snowBoard MDS 53/2012
.: Travis Rice / prze-gość numeru
.: SNB szklanym okiem / Yarrek
.: From Romania with Fear / akcja w Karpatach
.: Testy / sprzęt
.: Denis Leontiew / wywiad
.: Gniazdo na mękach / trening
.: Step by Step / nauka triku
.: Serwisowanie sprzętu / nietypowe deski
.: Nasz portret / wyniki ankiety
.: SNB szklanym okiem / Yarrek
.: From Romania with Fear / akcja w Karpatach
.: Testy / sprzęt
.: Denis Leontiew / wywiad
.: Gniazdo na mękach / trening
.: Step by Step / nauka triku
.: Serwisowanie sprzętu / nietypowe deski
.: Nasz portret / wyniki ankiety
Jeśli ktoś spyta, czym różni się snowboarding od innych
sportów, to śmiało można powiedzieć, że sprzętem, zawodnikami, klimatem i czymś
tam jeszcze (można wpisać dowolne określenie), ale przede wszystkim... ludźmi,
którzy tworzą tę zajawkę. To dzięki nim właśnie snowboarding może zaoferować
nam coś więcej, niż tylko fizyczne ćwiczenia. To dzięki tym ludziom powstaje
niepowtarzalny koloryt, słusznie uważany za freestyle'owy. To dzięki ich
zaangażowaniu snowboardowe imprezy mają to „coś", co ciągle przyciąga nowych
amatorów. I dlatego stali się ONI powszechnie rozpoznawalnymi
„markami" w swoich środowiskach. Taką „ikoną" w Polsce na pewno jest Herman.
MDS: Krąży o Tobie wiele legend. Jedna z nich mówi, że jako pierwszy w Polsce zacząłeś jeździć na snowboardzie...
Herman: Jest taka legenda, ale, jakby to powiedzieć, jest w niej... trochę prawdy. Nie byłem może pierwszy w ogóle na snowboardzie, bo na deskę nie miałem wtedy pieniędzy. Jednymi z pierwszych byli Piotrek Starowicz, Pająkowie, Siwy, Darek Rosiak... To są osoby, które założyły Polski Związek Snowboardu, ale oni wtedy ścigali się na deskach, a ja byłem z innej bajki, bo mnie interesował tylko freestyle. Nie jeździłem na wyciągach tylko budowałem hopę na Białym Krzyżu i nic więcej do szczęścia nie potrzebowałem. Więc jeśli chodzi o wyczyny czysto fristajlowe, np. pierwsze 180, 360... no to owszem, uważam, że to zacząłem robić pierwszy, z Markiem Bartosikiem.
Jak dawno to było?
Jakieś 14 lat temu.
Wcześniej jednak byłeś skoczkiem...
Tak, byłem skoczkiem narciarskim - skakałem na nartach od piątego roku życia. Skoki narciarskie były pasją mojego życia i spokojnie mogę powiedzieć, że dalej nią są. Byłem pięciokrotnym mistrzem polski w juniorach młodszych i starszych. Skakałem na wszystkich skoczniach w Polsce, moim rówieśnikiem jest Robert Mateja, a trochę młodszy jest Wojtek Skupień - z nimi przez pięć lat byłem w kadrze juniorów i bardzo mile wspominam tamte czasy.

Dlaczego więc przerwałeś skoki?
