowboardowe nie mogą wygrać z supermarketowym badziewiem, bo mało kto zwraca uwagę na jakość lub technologie, a liczy się tylko cena. Bardzo dobrze wspominam tamte czasy, bo to był najlepszy okres dla snowboardu, który rozwijał się w niespotykanym tempie, a my byliśmy tego częścią. Zarówno na stoku, jak i w sklepie, czuliśmy się jak jeden z silników napędowych tego pięknego sportu.
Wiesz, że gdzieś na świecie gość z takim doświadczeniem jak Ty produkowałby deski, ciuchy na snowboard, albo przynajmniej szkolił kadrę. Nie chciałeś pójść w tym kierunku?
Teraz, gdy już odpocząłem od snowboardu, wracam i będę podążał tą drogą. Nawiązałem współpracę z firmą Contract, która, mam nadzieję, mocno się rozwinie. Po pierwszych testach ich desek Burton spadł u mnie z piedestału po prawie 20 latach... Poza tym trzeba wspierać lokalny biznes. Jesteśmy Polakami i powinniśmy pić polską w...odę i jeździć na polskich deskach! Kadrą się nie zajmę, bo nie spełniam wymagań PZS-u, ale szkolił na pewno będę.
Street... to jeden z trendów, w którym nie zdążyłeś już zaistnieć. Chciałbyś to teraz nadrobić?
Muszę poczytać w Wikipedii co to jest :). A tak poważnie, przestałem rozróżniać dyscypliny. Dla mnie snowboard to jest snowboard i tylko potrzeba chwili lub warunki śniegowe kierują mnie w jakieś konkretne miejsce. Niedawno byliśmy na super frirajdzie, a parę dni temu skakaliśmy nad rzeką w mieście.
Od zawsze drugą Twoją pasją, po snowboardzie, było „wciąganie spalin”: motocykle crossowe i wyścigowe, rajdy samochodowe... Czy coś się w tym temacie zmieniło?
Niestety nie. Co prawda nie startuję już w wyścigach ani w rajdach, ale ciągle mam szybkie auto i motocykl w garażu... Teraz na pierwszym planie jest rodzina, a wiadomo, że sporty motorowe są bardzo czaso i kaso chłonne, więc nie da się tego wszystkiego pogodzić. Tęsknię jednak strasznie i jak tylko mam trochę wolnego czasu, to jadę kibicować Siemankowi, który w tym roku będzie jeździł w teamie Subaru, w Mistrzostwach Polski.
Co obecnie porabiasz, czym się zajmujesz?
Przede wszystkim jestem Ojcem i Mężem. Poza tym pracuję w bielsko-bialskim Aeroklubie i gdyby nie ilość papierów, jaką muszę ogarnąć, to bardzo by mi się tam podobało. Swoją drogą bardzo się dziwię, że tak niewielu ludzi lata szybowcami. To jest piękny, widowiskowy sport i wcale nie taki drogi, przynajmniej na poziomie rekreacyjnym. Naprawdę zapraszam wszystkich do spróbowania! A moje najnowsze zajęcie, to „masakrowanie” się w pubie, który otworzyła moja żona z koleżanką. Strasznie wciągające, ale może skończyć się odwykiem ;).

Jak obecnie wygląda Twój poziom na desce? Wróciłeś do dawnej formy?
Myślę, że do dawnej formy jeszcze trochę mi brakuje, ale ciągle zaliczam progres. Ważne, że jeszcze mi się nie znudziła taka zwykła jazda na krawędzi. Na szczęście ze snowboardem jest jak z jazdą na rowerze - tego się nie zapomina.
Okiem byłego Olimpijczyka: jak oceniasz obecną sytuację naszego sportu? Będzie coś z tego?
Nie śledzę wyników, więc nie wiem jakie są możliwości, ale wydaje mi się, że za naszych czasów było w mediach zdecydowanie głośniej o snowboardzie. Ze względu na to, że chcę się zająć szkoleniem, muszę wierzyć, że będzie dla kogo się męczyć. Myślę, że jeśli tylko stworzymy warunki, to znajdą się też talenty. W tej chwili panuje wolna amerykanka i mało kto wie, gdzie jest Związek, czym się zajmuje, kiedy są jakieś zawody... No chyba, że zawody są komercyjne. Wtedy nagłośnienie nie jest problemem, choćby w internecie - tanio i skutecznie. Chciałbym, żeby znowu wszystko funkcjonowało tak, jak powinno, ale to już zależy tylko od ludzi. Od tych, którzy zarządzają i od tych, którzy jeżdżą.
