snowBoard MDS 53/2012
.: Travis Rice / prze-gość numeru
.: SNB szklanym okiem / Yarrek
.: From Romania with Fear / akcja w Karpatach
.: Testy / sprzęt
.: Denis Leontiew / wywiad
.: Gniazdo na mękach / trening
.: Step by Step / nauka triku
.: Serwisowanie sprzętu / nietypowe deski
.: Nasz portret / wyniki ankiety
.: SNB szklanym okiem / Yarrek
.: From Romania with Fear / akcja w Karpatach
.: Testy / sprzęt
.: Denis Leontiew / wywiad
.: Gniazdo na mękach / trening
.: Step by Step / nauka triku
.: Serwisowanie sprzętu / nietypowe deski
.: Nasz portret / wyniki ankiety
PLANTACJA BANANÓW
i karbowanych frytek

Myślicie sobie pewnie, że banany, jak to banany - rosną na palmach albo wypadają małpie spod ogona. Karbowane frytki natomiast serwowane są nam wprost z tajnego laboratorium jakiejś fast foodowej korporacji. Otóż nie do końca jest to prawda. Najbardziej ekscytujące banano-fryty powstają bowiem w fabryce snowboardów, gdzieś po drugiej stronie globusa. Ale najciekawsze w tym wszystkim jest to, że gdy weźmiemy do ręki jedną z takich świeżo wyprodukowanych desuni, to poczujemy delikatny aromat... No, właśnie, czego?! Wysmażonego oleju i jakichś włókien roślinnych! Bo to jest teraz najbardziej trendziarskie: pełna eko-koegzystencja i zbawienie zielonego świata.

Żeby sprawdzić, jak wygina się banany, przejechaliśmy, bagatela, kilka tysięcy kilometrów. A dokładniej do
Carlsborg w stanie Washington. I po co to wszystko? Żeby zwiedzić jakąś fabrykę snowboardów? Zgoda, Mervin nie jest „jakąś” fabryką - jest jednym z najstarszych producentów desek. Owszem, jest też na swój sposób kultowy, a zarazem nowatorski, posiada kupę fajnych marek i stajnię mega zawodników (Jamie Lynn, Danny Kass, Travis Rice, Eric Jackson, Mark Landvik, Jakob Wilhelmson czy Barrett Christy), od których oko bieleje przeciętnemu oglądaczowi snowboardowych filmów. Ma też ciekawą historię (założony w 1977 roku) i intrygujące pomysły na przyszłość... Jednak to wciąż za mało, by brać na tapetę jedną ze stu milionów fabryk, które mają coś wspólnego ze snowboardową branżą.

BANANA TECHNOLOGY
W takim razie co sprawiło, że wybraliśmy się w tak dalekie zakątki krainy hamburgera (podawanego najczęściej z frytkami, jak zresztą większość rzeczy w tamtych stronach, do czego będziemy jeszcze wracać)? To metafizyczna potrzeba osobistego i bezpośredniego obcowania ze źródłem wszelakiej snowboadrowej przyjemności, jakiej bez wątpienia dostarczają reverse cambery, rockery, banana technology... Jak zwał tak zwał, chodzi o odwrócone profile desek. Bo chyba coraz mniej jest zaimpregnowanych na nowinki typków, którzy uparcie będą twierdzić, że odwrócony profil to jedna wielka pomyłka i ślepe odgałęzienie snowboardowej ewolucji. Patrząc, jak pełna ochów i achów jest branża, i jak wielkie banany mają na twarzach riderzy, można śmiało stwierdzić, że: „banan to jest to”. Wracając do wspomnianego „źródła”... Sukces - a odwrócony profil deski niewątpliwie takim jest - zwykle ma wielu ojców i jeszcze więcej „wujków”, którzy pragnęliby zostać tymi pierwszymi. Dlatego trudno jednoznacznie stwierdzić, że Marvin był tym pierwszym producentem, który odwrócony profil zastosował w kolekcyjnych deskach snowboardowych – w tym samym mniej więcej czasie K2 wypuściło freeride'owy model z rockerem, znacznie wcześniej Terry Kidwell eksperymentował z podobnymi patentami. Pewnie, gdyby dobrze pogrzebać, mogłoby się okazać, że jakiś Steve ze szwagrem wydłubał podobne cacko na strychu swojej szopy w czasach, gdy pozostała część populacji zajęta była uganianiem się za mamutami. I co najdziwniejsze, mogłoby to okazać się prawdą ;). Tak czy owak, śmiało można przyjąć, że Marvin znajdował się w niewielkiej garstce pionierów, którzy postanowili zaryzykować z niezwykle rewolucyjną wtedy ideą. Wybaczcie, że w tym miejscu nie będziemy objaśniać wszystkich technicznych zawiłości odwróconego profilu, cechującego różne konstrukcje, ale pańszczyznę tę odpracowaliśmy w naszym tegorocznym Katalogu, do którego odsyłamy co bardziej dociekliwych.