Miałem wypadek na czeskiej skoczni Frenstat pod Radhostem - przepadłem przez narty w locie, spadłem proso na łeb i troszkę zapomniałem z życiorysu... Skoki są bardzo „psychiczną" dyscypliną i, choć po tym wypadku skakałem jeszcze przez 2 lata, to ze skoku na skok cofałem się coraz bardziej. Trenerzy zamiast odbudować mnie psychicznie po przerwie, posłali mnie jeszcze raz na tę samą dużą skocznię. Nikt wtedy nic nie kumał, więc gdy nagle zacząłem przegrywać zawody, to oni pomyśleli, że to musi być alkohol lub jakieś tam inne rzeczy, a nie wiedzieli, że ja psychicznie się wypaliłem po wypadku. No potem to już mi mama zabrała narty, schowała do szafy i powiedziała dość. Najbardziej z tego wszystkiego niezadowolony był mój dziadziu, który od małego woził mnie na treningi syreną Bosto, opiekował się mną i był moim trenerem. Wtedy było to też całe jego życie, a na skokach znał się bardzo dobrze, bo jest pułkownikiem lotnictwa i lepiej od niektórych trenerów wiedział, co się dzieje w powietrzu. Jak się dowiedział, że skończyłem skakać to przestał jeździć autem, kupił sobie gołębie i tak jest do dziś. Ma do mnie trochę żalu.
Gdyby nie wypadek, to nadal chciałbyś skakać?
No pewno! Beż żadnego wahania powróciłbym do skakania na nartach.
Startowałeś w snowboardowych zawodach - z jakimi wynikami?
Kiedyś tam byłem na różnych pucharach polski... Kilka razy zająłem 3, 4 i 5 miejsca, ale nie pamiętam żebym coś wygrał. Można jednak powiedzieć, że przez parę latek na pewno byłem w czołówce.
I dlaczego z tym skończyłeś?
Kolano! To znaczy przez kontuzję kolana: brak łękotek, pozrywane wiązadła...

Suma wypadków, czy jakiś jeden pechowy upadek?
Ciągłe obciążenia. Przez większość swojego życia, czyli jakieś 24 lata, bo od 5 roku zacząłem trenować na nartach, przez cały ten czas ciągle tylko skoki, skoki i skoki. No i kolana tego nie wytrzymały.
Odkryłeś więc w sobie „powołanie" organizatora - zawody, imprezy, obozy, prowadzenie klubu snowboardowego...
Od samego początku snowboardingu było tak, że jeśli chciało się poskakać, to trzeba było wszystko zrobić samemu: usypać skocznię, zorganizować kumpli, potem zrobić zawody. Później, kiedy już było wiadomo, że nie zrobię kariery jako zawodnik, dostałem odznakę instruktora wykładowcy. Jakieś 6 lat temu nie miał kto tego dostać, bo wszystko się dopiero rozwijało i większość społeczeństwa nie wiedziało co to snowboard. Dostałem więc ja, Gosia Rosiak, Jary, Łukasz Starowicz... No i mieliśmy propagować w Polsce nauczanie snowboardu. I tak to się jakoś zaczęło...
Od samego początku snowboardingu lubiłem pomagać innym. Lubię pracować z młodzieżą, bo teraz mamy takie czasy, że jak rodzice nie mają pieniędzy, to dziecko jest pozostawione same sobie i raczej są marne szanse, że będzie uprawiać jakiś sport. Kiedyś, jak było się w czymś dobrym, to dostawało się jakąś dotację, pomagała szkoła... Teraz brak takich możliwości, więc jak ojciec nie ma pieniędzy, to pozostaje stanie na klatce schodowej w swoim bloku i, co jest teraz modne, zostać ziomalem. Jeśli więc mogę pomóc, to pomagam.
Organizujesz ludziom czas nie tylko w zimie, w lecie również robisz integrujące wyjazdy.
Po prostu cały czas jesteśmy razem. Mam klub, który teraz nazywa się Billabong, jest też BSS (Beskidzkie Stowarzyszenie Snowboardu). BSS szkoli młodych, ja się zajmuję starszymi. Więc żeby przygotować ich jakoś do sezonu trzeba latem wyjechać na lodowiec raz lub dwa. Teraz trochę mniej się jeździ, ale kiedyś przez cały czas siedzieliśmy na tych lodowcach.
Słyniesz z wielu niekonwencjonalnych akcji. Jaka była jedna z ciekawszych mega ściemek?
