snowBoard MDS 53/2012
.: Travis Rice / prze-gość numeru
.: SNB szklanym okiem / Yarrek
.: From Romania with Fear / akcja w Karpatach
.: Testy / sprzęt
.: Denis Leontiew / wywiad
.: Gniazdo na mękach / trening
.: Step by Step / nauka triku
.: Serwisowanie sprzętu / nietypowe deski
.: Nasz portret / wyniki ankiety
.: SNB szklanym okiem / Yarrek
.: From Romania with Fear / akcja w Karpatach
.: Testy / sprzęt
.: Denis Leontiew / wywiad
.: Gniazdo na mękach / trening
.: Step by Step / nauka triku
.: Serwisowanie sprzętu / nietypowe deski
.: Nasz portret / wyniki ankiety
"Regis Rolland, the godfather of European snowboarding" (The Snowboard Journal 2005)

Apocalypse Snow
Gdzieś tak w połowie lat 80-tych, w siermiężnej wówczas ofercie naszej telewizorni powiało SZALEŃSTWEM. Co prawda był to podmuch krótki, ale za to o sile huraganu, który w świadomości wielu ludzi wywołał nieodwracalne zmiany ;). To właśnie była „godzina zero”, słynny Big Bang, będący iskrą zapalną dla naszej zajawki w Europie. Z impetem godnym swej nazwy Śnieżna Apokalipsa zapoczątkowała erę snowboardu na Starym Kontynencie, co niebawem wywróciło do góry nogami i nasze zaśniedziałe podwórko, na którym niepodzielnie królowały „ołówki” Polsport z Szaflar.

Historia pewnej zajawki
Teraz jestem o tym przekonany, wtedy jednak nie miałem pojęcia o doniosłości chwili. W pewną „wolną” sobotę, czyli w dzień, w którym telewizja puszczała najlepsze kawałki w miesiącu (!), zasiadłem do oglądania czegoś, co miało fajną nazwę i akurat sytuowało się w temacie, ponieważ na dzień następny miałem zaplanowany wypad na Kasprowy - nie tyle, żeby pojeździć, co raczej odstać swoje w kolejce. Wiedziałem, że Apocalypse jest francuskim filmem o nartach i chyba przez skórę wyczuwałem, że może być ostro. Skąd to przeczucie? Ponieważ w tym czasie „Franciszki” stanowili chyba najbardziej szaloną nację w Europie, przynajmniej w dziedzinie, którą ogólnie nazywamy sportami outdoorowymi. Dość wspomnieć, że w Alpach wyprawiali niesamowite rzeczy: ekstremalne zjazdy na nartach kuluarami w pobliżu Chamonix wprawiały w osłupienie nawet nawykłych do świrowania Amerykanów, a okres szalonego rozwoju przeżywały 24-godzinne „łańcuchówki”, które łączyły wspinaczkę „na żywca” najtrudniejszymi alpejskimi ścianami, z przemieszczaniem się pomiędzy nimi za pomocą paraglajtu lub snowboardu (wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to takiego). W każdym bądź razie przymiotnik „francuski” przy filmie wróżył (nie to, co myślicie, świntuchy ;), że czekać mnie miała dawka niezłego szaleństwa i, być może, jakiejś inspiracji. Nie myliłem się...