MAGNE-TRACTION
W wypadku Marvina, a ściślej rzecz biorąc produkowanych przez niego desek Lib Tech, Gnu i Roxy, „banan” jest w pewnym sensie niezwykły, bo oferowany w zestawie z frytkami. Dokładniej, z karbowanymi frytkami, czyli z Magne-Traction. I to jest kolejny dobry powód, dla którego warto zwiedzić rzeczoną fabrykę. Otóż Magne-Traction jest autentycznym patentem Marvina - co do tego nie ma już żadnych wątpliwości, albo akademickiego podważania faktów. Inna sprawa, że mniej jest też chętnych do dowodzenia swojego ojcostwa Magne-Traction, bowiem patent ten, w przeciwieństwie do odwróconego profilu, jakoś specjalnie nie wywalił do góry nogami snowboardowego rynku. Mówiąc szczerze, znajdziemy go tylko w deskach marek technologicznie lub kapitałowo związanych z Marvinem. Co nie oznacza, że idea jest kulawa. Raczej niedoceniona, co być może niebawem się zmieni, dotarły do nas bowiem wieści, o pojawieniu się innych desek, na przyszły sezon, z pochodnymi tego rozwiązania. Tym z was, którzy czytając o Magne-Traction czują pustkę w głowach, przypomnijmy, że jest to „pofalowana” krawędź, upodobniająca deskę do karbowanej frytki. Poza tą wizualną atrakcją, pojawiają się oczywiście też i praktyczne zalety, czyli 7 dodatkowych punktów stycznych z podłożem, pracującej w skręcie krawędzi. Do tego, w miejscach, gdzie tradycyjnie taliowanie nie zapewniało dobrego trzymania, np. na odcinku pomiędzy wiązaniami. Magne-Traction sprawia więc, że deska zyskuje świetne trzymanie krawędzi, nie przypłacając tego zwiększoną sztywnością, bądź długością. Jeśli zaś Magne-Traction połączymy z odwróconym profilem, którego problemem „wieku dziecięcego” było właśnie gorsze trzymanie krawędzi na tipach deski, to okaże się idealnym dopełnieniem.
EKO ŚWIADOMOŚĆ
No dobra – pożąglowaliśmy trochę nazwami i haj technologią, jednak tak naprawdę to nie one przyciągały nas do Marvina z hipnotyczną siłą. Tym czymś była, i zawsze będzie, światła idea. Wzniosłe hasło. Czyli chwytająca za serce eko świadomość. No tak – powiecie – ale co w tym dziwnego, skoro już nawet Chińczycy wiedzą, że zabawek nie wytwarza się z metali ciężkich, a cała reszta świata licytuje się, jakie to fajne rzeczy można zrobić ze zgrzebnego worka. Dziś byłoby co najmniej nietaktem powiedzieć klientowi, że w wymarzonej desce, na którą wydaje górę szmalu, znajdują się wymierające gatunki drzew z amazońskiej dżungli, tworzywa zdolne przetrwać wszechświat ze dwa razy, lakiery powodujące gąbczastość mózgu, czy znaczne ilości zbawiennego dla płuc azbestu. Takie rzeczy już nie przejdą. Bo nasza eko świadomość sięga troposfery. W takim razie u Marvina musi być coś ekstra – kombinujecie. I oczywiście macie rację. W naszej, bardzo subiektywnej ocenie, totalnym przebojem i szczytowym wykwitem ekologicznej myśli jest... zużyty olej! Taki normalny, jadalny, pozyskany z okolicznych restauracji i fast foodów (a w tej dziedzinie, w Stanach, potencjał jest niewyczerpywalny). Olej ten służy do uzyskania biodiesla – na podwórku przedsiębiorstwa stoi spora maszyneria do produkcji tego paliwa - którym z kolei ogrzewana jest cała fabryka. Zresztą to boleśnie logiczna koncepcja, bo skoro mowa o frytkach, to najlepsze są z głębokiego oleju ;). Olej też pojawia się w innym miejscu produkcji. Otóż topsheet, czyli wierzchnia warstwa deski, u większości producentów mało mająca wspólnego z naturalnymi surowcami, a bardziej z podejrzanymi dziedzinami chemii nieorganicznej, u Marvina zyskała nową jakość. Oczywiście ekologiczną. Nosi nazwę Bio-Plastic Beans i uzyskiwana jest w efekcie jakiegoś trudnego do ogarnięcia procesu, w którym stosowany jest olej roślin strączkowych.