Z kim teraz najchętniej wybierasz się na deskę?
Najczęściej jeżdżę z rodziną i z przyjaciółmi. Tymi samymi, co kilkanaście lat temu.
Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?
Za chwilę pójdę do kuchni składać szafkę. Robię ją już parę miesięcy i dzisiaj nadszedł czas, żeby to zakończyć :). A później pobawię się z córką, pooglądamy bajki i do spania.
Może przekażesz coś od siebie, jakąś głęboką myśl na koniec ;).
Chciałbym, żeby moja żona miała do mnie więcej cierpliwości. Przez więcej niż połowę mojego życia byłem lekkoduchem i żyłem od wyjazdu do wyjazdu, przemierzając kontynenty w poszukiwaniu adrenaliny. Nie jest łatwo szybko się od tego odciąć i całkowicie zmienić, bo ciągle brakuje mi mocnych wrażeń. Jednak staram się, bo bardzo kocham żonę i córkę. Na pewno wypracujemy sobie kompromisy i będziemy szczęśliwi. Amen.
Pozdrawiasz...
Rodzinę, przyjaciół, słuchaczy oraz Państwa w studio ;). Tych, których pozdrawiam, nie muszę wymieniać z imienia, bo Oni wiedzą...
mieszka w: Bielsku-Białej;
na desce od: 1992 roku;
ulubiona miejscówka: Ischgl;
best trick: kreska z Golgoty;
ulubiony trik: każdy ustany;
deska: Contract;
sponsorzy: Contract, Masakra.it, Herman foto, X-Sport
Tekst: red., Zdjęcia: Sebastian Hermanowski
snowBoard MDS nr 51/2011
„Łukasz... Co to za koleś?”- ma prawo zapytać ta część z was (pewnie zdecydowanie liczniejsza), której fascynacja deską trwa raptem kilka latek. Jeśli na dodatek nie kręcą was historie wzniosłe, acz zamierzchłe, a z postaci wartych zapamiętania kojarzycie wyłącznie Króla Sasa (bo nieźle imprezował), to faktycznie macie problem: o co kaman? Nie ma chłopa na żadnej liczącej się produkcji snb, nie ma na zawodach, a na zdjęciach można Go znaleźć chyba tylko w rodzinnym albumie, a nie w fachowych magazynach. Znaczy się, nie istnieje?! Spokojnie, istnieje (przynajmniej profil na fejsbuku ;), ma się nieźle, a co ważniejsze, powraca do snowboardingu - niczym syn marnotrawny. Najwyższa pora, bo z deską Łukasz związany jest mniej więcej tyle, ile trwa historia snowboardingu w Polsce, przez długi czas wygrywał wszystko, co było do wygrania i jako jeden z pierwszych snowboarderów startował na Zimowych Igrzyskach. To cię nazywa „grube CV”!

SnowBoard MDS: „Stara gwardia” nie rdzewieje - Wojtek Pająk, jeśli tylko pojawi się na zawodach, wciąż jest postrachem małolatów, Pepek ostatnio mocno się przykłada i ma nowego sponsora, Kamel wciąż rządzi... Czy to normalne, żeby w tym wieku ;)?