Kiedyś, w całkowitym negliżu, o szóstej rano kierowałem ruchem w centrum Bielska, na największym skrzyżowaniu...
Jak się to skończyło?
Policja nie zdążyła interweniować, ale nagrali to na kamerach i fajnie opisali w gazecie. Było tak dużo tego typu akcji, że mógłbym o tym napisać książkę.
Właśnie. Sporo osób ceni Cię za umiejętność opowiadania niesamowitych anegdot.
A, dziękuję bardzo. Pewnie mam to we krwi i może dlatego nadal prowadzę większość imprez snowboardowych. Prowadziłem pierwsze zawody i tak pozostało do teraz. Nadal mnie to bawi i bardzo lubię to robić.
W takim razie krótka historyjka...
Kiedyś byliśmy na wyjeździe w Turcji - cała nasza ekipa wraz z rodzicami, ojcowie z żonami... Stare, bielskie środowisko. Wynajęliśmy stateczek wycieczkowy. Kapitan chciał koniecznie podlizać się wszystkim Polakom i mnie akurat poprosił, żebym go nauczył jakiegoś typowo polskiego pozdrowienia. Co miałem robić? Nauczyłem go zdania: „Witam wszystkich i... wypierdalać za burtę!". Nasi to bardzo fajnie przyjęli, ale kapitan przez kolejne 2 godziny gonił mnie po statku.
W jaki sposób się zorientował?
Jak skończył mówić, to już wiedział o co chodzi... hehe.
Swoimi imprezami i pomysłami potrafiłeś skonsolidować całe polskie środowisko snowboardowe - ludzi z B-B, Wawy, Krakowa, Sącza...
Myślę, że to jest właśnie najważniejsze w snowboardzie. Jak jeszcze skakałem na nartach, to byłem przyzwyczajony do tego, że np. Szczyrk i Zakopane to były takie dwie miejscowości, które po prostu się nienawidziły. No i to uczucie przechodziło na zawodników. Jak poznałem Roberta Mateję na pierwszych wyjazdach, to też była miedzy nami taka bariera. Ale później zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi, bardzo lubiłem z nim spędzać czas. Tak samo było kiedyś w snowboardingu: Warszawka, B-Biała, Kraków... każdy każdego nie lubił. Jednak po pewnym czasie, gdy się poznaliśmy bliżej i zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, to jakoś się poukładało. Teraz jest mistrzostwo świata. Nie wiem, czy to akurat zasługa moich imprez, bo nie tylko ja je robiłem. Był też Wojtek Pająk, Kamel i inni. Ale teraz wszyscy razem się trzymamy. Chociaż ostatnio widzę, że znowu coś zaczyna się psuć. To chyba przez internet. Internet to jest dla mnie wielkie zło. Czytając wszystkie te wypowiedzi na snowboardowych forach stwierdzam, że to prawdziwy dramat. Ja tam nigdy w życiu nie chciałbym czegoś takiego o kimś napisać. Wszyscy tam po prostu na siebie jadą, a ja bardzo tego nie lubię.
Kto z czołówki naszego snowboardingu „wyszedł" spod Twojej ręki?
Ująłbym to inaczej - każdy, kto obecnie jeździ w kadrze przeszedł przez moje ręce. Choćby Mateusz Ligocki, który pierwszy kontakt z deską miał w Austrii, podczas wyjazdu ze mną.
Jesteś miłośnikiem starych bryczek Porshe...
Jestem miłośnikiem w ogóle starych rzeczy, a szczególnie uwielbiam stare auta, ostatnio zaś stare skutery. Mam Vespę z '61 roku - odrestaurowaną, przy której pracowałem przez 2 lata. Kupiłem też Peugeota z '56 roku. To są sprzęty strasznie tanie, ale dużo jest przy nich roboty. Na razie jednak bardzo mnie ta zabawa cieszy. A porszaka dostałem od wujka, który jest wielkim maniakiem tej marki. Trochę się wstydzę nim jeździć, bo każdy kto ma zrobiony wydech w swoim auci, chce się ze mną ścigać. Ale ja już nic na to nie poradzę, tylko ich odpuszczam.