Naturalnie, w Mervinie zastosowano też wszystkie pozostałe eko triki, które obecnie są mile widziane. Energia elektryczna potrzebna do zasilania wszystkich maszyn w przedsiębiorstwie pochodzi oczywiście z „zielonych źródeł”. Drukowanie grafik odbywa się tylko za pomocą lakierów bazujących na wodzie (która, jak wszyscy wiemy, w pewnych okolicznościach może być śniegiem – w kontekście snowboardów to imponujące!), nie używa się rozpuszczalników wstrętnie śmierdzących i oczojebnych lakierów. Pozostałe po ostatecznej obróbce desek odpadki ślizgu, laminatu i drewna poddawane są recyclingowi. Ze zmielonych resztek ślizgów uzyskuje się ślizgi nowe, a ze zmielonego drewna robi się brykiety, cieszące później oko, gdy efektownie trzaskają w kominku. Ale to jeszcze nie koniec zbawiennej działalności. Większość maszyn i narzędzi nie została kupiona, tylko opracowana na miejscu, w fabryce. Pewnie kombinujecie, co w tym ekologicznego. My też... Dlatego to też nie my ratujemy świat. A jest to, okazuje się, o tyle ważne, że minimalizuje szkodliwy wpływ transportu. Podobnie jak zakup surowców bezpośrednio u najbliżej usytuowanych dostawców. Oczywiście, bez udziału pośredników, co w efekcie powinno radować nasze kieszenie.
Na koniec zostawiliśmy najgenialniejsze – nie bójmy się tego słowa - pomysły Mervina. Które, jeśliby powszechnie je zastosować, uczyniłyby świat zdecydowanie sympatyczniejszym, a nas odjechanie szczęśliwymi. Otóż praca w fabryce Mervina trwa CZTERY dni w tygodniu! Na dwie zmiany. Jeśli wziąć to pod uwagę, oraz to, że zatrudnieni tam ludzie to niemal w 100% snowboarderzy i skaterzy, to następny śmiały pomysł wydaje się oczywistą konsekwencją – wszyscy pracownicy Mervina dostają ekstra kasę na całosezonowe skipassy w pobliskich górach i, uwaga, każdy z nich jeździć może na desce przez siebie zaprojektowanej i własnoręcznie wykonanej! Czy znacie genialniejszego pracodawcę? Jeśli tak, to prosimy o jego numer telefonu.
Tekst: Pig; zdjęcia: Marek Ogień
snowBoard MDS nr 47/2010
i karbowanych frytek

Myślicie sobie pewnie, że banany, jak to banany - rosną na palmach albo wypadają małpie spod ogona. Karbowane frytki natomiast serwowane są nam wprost z tajnego laboratorium jakiejś fast foodowej korporacji. Otóż nie do końca jest to prawda. Najbardziej ekscytujące banano-fryty powstają bowiem w fabryce snowboardów, gdzieś po drugiej stronie globusa. Ale najciekawsze w tym wszystkim jest to, że gdy weźmiemy do ręki jedną z takich świeżo wyprodukowanych desuni, to poczujemy delikatny aromat... No, właśnie, czego?! Wysmażonego oleju i jakichś włókien roślinnych! Bo to jest teraz najbardziej trendziarskie: pełna eko-koegzystencja i zbawienie zielonego świata.

Żeby sprawdzić, jak wygina się banany, przejechaliśmy, bagatela, kilka tysięcy kilometrów. A dokładniej do
Carlsborg w stanie Washington. I po co to wszystko? Żeby zwiedzić jakąś fabrykę snowboardów? Zgoda, Mervin nie jest „jakąś” fabryką - jest jednym z najstarszych producentów desek. Owszem, jest też na swój sposób kultowy, a zarazem nowatorski, posiada kupę fajnych marek i stajnię mega zawodników (Jamie Lynn, Danny Kass, Travis Rice, Eric Jackson, Mark Landvik, Jakob Wilhelmson czy Barrett Christy), od których oko bieleje przeciętnemu oglądaczowi snowboardowych filmów. Ma też ciekawą historię (założony w 1977 roku) i intrygujące pomysły na przyszłość... Jednak to wciąż za mało, by brać na tapetę jedną ze stu milionów fabryk, które mają coś wspólnego ze snowboardową branżą.