Jednak to, co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Po pierwsze, fabuła. Teraz oczywiście wydaje się śmieszna i naiwna, wtedy jednak stanowiła naprawdę istotny przełom, gdyż Apocalipse nie ograniczyła się do nudnego motywu rytmicznie drgających gostków, zostawiających na śniegu ślad stębnującej maszyny do szycia. W zamian pojawiła się fajna historyjka o żyjącej w górskiej fortecy bandzie narciarzy pod przewodnictwem demonicznego herszta (to ci „źli” - czerwoni) i ratującym swoją skórę „dobrym” snowboarderze – dla odróżnienia, w „kanarkowym” ubranku. W kolejnych częściach Apocalypsy żółte ubrania miała już cała grupa narciarzy, która walczyła wspólnie z głównym bohaterem. Po drugie, szokujący był sam sprzęt. W pierwszej części narciarze jeździli na monoski, co samo w sobie było dla widza w Polsce przeżyciem podobnym do obcowania z ufoludkiem. W Europie też był to wówczas niezły odpał, bo patent pojawił się zaledwie kilka lat wcześniej (w 1978 r.) i święcił wielkie sukcesy – do 1980 sprzedano aż 70 000 desek! W przeciwieństwie do klasycznych na owe czasy „ołówków”, monoski dawało możliwość świetnej jazdy w puchu, no i zachowania idealnej wtedy techniki, czyli złączonych kolan. W kolejnych odcinkach trylogii pojawiały się jeszcze inne, wspaniałe wynalazki – niektóre wyewoluowały jako nowe sporty (choćby speedriding, zorbing), inne umarły śmiercią naturalną. Wstępnie powalony obrazem tego, że w górach można się BAWIĆ (!) oraz tym, co goście wyczyniali w głębokim śniegu na monoski, nie mogłem się już totalnie pozbierać zobaczywszy przejazdy snowboardera. Powderturny, skoki ze skał, firany śniegu... Generalnie akcja niewiele ustępowała współczesnym obrazom z backcountry. Pewnie, że nie było w niej tyle fristajlowości, co pokazuje się obecnie, jednak nie zapomnijmy, że gość zapodawał w „gumiakach” na czymś, co przypominało ręcznie struganą „rakietę”, bez stalowych krawędzi, za to z mega długim jaskółczym ogonem i wiązaniami z pasków. Tak oryginalny sprzęt stanowił jednak dla mnie prawdziwe objawienie, a 32 minuty pierwszej części śnieżnej trylogii, zmieniły moje życie – jakkolwiek banalnie to może brzmieć. Najwyraźniej nie byłem osamotniony w swym stanie porażenia, ponieważ pierwszy odcinek trylogii stał się produkcją kultową, która ukazała europejczykom snowboarding, wyznaczając jednocześnie punkt odniesienia dla wszystkich kręconych później filmów o ekstremalnym snowboardzie i nartach.
Historia pewnego filmu
A wszystko zaczęło się na pozór banalnie. Otwarty w sezonie 81/82 resort Les Arcs postanowił wypromować się jakimś fajnym filmem. Zadania tego podjęli się Didier Lafond, producent z dużym doświadczeniem w filmowaniu sportów górskich, oraz Alain Gaymard, który ze swojego wyjazdu do Stanów przywozi deskę snowboardową oraz wielką ochotę, by zrobić coś nowego. Gwarancję sukcesu stanowić miała ciekawa fabuła, całkiem pokaźny budżet produkcji, zatrudnienie najlepszych instruktorów narciarskich z Les Arcs oraz główny, pozytywny bohater, czyli snowboard, wraz z wykonującym na nim oszałamiające sztuki Regisem Rollandem. Zanim jednak Regis stał się super gwiazdą i ojcem europejskiego snowboardingu, był instruktorem narciarskim, świeżo zatrudnionym w Les Arcs, zaraz po zakończeniu służby wojskowej. Chłopak miał jednak szczęście i wyczucie chwili, bo obserwując dokonania bawiącego w Les Arcs snowboardowego teamu Winterstick (sprowadzonego przez Gaimarda dla podszkolenia miejscowych ski nauczycieli), postanowił wziąć się poważniej za ten nowy sport. Szło mu najlepiej z grupy 20 lokalnych instruktorów, więc został zatrudniony przy produkcji filmu. Pierwszy odcinek Apocalypsy pokazano publiczności w 1983 roku i zrobił niesamowitą karierę – w krótkim czasie podbił Europę, a następnie ruszył w tour po Świecie. Regis oczywiście został pierwszą snowboardową gwiazdą w Europie. Nic dziwnego, bowiem fabuła części pierwszej opierała się niemal w całości na zmaganiach bandy oprychów (narciarzy), z pozytywnym herosem – Rollandem. Efektem tej niezbyt skomplikowanej historyjki są jednak niezwykle malowniczo pokazane sceny jazdy w puchu. Obrazy te zapadły wielu ludziom w pamięć, kojarząc im snowarding z poezją śnieżnych ewolucji. Po sukcesie pierwszego odcinka nie trzeba było długo czekać na odzew. Już w 1985 pojawiła się część druga, a w 1986 część trzecia trylogii – akcja się rozbudowała, pojawili się nowi riderzy, więcej było różnorodnych zabawek i kreatywnego wykorzystania śniegu, w końcu akcja wyszła poza Alpy – co poznajemy po charakterystycznych krajobrazach Japonii i Stanów.