Sam przy tym wszystkim pracujesz?
To co umiem, to robię sam, a tego czego nie potrafię, niestety zlecam fachowcom.
A nyskę na imprezę Burtona sam wykombinowałeś?
Tak, oczywiście przy pomocy sponsorów - duży udział w tym miał Andrea, firma Smith, Starowicze, Burton, Billabong, Pająki, Arcis i Maniek z Auto Fanu.
Gdzie składujesz wszystkie te zabawki?
U babci.
Musi mieć chyba stodołę?
Nie, ma duży kurnik.
Pozdrowienia dla babci!
(snowBoard MDS nr 33, 2005)
MDS: Krąży o Tobie wiele legend. Jedna z nich mówi, że jako pierwszy w Polsce zacząłeś jeździć na snowboardzie...
Herman: Jest taka legenda, ale, jakby to powiedzieć, jest w niej... trochę prawdy. Nie byłem może pierwszy w ogóle na snowboardzie, bo na deskę nie miałem wtedy pieniędzy. Jednymi z pierwszych byli Piotrek Starowicz, Pająkowie, Siwy, Darek Rosiak... To są osoby, które założyły Polski Związek Snowboardu, ale oni wtedy ścigali się na deskach, a ja byłem z innej bajki, bo mnie interesował tylko freestyle. Nie jeździłem na wyciągach tylko budowałem hopę na Białym Krzyżu i nic więcej do szczęścia nie potrzebowałem. Więc jeśli chodzi o wyczyny czysto fristajlowe, np. pierwsze 180, 360... no to owszem, uważam, że to zacząłem robić pierwszy, z Markiem Bartosikiem.
Jak dawno to było?
Jakieś 14 lat temu.
Wcześniej jednak byłeś skoczkiem...
Tak, byłem skoczkiem narciarskim - skakałem na nartach od piątego roku życia. Skoki narciarskie były pasją mojego życia i spokojnie mogę powiedzieć, że dalej nią są. Byłem pięciokrotnym mistrzem polski w juniorach młodszych i starszych. Skakałem na wszystkich skoczniach w Polsce, moim rówieśnikiem jest Robert Mateja, a trochę młodszy jest Wojtek Skupień - z nimi przez pięć lat byłem w kadrze juniorów i bardzo mile wspominam tamte czasy.
Dlaczego więc przerwałeś skoki?
Miałem wypadek na czeskiej skoczni Frenstat pod Radhostem - przepadłem przez narty w locie, spadłem proso na łeb i troszkę zapomniałem z życiorysu... Skoki są bardzo „psychiczną" dyscypliną i, choć po tym wypadku skakałem jeszcze przez 2 lata, to ze skoku na skok cofałem się coraz bardziej. Trenerzy zamiast odbudować mnie psychicznie po przerwie, posłali mnie jeszcze raz na tę samą dużą skocznię. Nikt wtedy nic nie kumał, więc gdy nagle zacząłem przegrywać zawody, to oni pomyśleli, że to musi być alkohol lub jakieś tam inne rzeczy, a nie wiedzieli, że ja psychicznie się wypaliłem po wypadku. No potem to już mi mama zabrała narty, schowała do szafy i powiedziała dość. Najbardziej z tego wszystkiego niezadowolony był mój dziadziu, który od małego woził mnie na treningi syreną Bosto, opiekował się mną i był moim trenerem. Wtedy było to też całe jego życie, a na skokach znał się bardzo dobrze, bo jest pułkownikiem lotnictwa i lepiej od niektórych trenerów wiedział, co się dzieje w powietrzu. Jak się dowiedział, że skończyłem skakać to przestał jeździć autem, kupił sobie gołębie i tak jest do dziś. Ma do mnie trochę żalu.