Łukasz: W tym wieku, to nie takie rzeczy się robi... A tak naprawdę, to nie jest ważny wiek, ale motywacja. I nie dotyczy to tylko snowboardu, ale każdej dziedziny życia. Fajnie jest - jak mówisz - gdy stara gwardia ma ciągle zajawkę na prawdziwy snowboarding i potrafi to połączyć z pracą i rodziną. Z początkiem zimy, po jedynych dużych opadach w tym roku - metr świeżego puchu :) - wybrałem się na Skrzyczne. Spotkałem samych prawdziwych snowboarderów - wszystkich, z którymi zaczynałem jeździć prawie 20 lat temu. Ludzi, z którymi się nie widziałem po kilka, kilkanaście lat. Takich prawdziwych freeriderów, którzy lubią jeździć dla siebie i własnej zajawki, a nie dla poklasku. Było bardzo miło do momentu, aż zamknięto wyciąg krzesełkowy o godzinie 13-tej, bo wyciągowcy mieli zebranie! Ale wracając do pytania: na snowboard nigdy nie jest się za starym, do snowboardu się dojrzewa. I to chyba nie tylko ja tak mam. Ostatnio Wojtek P. namówił mnie na kurs lawinowy. Byłem i dowiedziałem się, że o śniegu nic nie wiedziałem. Teraz mogę iść dalej i wyżej, a co najważniejsze, bezpieczniej.
Pytanie „jak długo na desce?” jest boleśnie banalnym klasykiem wywiadów, jednak w Twoim przypadku nabiera niebanalnego znaczenia. Na desce osiągnąłeś już chyba pełnoletność?
Moje ulubione! Sam już nie pamiętam, jak to było na początku, ale pierwszy kontakt z deską miałem jakoś w 1991 albo w 1992 roku w Kaprun, więc prawie 20 lat temu - szok!
Jak długo trwał Twój „rozwód” ze snb? I co spowodowało osłabienie tego, gorącego niegdyś, uczucia?
Ostatni sezon, w którym startowałem, to już była totalna olewka i niechęć do tego, co się działo wokół deski. Wcześniej Puchar Polski zawsze był organizowany przez tę samą ekipę - Karol, Witek, Solak, Nowy, Bramowcy, Herman za mikrofonem (pozdrawiam wszystkich), a nagle się okazało, że zamiast profesjonalistów i widowiskowych zawodów, można to robić przypadkowymi ludźmi, bez muzyki i speakera, w środę, np. o 5 rano na Skrzycznym, gdy nie chodzą krzesełka. Bo po co robić zawody dla zawodników i publiczności, jeśli zamiast tego można nieźle zarobić? Nie chciałem być częścią tej farsy i schowałem deskę do szafy. Nie mogę jednak powiedzieć, że PZS nigdy nic dla mnie i dla snowboardu nie zrobił, bo dzięki ludziom zaangażowanym w propagowanie snowboardu mieliśmy zawodników w czołówce Pucharu Świata, mieliśmy Mistrzostwa Świata Juniorów, mieliśmy zawody Pucharu Europy i stać nas było na to, żeby ścigać się z najlepszymi. A potem przyszli inni ludzie i zaczęli na tym zarabiać. I ciągle im było mało...
Co w takim razie skłoniło Cię do pogrzebania głębiej w szafie i wydobycia od dawna nieużywanego sprzętu?
Jak już wspomniałem, do pewnych rzeczy po prostu się dojrzewa. I ja chyba właśnie dojrzałem do tego, żeby dać innym coś od siebie. Oczywiście nie stałem się nagle wielkoduszny i bezinteresowny. Moja córka Amelia ma 5 lat, zaczęła jeździć na nartach i czerpie z tego wielką przyjemność. Chciałbym stworzyć jej możliwości, jakie mi oraz moim kolegom stworzyli nasi rodzice. Oczywiście jeszcze nie wiem, czy będzie chciała iść tą drogą, ale jeśli będzie widziała, że to ma sens i nie kończy się na kolorowych ciuchach, jaraniu czy PZS-ie, to może zakocha się w tym sporcie, tak jak ja kiedyś. Mam nadzieję, że takich dzieci będzie więcej i one też będą chciały się przyłączyć. I że rodzice tych dzieci również dostrzegą w tym więcej sensu, niż w grach na PS3... Właśnie dla tych ludzi mamy zamiar – razem z Hermanem i moim bratem, przy mocnym wsparciu firmy Contract oraz pod patronatem magazynu SnowBoard MDS – zbudować mocny team, który niezależnie od PZS-u i PZN-u będzie nie tyle szkolił, co pokazywał, jak i którędy dojść na szczyt, nie tracąc tej pozytywnej zajawki na prawdziwy snowboarding. Ja tę ścieżkę już przetarłem, jeździłem w jednym teamie z Mistrzami Świata. I tak jak wtedy wiedziałem, że mi się uda, tak i teraz jestem tego pewien.