Jednak zaskakujący finał historii o śnieżnej Apocalypsie miał miejsce w 2008 roku. Dokładnie po 25 latach od pierwszej premiery nastąpiła prezentacja sequela - Apocalypse Snow le Retour. W filmie tym, łączącym klimat dawnych Apocalips z całkiem współczesnym obrazem ekstremalnych sportów górskich, zobaczyć możemy plejadę znanych nam skądinąd nazwisk: Tom Burt, Babs Charlet, Mathieu Crepel, Xavier de Le Rue, Jeremy Jones, Jani Lammia, Karine Ruby, Doriane Vidal, Anti Seppala i oczywiście sam Regis Rolland – to tylko niektórzy snowboarderzy. Wśród narciarzy zauważymy m.in. Luc Alphand, Candide Thovex, Shane Mc Conkey, Laurent Thevenet czy Seth Morisson. Natomiast z występujących gościnnie, w oczy rzucą się całkiem swojskie twarze: Terje Haakonsen, Bertie Denervaud, Jean Nerva czy Axel Pauporte. Akcja jest więc zakotwiczona we współczesnych klimatach, całkiem ostra i widowiskowa, a przy tym nostalgicznie szalona, czyli nawiązująca do „burleskowej” fabuły z lat 80-tych.

Historia pewnej marki
Jak już wspomniałem, Regis Rolland nie przegapił właściwego momentu, umiejąc się odpowiednio odnaleźć w nowej rzeczywistości, którą tak efektownie wyczarował na ekranie. W czasach gdy kręcono pierwszy odcinek, w europejskich sklepach nie można było uświadczyć snowboardowych desek. Zresztą sprzęt ten był, z naszego punktu widzenia, bardzo prymitywny - pozbawiony krawędzi, w dziwnym kształcie, z paskami zamiast wiązań. Jak stwierdził Regis: „nie było możliwości skręcenia na twardym stoku, natomiast by pokonać muldy najlepiej było ściągnąć deskę i przejść stok pieszo”. I właśnie te niedoskonałości podsunęły mu pomysł, żeby spróbować stworzyć swoją własną konstrukcję, naturalnie wraz z wiązaniami. Już podczas kręcenia filmów pojawiły się jego pierwsze prototypy, natomiast po oszałamiającym sukcesie całej trylogii Regis postanowił na poważnie rozpocząć produkcję snowboardów. W roku 1986, wraz ze swoim długoletnim przyjacielem Bernardem Gervasoni, stworzył prasę i formy oraz zatrudnił kilku pracowników. Pierwsze modele Apocalypse Surf, bo tak nazywały się wtedy deski Rollanda, wyglądały niemal tak samo jak współczesne snowboardy – miały stalowe krawędzie, miękkie wiązania i prawie „normalny” kształt. W tym czasie Regis wprowadzał wiele udoskonaleń, zarówno w produkowanym sprzęcie, jak i w procesie technologicznym.