BANANA TECHNOLOGY
W takim razie co sprawiło, że wybraliśmy się w tak dalekie zakątki krainy hamburgera (podawanego najczęściej z frytkami, jak zresztą większość rzeczy w tamtych stronach, do czego będziemy jeszcze wracać)? To metafizyczna potrzeba osobistego i bezpośredniego obcowania ze źródłem wszelakiej snowboadrowej przyjemności, jakiej bez wątpienia dostarczają reverse cambery, rockery, banana technology... Jak zwał tak zwał, chodzi o odwrócone profile desek. Bo chyba coraz mniej jest zaimpregnowanych na nowinki typków, którzy uparcie będą twierdzić, że odwrócony profil to jedna wielka pomyłka i ślepe odgałęzienie snowboardowej ewolucji. Patrząc, jak pełna ochów i achów jest branża, i jak wielkie banany mają na twarzach riderzy, można śmiało stwierdzić, że: „banan to jest to”. Wracając do wspomnianego „źródła”... Sukces - a odwrócony profil deski niewątpliwie takim jest - zwykle ma wielu ojców i jeszcze więcej „wujków”, którzy pragnęliby zostać tymi pierwszymi. Dlatego trudno jednoznacznie stwierdzić, że Marvin był tym pierwszym producentem, który odwrócony profil zastosował w kolekcyjnych deskach snowboardowych – w tym samym mniej więcej czasie K2 wypuściło freeride'owy model z rockerem, znacznie wcześniej Terry Kidwell eksperymentował z podobnymi patentami. Pewnie, gdyby dobrze pogrzebać, mogłoby się okazać, że jakiś Steve ze szwagrem wydłubał podobne cacko na strychu swojej szopy w czasach, gdy pozostała część populacji zajęta była uganianiem się za mamutami. I co najdziwniejsze, mogłoby to okazać się prawdą ;). Tak czy owak, śmiało można przyjąć, że Marvin znajdował się w niewielkiej garstce pionierów, którzy postanowili zaryzykować z niezwykle rewolucyjną wtedy ideą. Wybaczcie, że w tym miejscu nie będziemy objaśniać wszystkich technicznych zawiłości odwróconego profilu, cechującego różne konstrukcje, ale pańszczyznę tę odpracowaliśmy w naszym tegorocznym Katalogu, do którego odsyłamy co bardziej dociekliwych.

MAGNE-TRACTION
W wypadku Marvina, a ściślej rzecz biorąc produkowanych przez niego desek Lib Tech, Gnu i Roxy, „banan” jest w pewnym sensie niezwykły, bo oferowany w zestawie z frytkami. Dokładniej, z karbowanymi frytkami, czyli z Magne-Traction. I to jest kolejny dobry powód, dla którego warto zwiedzić rzeczoną fabrykę. Otóż Magne-Traction jest autentycznym patentem Marvina - co do tego nie ma już żadnych wątpliwości, albo akademickiego podważania faktów. Inna sprawa, że mniej jest też chętnych do dowodzenia swojego ojcostwa Magne-Traction, bowiem patent ten, w przeciwieństwie do odwróconego profilu, jakoś specjalnie nie wywalił do góry nogami snowboardowego rynku. Mówiąc szczerze, znajdziemy go tylko w deskach marek technologicznie lub kapitałowo związanych z Marvinem. Co nie oznacza, że idea jest kulawa. Raczej niedoceniona, co być może niebawem się zmieni, dotarły do nas bowiem wieści, o pojawieniu się innych desek, na przyszły sezon, z pochodnymi tego rozwiązania. Tym z was, którzy czytając o Magne-Traction czują pustkę w głowach, przypomnijmy, że jest to „pofalowana” krawędź, upodobniająca deskę do karbowanej frytki. Poza tą wizualną atrakcją, pojawiają się oczywiście też i praktyczne zalety, czyli 7 dodatkowych punktów stycznych z podłożem, pracującej w skręcie krawędzi. Do tego, w miejscach, gdzie tradycyjnie taliowanie nie zapewniało dobrego trzymania, np. na odcinku pomiędzy wiązaniami. Magne-Traction sprawia więc, że deska zyskuje świetne trzymanie krawędzi, nie przypłacając tego zwiększoną sztywnością, bądź długością. Jeśli zaś Magne-Traction połączymy z odwróconym profilem, którego problemem „wieku dziecięcego” było właśnie gorsze trzymanie krawędzi na tipach deski, to okaże się idealnym dopełnieniem.