W 1993 roku, gdy większość naszych obecnych Czytelników uczyła się posługiwania kredkami, Ty startowałeś w Mistrzostwach Polski w snowboardingu, wygrywając – uwaga, uwaga – zarówno w slalomie, w gigancie, jak i w halfpipe'ie. Masz świadomość, że jesteś żywym reliktem polskiego snowboardingu?
Ta świadomość do mnie dotarła całkiem niedawno. Zdałem sobie sprawę, że pod pewnym względem ciężko będzie komukolwiek mi dorównać. Nie, nie dlatego, że byłem taki dobry, tylko że nie ma już tylu zawodów Pucharu, czy Mistrzostw Polski, w tylu konkurencjach co kiedyś. A poza tym prawie nikt już nie jeździ na twardej desce. No i mam nadzieję, że nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.
Wspomniana dominacja jednocześnie w stylu alpejskim, jak i we fristajlu, to bardzo podejrzana sprawa. Ty, ale też i Pepek lub Wojtek Pająk, bez problemu wygrywaliście na twardym, albo na miękkim sprzęcie. Gigant, albo pajp – bez różnicy. Czy to – powiedzmy sobie szczerze ;) - wszechstronne talenty, czy może w tamtych czasach poziom był na tyle cieniutki, że dobrze jeżdżąca na desce osoba dawała radę we wszystkich dyscyplinach?
Myślę, że kiepscy nie byliśmy, a poziom w czołówce był bardzo wysoki. Dowodem na to mogą być Mistrzostwa Świata juniorów w Zakopanem, gdzie zdobywaliśmy medale w tzw. overallu, czyli kombinacji slalom-pipe. Tak naprawdę obojętne, jaka by to nie była dyscyplina i tak wszystko to nazywa się snowboardem. Kiedy my zaczynaliśmy jeździć, mieliśmy na nogach narciarskie buty i dlatego nasze początki związane były z twardym sprzętem. Wtedy najważniejsze było to, żeby jeździć, nie ważne czy deski były za długie, za krótkie, twarde czy miękkie. Kiedy powstało Polskie Stowarzyszenie Snowboardu zaczęto organizować zawody i tak naprawdę wszyscy mogli startować we wszystkich konkurencjach. Bo, po prostu, potrafili zapinkalać między bramkami i skakać na skoczniach. Ta wszechstronność przełożyła się później na wyniki w boardercrossie, gdzie niejednokrotnie kończyłem Puchary Świata w czołowej szóstce. Kiedyś zakończyłem sezon na pierwszym miejscu Pucharu Świata w overallu, ale pod koniec sezonu okazało się, że przestali wręczać puchary za kombinacje :(. W dalszym ciągu uważam, że jazda slalomowa pomaga nam we freestyle'u i na odwrót. Więc każdy, kto chce doskonalić swoje umiejętności, powinien spróbować wszystkich odmian snowboardu. Na pewno mu to pomoże. Właśnie dlatego Robert Kubica startuje w rajdach...
Wiesz, że dawniej w środowisku funkcjonowało określenie „bielska mafia”? Wzięło się to stąd, że przez dość długi czas kilka rodzinnych „klanów” zgarniało na zawodach wszystko, co było do zgarnięcia – nikt się nie przebił ;). Tworzyliście też kadrę, a Wasi rodzice - poza tym, że czasami również wygrywali zawody - struktury Stowarzyszenia, a później Związku. Nie wściekałeś się na zawistników?