Kolejnym etapem było stworzenie marki A Snowboards, która narodziła się w 1993 roku za sprawą R.R. Developpement, czyli firmy Rollanda. Brand ten z początku większość swoich desek wytwarzał we Francji, jednak z czasem zaczął przenosić produkcję do Kanady. Do 1997 roku A Snowboards umacniało swoją markę na całym świecie – od Europy, poprzez USA, Japonię, Kanadę, aż po Australię. W maju 1997 roku R.R. Developpement wspólnie z Grand Chavin Product stworzyło spółkę Grand Chavin Snowboards, której własnością stał się A Snowboards. Rynek snowboardowy nie jest jednak ani łatwy, ani przewidywalny i nawet doświadczonym graczom może wykręcić niemiłą niespodziankę. Już po roku działalności spółki pojawił się poważny kryzys - po okresie niepewności w światowych finansach oraz wyhamowaniu gwałtownego, do tej pory, snowboardowego wzrostu, sezon 1998 okazał się na tyle słaby, że Rossignol musiał kupić Grand Chavin wraz z całym inwentarzem, by ratować przed katastrofą wszystkie jego brandy. Ruch ten dał A Snowboards tak potrzebną chwilę wytchnienia, jednak już w styczniu 2003 roku, po długich wahaniach, czy utrzymać tę markę przy życiu, Rossignol podjął decyzję, że wstrzymuje produkcję. Jednocześnie nie wyrażono zgody, by Rolland odzyskał prawa do stworzonej przez siebie nazwy. Regisowi nie pozostało więc nic innego, jak stworzyć nową markę, bazującą na wieloletnim dorobku i doświadczeniach „Apokalipsy” - tak właśnie powstało APO-Snowboards. W 2008 roku, czyli w tym samym czasie, gdy odbywała się premiera sequela Apocalyse Snow, APO zakończyło tworzenie pełnej oferty wypuszczając kolekcję... freeski. Gdybym jarał się zgrabnymi puentami mógłbym napisać, że w ten oto sposób historia zatoczyła wielkie koło o obwodzie, bagatelka, 25 lat! Może i jest w tym fakcie coś magicznego, mnie jednak bardziej przemawia do wyobraźni inna, zdecydowanie współczesna kwestia – obecnie firma APO Snowboards zatrudnia zaledwie 9 osób, co absolutnie nie przeszkadza jej w tym, by znaleźć się wśród najbardziej rozpoznawalnych brandów snowboardowych na świecie (ze sprzedażą w 33 krajach). Nie przeszkadza też w tworzeniu i promowaniu własnych rozwiązań konstrukcyjnych, np. patentu expresso, zastosowanego w wiązaniach.

Apocalypse Snow – film przełomu
Oglądana po ćwierć wieku (sic!) ta snowboardowa prehistoria bawi tak samo, jak 25 lat temu. Historia snowboardera uciekającego przed okrutnym gangiem, którego członkowie poruszają się na monoski, jest banalna i chyba prostszą trudno wymyślić. Formuła ta jednak bawi, a jej prostota stanowi zdecydowaną zaletę. Momentami przypomina to slapstickowe komedie braci Marx albo filmy Chaplina i wywołuje szczery śmiech. Momentami zaś zapiera dech w piersiach, gdy deska Snowboardowego Geniusza kreśli pierwsze ślady na śniegu. Zjazdy na krechę, ucieczka przed lawiną, firany śniegu, snowboardowa „fantazja" - to wszystko nie zmieniło się przez te 25 lat! Mimo tego, że sport przeszedł - i ciągle przechodzi - ogromną ewolucję, to całkiem sporo z DNA tej pionierskiej epoki przetrwało.
Film zrealizowany jest na bardzo wysokim poziomie. Slow motion pokazuje najefektowniejsze triki z tych czasów. Ujęcia z helikoptera. Ujęcia z jazdy. Ujęcia z wielu kamer jednocześnie. W roku 1983 nikomu chyba
jeszcze nie śniła się cyfrowa rewolucja lat 90-tych z tanim i powszechnym standardem miniDV. Całość „Apocalypse Snow" realizowano na taśmie 35 mm. Co oznacza bardzo ciężkie kamery i sporo wyzwań realizacyjnych, jakim twórcy musieli dać radę. I tu przychodzi refleksja, że przez te 25 lat niewiele filmów snowboardowych zostało zrealizowanych w takiej technice, czyli na taśmie filmowej. Za wyjątkiem prac Absinthe Films (16 mm) i może jeszcze paru innych amerykańskich produkcji (z „That's it, that's all" na czele), wszystkie filmy były cyfrowe, od początku do końca. Dodając do tego regularną dystrybucję kinową na świecie oraz dużo emisji w szeroko dostępnych kanałach telewizyjnych, musimy stwierdzić, że niewiele snowboardowych filmów przeszło taką drogę, jak „Apocalypse Snow".