EKO ŚWIADOMOŚĆ
No dobra – pożąglowaliśmy trochę nazwami i haj technologią, jednak tak naprawdę to nie one przyciągały nas do Marvina z hipnotyczną siłą. Tym czymś była, i zawsze będzie, światła idea. Wzniosłe hasło. Czyli chwytająca za serce eko świadomość. No tak – powiecie – ale co w tym dziwnego, skoro już nawet Chińczycy wiedzą, że zabawek nie wytwarza się z metali ciężkich, a cała reszta świata licytuje się, jakie to fajne rzeczy można zrobić ze zgrzebnego worka. Dziś byłoby co najmniej nietaktem powiedzieć klientowi, że w wymarzonej desce, na którą wydaje górę szmalu, znajdują się wymierające gatunki drzew z amazońskiej dżungli, tworzywa zdolne przetrwać wszechświat ze dwa razy, lakiery powodujące gąbczastość mózgu, czy znaczne ilości zbawiennego dla płuc azbestu. Takie rzeczy już nie przejdą. Bo nasza eko świadomość sięga troposfery. W takim razie u Marvina musi być coś ekstra – kombinujecie. I oczywiście macie rację. W naszej, bardzo subiektywnej ocenie, totalnym przebojem i szczytowym wykwitem ekologicznej myśli jest... zużyty olej! Taki normalny, jadalny, pozyskany z okolicznych restauracji i fast foodów (a w tej dziedzinie, w Stanach, potencjał jest niewyczerpywalny). Olej ten służy do uzyskania biodiesla – na podwórku przedsiębiorstwa stoi spora maszyneria do produkcji tego paliwa - którym z kolei ogrzewana jest cała fabryka. Zresztą to boleśnie logiczna koncepcja, bo skoro mowa o frytkach, to najlepsze są z głębokiego oleju ;). Olej też pojawia się w innym miejscu produkcji. Otóż topsheet, czyli wierzchnia warstwa deski, u większości producentów mało mająca wspólnego z naturalnymi surowcami, a bardziej z podejrzanymi dziedzinami chemii nieorganicznej, u Marvina zyskała nową jakość. Oczywiście ekologiczną. Nosi nazwę Bio-Plastic Beans i uzyskiwana jest w efekcie jakiegoś trudnego do ogarnięcia procesu, w którym stosowany jest olej roślin strączkowych.
Naturalnie, w Mervinie zastosowano też wszystkie pozostałe eko triki, które obecnie są mile widziane. Energia elektryczna potrzebna do zasilania wszystkich maszyn w przedsiębiorstwie pochodzi oczywiście z „zielonych źródeł”. Drukowanie grafik odbywa się tylko za pomocą lakierów bazujących na wodzie (która, jak wszyscy wiemy, w pewnych okolicznościach może być śniegiem – w kontekście snowboardów to imponujące!), nie używa się rozpuszczalników wstrętnie śmierdzących i oczojebnych lakierów. Pozostałe po ostatecznej obróbce desek odpadki ślizgu, laminatu i drewna poddawane są recyclingowi. Ze zmielonych resztek ślizgów uzyskuje się ślizgi nowe, a ze zmielonego drewna robi się brykiety, cieszące później oko, gdy efektownie trzaskają w kominku. Ale to jeszcze nie koniec zbawiennej działalności. Większość maszyn i narzędzi nie została kupiona, tylko opracowana na miejscu, w fabryce. Pewnie kombinujecie, co w tym ekologicznego. My też... Dlatego to też nie my ratujemy świat. A jest to, okazuje się, o tyle ważne, że minimalizuje szkodliwy wpływ transportu. Podobnie jak zakup surowców bezpośrednio u najbliżej usytuowanych dostawców. Oczywiście, bez udziału pośredników, co w efekcie powinno radować nasze kieszenie.
Na koniec zostawiliśmy najgenialniejsze – nie bójmy się tego słowa - pomysły Mervina. Które, jeśliby powszechnie je zastosować, uczyniłyby świat zdecydowanie sympatyczniejszym, a nas odjechanie szczęśliwymi. Otóż praca w fabryce Mervina trwa CZTERY dni w tygodniu! Na dwie zmiany. Jeśli wziąć to pod uwagę, oraz to, że zatrudnieni tam ludzie to niemal w 100% snowboarderzy i skaterzy, to następny śmiały pomysł wydaje się oczywistą konsekwencją – wszyscy pracownicy Mervina dostają ekstra kasę na całosezonowe skipassy w pobliskich górach i, uwaga, każdy z nich jeździć może na desce przez siebie zaprojektowanej i własnoręcznie wykonanej! Czy znacie genialniejszego pracodawcę? Jeśli tak, to prosimy o jego numer telefonu.
Tekst: Pig; zdjęcia: Marek Ogień
snowBoard MDS nr 47/2010