Wściekać się, to znaczy mścić się na własnym zdrowiu za czyjąś głupotę. Nie mam tego w zwyczaju. Nasi rodzice stworzyli nam w tamtych czasach niesamowite warunki do rozwoju. Ale nie tylko nam. Każdy mógł na tym skorzystać, ale my rzeczywiście byliśmy najlepsi. Jeździliśmy we własnym gronie i tak pozytywnie nakręcaliśmy się przez rywalizację, że ciężko było się wbić między nas. Niektórym jednak się udawało, więc nie można powiedzieć, że zgarnialiśmy wszystko dla siebie. Na zawodach była kasa do wygrania, były super nagrody, każdy mógł startować i zgarniać szmal. Ludzie, którzy w tamtych czasach byli mocno związani ze snowboardem, stworzyli podstawy do szybkiego rozwoju sportu i zawodników, włożyli w to mnóstwo pracy i czasu. Może i robili to dla siebie lub dla swoich dzieci, ale trzeba przyznać, że liczyliśmy się wtedy na świecie. Ja jeździłem w Burton European Team - najlepszym wtedy teamie na świecie. Grzesiu Pająk uczył się w najlepszej szkole w USA razem z Rossem Powersem, nasza kadra regularnie startowała w Pucharze Świata, a w kraju rozgrywane były zawody Pucharu Polski i Europy. I te zawody przyciągały sponsorów oraz publiczność. Łatwo było później wyciągnąć po to ręce i doprowadzić do takiego stanu, jak mamy obecnie. Tylko nikt do winy nie chce się przyznać.

Ponoć Bielsko-Biała to już nie ta sama miejscówka, co kilka lat temu: coraz mniej ludzi ma zajawkę na snb, nie ma „narybku”, nie ma nowych, integrujących środowisko osobowości... No i naturalne zaplecze, jakim jest Szczyrk, zalicza kolejny zgon. Faktycznie jest tak źle?
Co do Szczyrku, to już nawet nie chce mi się na ten temat wypowiadać. Żal serce ściska, kiedy widzę te ruiny najpiękniejszego niegdyś resortu w Polsce. Ludzie sami to sobie zrobili - z zawiści, z braku chęci, czy cholera wie z czego. Zyskała na tym Wisła, Słowacja, Czechy, Brenna, Istebna. Miejsca, w których nie ma gór, nie ma super tras, ale za to mają 4-osobowe krzesełka i dzień w dzień zadowoleni turyści zostawiają tam grube pieniądze, które chętnie zostawiliby w Szczyrku. Ale w Szczyrku chyba pieniędzy nie potrzebują... Przez to, niestety, cierpi też Bielsko i lokalny snowboarding. Mało jest ludzi, którzy widzą w tym jakąś przyszłość. Nie mogę powiedzieć, że słabo jest u nas z ilością jeżdżących na deskach, bo dużo widać kolorowych ciuchów na stokach, ale na pewno mało ludzi chce to robić profesjonalnie i pokazywać innym, że snowboard może być ich całym życiem.
W przeciwieństwie do Pepka, Twojego brata, skupiony byłeś na dyscyplinach alpejskich, zdecydowanie mniej czasu poświęcając fristajlowaniu. Czy teraz, gdy slalomy są zmarginalizowane, nie żałujesz swojej decyzji?
Rzeczywiście, nasze braterskie talenty bardzo się rozjechały i gdy Pepek wykazywał naturalny talent do skakania, ja musiałem w to wkładać dużo więcej pracy. A i tak nigdy nie byłem w stanie dorównać mu stylem. Z kolei ja bez większego trudu potrafiłem zasuwać między „słupkami” ubrany w kondom :). Akurat to ubranie nie przypadło mi do gustu, więc gdy tylko się dało startowałem w spodniach i bluzie. Niestety, mimo że technicznie byłem bez zarzutu, to jednak brakowało mi masy i w szybkich konkurencjach Pucharu Świata nie byłem w stanie podczepić się pod „spasionych” i przypakowanych kolegów. To, że teraz o konkurencjach alpejskich mówi się mniej, nie ma najmniejszego znaczenia, gdyż jestem w stanie odnaleźć się w każdej innej dyscyplinie i co najważniejsze, lubię to!
W swojej długiej karierze sportowej miałeś wiele osiągnięć, ale czy jest coś, z czego teraz jesteś najbardziej dumny?