Aby zachęcić tych, którzy jeszcze nie widzieli „Śnieżnej Apokalipsy" zdradzę, że na końcu pierwszej części Snowboardowy Geniusz zostaje pojmany przez gang „monoskierów”! Czy uda mu się uciec?
Wiktor - jeden z tych, którym film ten (i snowboard) zmienił życie :-)
Tekst: Piotr Gruszkowski, zdjęcia: Arch. APO Snow
snowBoard MDS nr 46/2009

Apocalypse Snow
Gdzieś tak w połowie lat 80-tych, w siermiężnej wówczas ofercie naszej telewizorni powiało SZALEŃSTWEM. Co prawda był to podmuch krótki, ale za to o sile huraganu, który w świadomości wielu ludzi wywołał nieodwracalne zmiany ;). To właśnie była „godzina zero”, słynny Big Bang, będący iskrą zapalną dla naszej zajawki w Europie. Z impetem godnym swej nazwy Śnieżna Apokalipsa zapoczątkowała erę snowboardu na Starym Kontynencie, co niebawem wywróciło do góry nogami i nasze zaśniedziałe podwórko, na którym niepodzielnie królowały „ołówki” Polsport z Szaflar.

Historia pewnej zajawki
Teraz jestem o tym przekonany, wtedy jednak nie miałem pojęcia o doniosłości chwili. W pewną „wolną” sobotę, czyli w dzień, w którym telewizja puszczała najlepsze kawałki w miesiącu (!), zasiadłem do oglądania czegoś, co miało fajną nazwę i akurat sytuowało się w temacie, ponieważ na dzień następny miałem zaplanowany wypad na Kasprowy - nie tyle, żeby pojeździć, co raczej odstać swoje w kolejce. Wiedziałem, że Apocalypse jest francuskim filmem o nartach i chyba przez skórę wyczuwałem, że może być ostro. Skąd to przeczucie? Ponieważ w tym czasie „Franciszki” stanowili chyba najbardziej szaloną nację w Europie, przynajmniej w dziedzinie, którą ogólnie nazywamy sportami outdoorowymi. Dość wspomnieć, że w Alpach wyprawiali niesamowite rzeczy: ekstremalne zjazdy na nartach kuluarami w pobliżu Chamonix wprawiały w osłupienie nawet nawykłych do świrowania Amerykanów, a okres szalonego rozwoju przeżywały 24-godzinne „łańcuchówki”, które łączyły wspinaczkę „na żywca” najtrudniejszymi alpejskimi ścianami, z przemieszczaniem się pomiędzy nimi za pomocą paraglajtu lub snowboardu (wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to takiego). W każdym bądź razie przymiotnik „francuski” przy filmie wróżył (nie to, co myślicie, świntuchy ;), że czekać mnie miała dawka niezłego szaleństwa i, być może, jakiejś inspiracji. Nie myliłem się...
Jednak to, co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Po pierwsze, fabuła. Teraz oczywiście wydaje się śmieszna i naiwna, wtedy jednak stanowiła naprawdę istotny przełom, gdyż Apocalipse nie ograniczyła się do nudnego motywu rytmicznie drgających gostków, zostawiających na śniegu ślad stębnującej maszyny do szycia. W zamian pojawiła się fajna historyjka o żyjącej w górskiej fortecy bandzie narciarzy pod przewodnictwem demonicznego herszta (to ci „źli” - czerwoni) i ratującym swoją skórę „dobrym” snowboarderze – dla odróżnienia, w „kanarkowym” ubranku. W kolejnych częściach Apocalypsy żółte ubrania miała już cała grupa narciarzy, która walczyła wspólnie z głównym bohaterem. Po drugie, szokujący był sam sprzęt. W pierwszej części narciarze jeździli na monoski, co samo w sobie było dla widza w Polsce przeżyciem podobnym do obcowania z ufoludkiem. W Europie też był to wówczas niezły odpał, bo patent pojawił się zaledwie kilka lat wcześniej (w 1978 r.) i święcił wielkie sukcesy – do 1980 sprzedano aż 70 000 desek! W przeciwieństwie do klasycznych na owe czasy „ołówków”, monoski dawało możliwość świetnej jazdy