Gdyby nie wypadek, to nadal chciałbyś skakać?
No pewno! Beż żadnego wahania powróciłbym do skakania na nartach.
Startowałeś w snowboardowych zawodach - z jakimi wynikami?
Kiedyś tam byłem na różnych pucharach polski... Kilka razy zająłem 3, 4 i 5 miejsca, ale nie pamiętam żebym coś wygrał. Można jednak powiedzieć, że przez parę latek na pewno byłem w czołówce.
I dlaczego z tym skończyłeś?
Kolano! To znaczy przez kontuzję kolana: brak łękotek, pozrywane wiązadła...
Suma wypadków, czy jakiś jeden pechowy upadek?
Ciągłe obciążenia. Przez większość swojego życia, czyli jakieś 24 lata, bo od 5 roku zacząłem trenować na nartach, przez cały ten czas ciągle tylko skoki, skoki i skoki. No i kolana tego nie wytrzymały.
Odkryłeś więc w sobie „powołanie" organizatora - zawody, imprezy, obozy, prowadzenie klubu snowboardowego...
Od samego początku snowboardingu było tak, że jeśli chciało się poskakać, to trzeba było wszystko zrobić samemu: usypać skocznię, zorganizować kumpli, potem zrobić zawody. Później, kiedy już było wiadomo, że nie zrobię kariery jako zawodnik, dostałem odznakę instruktora wykładowcy. Jakieś 6 lat temu nie miał kto tego dostać, bo wszystko się dopiero rozwijało i większość społeczeństwa nie wiedziało co to snowboard. Dostałem więc ja, Gosia Rosiak, Jary, Łukasz Starowicz... No i mieliśmy propagować w Polsce nauczanie snowboardu. I tak to się jakoś zaczęło...
Od samego początku snowboardingu lubiłem pomagać innym. Lubię pracować z młodzieżą, bo teraz mamy takie czasy, że jak rodzice nie mają pieniędzy, to dziecko jest pozostawione same sobie i raczej są marne szanse, że będzie uprawiać jakiś sport. Kiedyś, jak było się w czymś dobrym, to dostawało się jakąś dotację, pomagała szkoła... Teraz brak takich możliwości, więc jak ojciec nie ma pieniędzy, to pozostaje stanie na klatce schodowej w swoim bloku i, co jest teraz modne, zostać ziomalem. Jeśli więc mogę pomóc, to pomagam.
Organizujesz ludziom czas nie tylko w zimie, w lecie również robisz integrujące wyjazdy.
Po prostu cały czas jesteśmy razem. Mam klub, który teraz nazywa się Billabong, jest też BSS (Beskidzkie Stowarzyszenie Snowboardu). BSS szkoli młodych, ja się zajmuję starszymi. Więc żeby przygotować ich jakoś do sezonu trzeba latem wyjechać na lodowiec raz lub dwa. Teraz trochę mniej się jeździ, ale kiedyś przez cały czas siedzieliśmy na tych lodowcach.
Słyniesz z wielu niekonwencjonalnych akcji. Jaka była jedna z ciekawszych mega ściemek?
Kiedyś, w całkowitym negliżu, o szóstej rano kierowałem ruchem w centrum Bielska, na największym skrzyżowaniu...
Jak się to skończyło?
Policja nie zdążyła interweniować, ale nagrali to na kamerach i fajnie opisali w gazecie. Było tak dużo tego typu akcji, że mógłbym o tym napisać książkę.
Właśnie. Sporo osób ceni Cię za umiejętność opowiadania niesamowitych anegdot.
A, dziękuję bardzo. Pewnie mam to we krwi i może dlatego nadal prowadzę większość imprez snowboardowych. Prowadziłem pierwsze zawody i tak pozostało do teraz. Nadal mnie to bawi i bardzo lubię to robić.
W takim razie krótka historyjka...