Jest parę takich rzeczy, które cieszą mnie bardziej od innych. Jako Olimpijczyk, zawodnik plasujący się w czołówce Pucharu Świata, 28. krotny Mistrz Polski, mogę powiedzieć, że wspomina się sytuacje niecodzienne. Te zapadają w pamięć na całe życie... Puchar Polski w Krynicy, w konkurencjach alpejskich, który odbywał się bezpośrednio po moim powrocie z USA, wygrałem na miękkim sprzęcie. A stojąc na starcie słyszałem głosy: „jeśli Starowicz wygra na miękkiej desce, to ja kończę karierę”. No i parę osób musiałoby przestać jeździć... To jest niesamowite uczucie, robić rzeczy niemożliwe. Bardzo często, kiedy mam jakiś problem, przywołuję w pamięci to uczucie i wiem, że wszystko jest możliwe, jeśli tylko bardzo się tego chce. Ale mimo, że zawody i podróże się skończyły, to zostało mi coś, co trudno przecenić: ludzie, których poznałem, przyjaciele których zyskałem - niektórzy do dzisiaj dzielą ze mną codzienne smutki i radości – ludzie, na których mogę liczyć zawsze i wszędzie. We ride together, we die together - friends for live.
Co obecnie bawi Cię w snowboardingu najbardziej?
Jazda mnie bawi :). I to, że mimo 34 lat potrafię jeszcze sam siebie zaskoczyć.
Czy w najbliższym czasie planujesz startować w jakichś zawodach, czy raczej będziesz teraz jeździł bez presji?
Niczego nie wykluczam i jeżeli tylko będę czuł, że jest odpowiedni moment, to na pewno wystartuję. Nawet na twardej desce mógłbym jeździć, tylko nie wiem, gdzie teraz takie deski się kupuje ;). Ale nawet jeśli wystartuję, to odbędzie się to bez presji.
Ponoć z Burtonem w Polsce było tak: pewnego razu z treningu narciarskiego w Alpach przywiozłeś katalog Burtona, który Twój ojciec Piotr (pozdrawiam ;) przeglądał sobie przed snem... I tak to się zaczęło. Brzmi naprawdę zajawkowo. Jak wspominasz tamten okres?
To były inne czasy. Było więcej miejsca na zajawkę. Dzisiaj, niestety, snowboardem rządzi pieniądz. Porządne marki snowboardowe nie mogą wygrać z supermarketowym badziewiem, bo mało kto zwraca uwagę na jakość lub technologie, a liczy się tylko cena. Bardzo dobrze wspominam tamte czasy, bo to był najlepszy okres dla snowboardu, który rozwijał się w niespotykanym tempie, a my byliśmy tego częścią. Zarówno na stoku, jak i w sklepie, czuliśmy się jak jeden z silników napędowych tego pięknego sportu.
Wiesz, że gdzieś na świecie gość z takim doświadczeniem jak Ty produkowałby deski, ciuchy na snowboard, albo przynajmniej szkolił kadrę. Nie chciałeś pójść w tym kierunku?
Teraz, gdy już odpocząłem od snowboardu, wracam i będę podążał tą drogą. Nawiązałem współpracę z firmą Contract, która, mam nadzieję, mocno się rozwinie. Po pierwszych testach ich desek Burton spadł u mnie z piedestału po prawie 20 latach... Poza tym trzeba wspierać lokalny biznes. Jesteśmy Polakami i powinniśmy pić polską w...odę i jeździć na polskich deskach! Kadrą się nie zajmę, bo nie spełniam wymagań PZS-u, ale szkolił na pewno będę.
Street... to jeden z trendów, w którym nie zdążyłeś już zaistnieć. Chciałbyś to teraz nadrobić?
Muszę poczytać w Wikipedii co to jest :). A tak poważnie, przestałem rozróżniać dyscypliny. Dla mnie snowboard to jest snowboard i tylko potrzeba chwili lub warunki śniegowe kierują mnie w jakieś konkretne miejsce. Niedawno byliśmy na super frirajdzie, a parę dni temu skakaliśmy nad rzeką w mieście.
Od zawsze drugą Twoją pasją, po snowboardzie, było „wciąganie spalin”: motocykle crossowe i wyścigowe, rajdy samochodowe... Czy coś się w tym temacie zmieniło?