w puchu, no i zachowania idealnej wtedy techniki, czyli złączonych kolan. W kolejnych odcinkach trylogii pojawiały się jeszcze inne, wspaniałe wynalazki – niektóre wyewoluowały jako nowe sporty (choćby speedriding, zorbing), inne umarły śmiercią naturalną. Wstępnie powalony obrazem tego, że w górach można się BAWIĆ (!) oraz tym, co goście wyczyniali w głębokim śniegu na monoski, nie mogłem się już totalnie pozbierać zobaczywszy przejazdy snowboardera. Powderturny, skoki ze skał, firany śniegu... Generalnie akcja niewiele ustępowała współczesnym obrazom z backcountry. Pewnie, że nie było w niej tyle fristajlowości, co pokazuje się obecnie, jednak nie zapomnijmy, że gość zapodawał w „gumiakach” na czymś, co przypominało ręcznie struganą „rakietę”, bez stalowych krawędzi, za to z mega długim jaskółczym ogonem i wiązaniami z pasków. Tak oryginalny sprzęt stanowił jednak dla mnie prawdziwe objawienie, a 32 minuty pierwszej części śnieżnej trylogii, zmieniły moje życie – jakkolwiek banalnie to może brzmieć. Najwyraźniej nie byłem osamotniony w swym stanie porażenia, ponieważ pierwszy odcinek trylogii stał się produkcją kultową, która ukazała europejczykom snowboarding, wyznaczając jednocześnie punkt odniesienia dla wszystkich kręconych później filmów o ekstremalnym snowboardzie i nartach.
Historia pewnego filmu
A wszystko zaczęło się na pozór banalnie. Otwarty w sezonie 81/82 resort Les Arcs postanowił wypromować się jakimś fajnym filmem. Zadania tego podjęli się Didier Lafond, producent z dużym doświadczeniem w filmowaniu sportów górskich, oraz Alain Gaymard, który ze swojego wyjazdu do Stanów przywozi deskę snowboardową oraz wielką ochotę, by zrobić coś nowego. Gwarancję sukcesu stanowić miała ciekawa fabuła, całkiem pokaźny budżet produkcji, zatrudnienie najlepszych instruktorów narciarskich z Les Arcs oraz główny, pozytywny bohater, czyli snowboard, wraz z wykonującym na nim oszałamiające sztuki Regisem Rollandem. Zanim jednak Regis stał się super gwiazdą i ojcem europejskiego snowboardingu, był instruktorem narciarskim, świeżo zatrudnionym w Les Arcs, zaraz po zakończeniu służby wojskowej. Chłopak miał jednak szczęście i wyczucie chwili, bo obserwując dokonania bawiącego w Les Arcs snowboardowego teamu Winterstick (sprowadzonego przez Gaimarda dla podszkolenia miejscowych ski nauczycieli), postanowił wziąć się poważniej za ten nowy sport. Szło mu najlepiej z grupy 20 lokalnych instruktorów, więc został zatrudniony przy produkcji filmu. Pierwszy odcinek Apocalypsy pokazano publiczności w 1983 roku i zrobił niesamowitą karierę – w krótkim czasie podbił Europę, a następnie ruszył w tour po Świecie. Regis oczywiście został pierwszą snowboardową gwiazdą w Europie. Nic dziwnego, bowiem fabuła części pierwszej opierała się niemal w całości na zmaganiach bandy oprychów (narciarzy), z pozytywnym herosem – Rollandem. Efektem tej niezbyt skomplikowanej historyjki są jednak niezwykle malowniczo pokazane sceny jazdy w puchu. Obrazy te zapadły wielu ludziom w pamięć, kojarząc im snowarding z poezją śnieżnych ewolucji. Po sukcesie pierwszego odcinka nie trzeba było długo czekać na odzew. Już w 1985 pojawiła się część druga, a w 1986 część trzecia trylogii – akcja się rozbudowała, pojawili się nowi riderzy, więcej było różnorodnych zabawek i kreatywnego wykorzystania śniegu, w końcu akcja wyszła poza Alpy – co poznajemy po charakterystycznych krajobrazach Japonii i Stanów.