Kiedyś byliśmy na wyjeździe w Turcji - cała nasza ekipa wraz z rodzicami, ojcowie z żonami... Stare, bielskie środowisko. Wynajęliśmy stateczek wycieczkowy. Kapitan chciał koniecznie podlizać się wszystkim Polakom i mnie akurat poprosił, żebym go nauczył jakiegoś typowo polskiego pozdrowienia. Co miałem robić? Nauczyłem go zdania: „Witam wszystkich i... wypierdalać za burtę!". Nasi to bardzo fajnie przyjęli, ale kapitan przez kolejne 2 godziny gonił mnie po statku.
W jaki sposób się zorientował?
Jak skończył mówić, to już wiedział o co chodzi... hehe.
Swoimi imprezami i pomysłami potrafiłeś skonsolidować całe polskie środowisko snowboardowe - ludzi z B-B, Wawy, Krakowa, Sącza...
Myślę, że to jest właśnie najważniejsze w snowboardzie. Jak jeszcze skakałem na nartach, to byłem przyzwyczajony do tego, że np. Szczyrk i Zakopane to były takie dwie miejscowości, które po prostu się nienawidziły. No i to uczucie przechodziło na zawodników. Jak poznałem Roberta Mateję na pierwszych wyjazdach, to też była miedzy nami taka bariera. Ale później zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi, bardzo lubiłem z nim spędzać czas. Tak samo było kiedyś w snowboardingu: Warszawka, B-Biała, Kraków... każdy każdego nie lubił. Jednak po pewnym czasie, gdy się poznaliśmy bliżej i zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, to jakoś się poukładało. Teraz jest mistrzostwo świata. Nie wiem, czy to akurat zasługa moich imprez, bo nie tylko ja je robiłem. Był też Wojtek Pająk, Kamel i inni. Ale teraz wszyscy razem się trzymamy. Chociaż ostatnio widzę, że znowu coś zaczyna się psuć. To chyba przez internet. Internet to jest dla mnie wielkie zło. Czytając wszystkie te wypowiedzi na snowboardowych forach stwierdzam, że to prawdziwy dramat. Ja tam nigdy w życiu nie chciałbym czegoś takiego o kimś napisać. Wszyscy tam po prostu na siebie jadą, a ja bardzo tego nie lubię.
Kto z czołówki naszego snowboardingu „wyszedł" spod Twojej ręki?
Ująłbym to inaczej - każdy, kto obecnie jeździ w kadrze przeszedł przez moje ręce. Choćby Mateusz Ligocki, który pierwszy kontakt z deską miał w Austrii, podczas wyjazdu ze mną.
Jesteś miłośnikiem starych bryczek Porshe...
Jestem miłośnikiem w ogóle starych rzeczy, a szczególnie uwielbiam stare auta, ostatnio zaś stare skutery. Mam Vespę z '61 roku - odrestaurowaną, przy której pracowałem przez 2 lata. Kupiłem też Peugeota z '56 roku. To są sprzęty strasznie tanie, ale dużo jest przy nich roboty. Na razie jednak bardzo mnie ta zabawa cieszy. A porszaka dostałem od wujka, który jest wielkim maniakiem tej marki. Trochę się wstydzę nim jeździć, bo każdy kto ma zrobiony wydech w swoim auci, chce się ze mną ścigać. Ale ja już nic na to nie poradzę, tylko ich odpuszczam.
Sam przy tym wszystkim pracujesz?
To co umiem, to robię sam, a tego czego nie potrafię, niestety zlecam fachowcom.
A nyskę na imprezę Burtona sam wykombinowałeś?
Tak, oczywiście przy pomocy sponsorów - duży udział w tym miał Andrea, firma Smith, Starowicze, Burton, Billabong, Pająki, Arcis i Maniek z Auto Fanu.
Gdzie składujesz wszystkie te zabawki?
U babci.
Musi mieć chyba stodołę?
Nie, ma duży kurnik.
Pozdrowienia dla babci!
(snowBoard MDS nr 33, 2005)