Niestety nie. Co prawda nie startuję już w wyścigach ani w rajdach, ale ciągle mam szybkie auto i motocykl w garażu... Teraz na pierwszym planie jest rodzina, a wiadomo, że sporty motorowe są bardzo czaso i kaso chłonne, więc nie da się tego wszystkiego pogodzić. Tęsknię jednak strasznie i jak tylko mam trochę wolnego czasu, to jadę kibicować Siemankowi, który w tym roku będzie jeździł w teamie Subaru, w Mistrzostwach Polski.
Co obecnie porabiasz, czym się zajmujesz?
Przede wszystkim jestem Ojcem i Mężem. Poza tym pracuję w bielsko-bialskim Aeroklubie i gdyby nie ilość papierów, jaką muszę ogarnąć, to bardzo by mi się tam podobało. Swoją drogą bardzo się dziwię, że tak niewielu ludzi lata szybowcami. To jest piękny, widowiskowy sport i wcale nie taki drogi, przynajmniej na poziomie rekreacyjnym. Naprawdę zapraszam wszystkich do spróbowania! A moje najnowsze zajęcie, to „masakrowanie” się w pubie, który otworzyła moja żona z koleżanką. Strasznie wciągające, ale może skończyć się odwykiem ;).

Jak obecnie wygląda Twój poziom na desce? Wróciłeś do dawnej formy?
Myślę, że do dawnej formy jeszcze trochę mi brakuje, ale ciągle zaliczam progres. Ważne, że jeszcze mi się nie znudziła taka zwykła jazda na krawędzi. Na szczęście ze snowboardem jest jak z jazdą na rowerze - tego się nie zapomina.
Okiem byłego Olimpijczyka: jak oceniasz obecną sytuację naszego sportu? Będzie coś z tego?
Nie śledzę wyników, więc nie wiem jakie są możliwości, ale wydaje mi się, że za naszych czasów było w mediach zdecydowanie głośniej o snowboardzie. Ze względu na to, że chcę się zająć szkoleniem, muszę wierzyć, że będzie dla kogo się męczyć. Myślę, że jeśli tylko stworzymy warunki, to znajdą się też talenty. W tej chwili panuje wolna amerykanka i mało kto wie, gdzie jest Związek, czym się zajmuje, kiedy są jakieś zawody... No chyba, że zawody są komercyjne. Wtedy nagłośnienie nie jest problemem, choćby w internecie - tanio i skutecznie. Chciałbym, żeby znowu wszystko funkcjonowało tak, jak powinno, ale to już zależy tylko od ludzi. Od tych, którzy zarządzają i od tych, którzy jeżdżą.
Z kim teraz najchętniej wybierasz się na deskę?
Najczęściej jeżdżę z rodziną i z przyjaciółmi. Tymi samymi, co kilkanaście lat temu.
Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?
Za chwilę pójdę do kuchni składać szafkę. Robię ją już parę miesięcy i dzisiaj nadszedł czas, żeby to zakończyć :). A później pobawię się z córką, pooglądamy bajki i do spania.
Może przekażesz coś od siebie, jakąś głęboką myśl na koniec ;).
Chciałbym, żeby moja żona miała do mnie więcej cierpliwości. Przez więcej niż połowę mojego życia byłem lekkoduchem i żyłem od wyjazdu do wyjazdu, przemierzając kontynenty w poszukiwaniu adrenaliny. Nie jest łatwo szybko się od tego odciąć i całkowicie zmienić, bo ciągle brakuje mi mocnych wrażeń. Jednak staram się, bo bardzo kocham żonę i córkę. Na pewno wypracujemy sobie kompromisy i będziemy szczęśliwi. Amen.
Pozdrawiasz...
Rodzinę, przyjaciół, słuchaczy oraz Państwa w studio ;). Tych, których pozdrawiam, nie muszę wymieniać z imienia, bo Oni wiedzą...
mieszka w: Bielsku-Białej;
na desce od: 1992 roku;
ulubiona miejscówka: Ischgl;
best trick: kreska z Golgoty;
ulubiony trik: każdy ustany;
deska: Contract;
sponsorzy: Contract, Masakra.it, Herman foto, X-Sport
Tekst: red., Zdjęcia: Sebastian Hermanowski
snowBoard MDS nr 51/2011