Jednak zaskakujący finał historii o śnieżnej Apocalypsie miał miejsce w 2008 roku. Dokładnie po 25 latach od pierwszej premiery nastąpiła prezentacja sequela - Apocalypse Snow le Retour. W filmie tym, łączącym klimat dawnych Apocalips z całkiem współczesnym obrazem ekstremalnych sportów górskich, zobaczyć możemy plejadę znanych nam skądinąd nazwisk: Tom Burt, Babs Charlet, Mathieu Crepel, Xavier de Le Rue, Jeremy Jones, Jani Lammia, Karine Ruby, Doriane Vidal, Anti Seppala i oczywiście sam Regis Rolland – to tylko niektórzy snowboarderzy. Wśród narciarzy zauważymy m.in. Luc Alphand, Candide Thovex, Shane Mc Conkey, Laurent Thevenet czy Seth Morisson. Natomiast z występujących gościnnie, w oczy rzucą się całkiem swojskie twarze: Terje Haakonsen, Bertie Denervaud, Jean Nerva czy Axel Pauporte. Akcja jest więc zakotwiczona we współczesnych klimatach, całkiem ostra i widowiskowa, a przy tym nostalgicznie szalona, czyli nawiązująca do „burleskowej” fabuły z lat 80-tych.

Historia pewnej marki
Jak już wspomniałem, Regis Rolland nie przegapił właściwego momentu, umiejąc się odpowiednio odnaleźć w nowej rzeczywistości, którą tak efektownie wyczarował na ekranie. W czasach gdy kręcono pierwszy odcinek, w europejskich sklepach nie można było uświadczyć snowboardowych desek. Zresztą sprzęt ten był, z naszego punktu widzenia, bardzo prymitywny - pozbawiony krawędzi, w dziwnym kształcie, z paskami zamiast wiązań. Jak stwierdził Regis: „nie było możliwości skręcenia na twardym stoku, natomiast by pokonać muldy najlepiej było ściągnąć deskę i przejść stok pieszo”. I właśnie te niedoskonałości podsunęły mu pomysł, żeby spróbować stworzyć swoją własną konstrukcję, naturalnie wraz z wiązaniami. Już podczas kręcenia filmów pojawiły się jego pierwsze prototypy, natomiast po oszałamiającym sukcesie całej trylogii Regis postanowił na poważnie rozpocząć produkcję snowboardów. W roku 1986, wraz ze swoim długoletnim przyjacielem Bernardem Gervasoni, stworzył prasę i formy oraz zatrudnił kilku pracowników. Pierwsze modele Apocalypse Surf, bo tak nazywały się wtedy deski Rollanda, wyglądały niemal tak samo jak współczesne snowboardy – miały stalowe krawędzie, miękkie wiązania i prawie „normalny” kształt. W tym czasie Regis wprowadzał wiele udoskonaleń, zarówno w produkowanym sprzęcie, jak i w procesie technologicznym.
Kolejnym etapem było stworzenie marki A Snowboards, która narodziła się w 1993 roku za sprawą R.R. Developpement, czyli firmy Rollanda. Brand ten z początku większość swoich desek wytwarzał we Francji, jednak z czasem zaczął przenosić produkcję do Kanady. Do 1997 roku A Snowboards umacniało swoją markę na całym świecie – od Europy, poprzez USA, Japonię, Kanadę, aż po Australię. W maju 1997 roku R.R. Developpement wspólnie z Grand Chavin Product stworzyło spółkę Grand Chavin Snowboards, której własnością stał się A Snowboards. Rynek snowboardowy nie jest jednak ani łatwy, ani przewidywalny i nawet doświadczonym graczom może wykręcić niemiłą niespodziankę. Już po roku działalności spółki pojawił się poważny kryzys - po okresie niepewności w światowych finansach oraz wyhamowaniu gwałtownego, do tej pory, snowboardowego wzrostu, sezon 1998 okazał się na tyle słaby, że Rossignol musiał kupić Grand Chavin wraz z całym inwentarzem, by ratować przed katastrofą wszystkie jego brandy. Ruch ten dał A Snowboards tak potrzebną chwilę wytchnienia, jednak już w styczniu 2003 roku, po długich wahaniach, czy utrzymać tę markę przy życiu, Rossignol podjął decyzję, że wstrzymuje produkcję. Jednocześnie nie wyrażono zgody, by Rolland odzyskał prawa do stworzonej przez siebie nazwy. Regisowi nie pozostało więc nic innego, jak stworzyć nową markę, bazującą na wieloletnim dorobku i doświadczeniach „Apokalipsy” - tak właśnie powstało APO-Snowboards. W 2008 roku, czyli w tym samym czasie, gdy odbywała się premiera sequela Apocalyse Snow, APO zakończyło tworzenie pełnej oferty wypuszczając kolekcję... freeski. Gdybym jarał się zgrabnymi puentami mógłbym napisać, że w ten oto sposób historia zatoczyła wielkie koło o obwodzie, bagatelka, 25 lat! Może i jest w tym fakcie coś magicznego, mnie jednak bardziej przemawia do wyobraźni inna, zdecydowanie współczesna kwestia – obecnie firma APO Snowboards zatrudnia zaledwie 9 osób, co absolutnie nie przeszkadza jej w tym, by znaleźć się wśród najbardziej rozpoznawalnych brandów snowboardowych na świecie (ze sprzedażą w 33 krajach). Nie przeszkadza też w tworzeniu i promowaniu własnych rozwiązań konstrukcyjnych, np. patentu expresso, zastosowanego w wiązaniach.

Apocalypse Snow – film przełomu
Oglądana po ćwierć wieku (sic!) ta snowboardowa prehistoria bawi tak samo, jak 25 lat temu. Historia snowboardera uciekającego przed okrutnym gangiem, którego członkowie poruszają się na monoski, jest banalna i chyba prostszą trudno wymyślić. Formuła ta jednak bawi, a jej prostota stanowi zdecydowaną zaletę. Momentami przypomina to slapstickowe komedie braci Marx albo filmy Chaplina i wywołuje szczery śmiech. Momentami zaś zapiera dech w piersiach, gdy deska Snowboardowego Geniusza kreśli pierwsze ślady na śniegu. Zjazdy na krechę, ucieczka przed lawiną, firany śniegu, snowboardowa „fantazja" - to wszystko nie zmieniło się przez te 25 lat! Mimo tego, że sport przeszedł - i ciągle przechodzi - ogromną ewolucję, to całkiem sporo z DNA tej pionierskiej epoki przetrwało.
Film zrealizowany jest na bardzo wysokim poziomie. Slow motion pokazuje najefektowniejsze triki z tych czasów. Ujęcia z helikoptera. Ujęcia z jazdy. Ujęcia z wielu kamer jednocześnie. W roku 1983 nikomu chyba
jeszcze nie śniła się cyfrowa rewolucja lat 90-tych z tanim i powszechnym standardem miniDV. Całość „Apocalypse Snow" realizowano na taśmie 35 mm. Co oznacza bardzo ciężkie kamery i sporo wyzwań realizacyjnych, jakim twórcy musieli dać radę. I tu przychodzi refleksja, że przez te 25 lat niewiele filmów snowboardowych zostało zrealizowanych w takiej technice, czyli na taśmie filmowej. Za wyjątkiem prac Absinthe Films (16 mm) i może jeszcze paru innych amerykańskich produkcji (z „That's it, that's all" na czele), wszystkie filmy były cyfrowe, od początku do końca. Dodając do tego regularną dystrybucję kinową na świecie oraz dużo emisji w szeroko dostępnych kanałach telewizyjnych, musimy stwierdzić, że niewiele snowboardowych filmów przeszło taką drogę, jak „Apocalypse Snow".
Aby zachęcić tych, którzy jeszcze nie widzieli „Śnieżnej Apokalipsy" zdradzę, że na końcu pierwszej części Snowboardowy Geniusz zostaje pojmany przez gang „monoskierów”! Czy uda mu się uciec?
Wiktor - jeden z tych, którym film ten (i snowboard) zmienił życie :-)
Tekst: Piotr Gruszkowski, zdjęcia: Arch. APO Snow
snowBoard MDS nr 46/2009






