snowBoard MDS 54/2012
.: W poszukiwaniu głębokiego puchu / Polska i Słowacja
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
Razem z Christophem Schmidtem i Shaynem Pospisilem odwiedziliśmy trzy z najlepszych na świecie halfpipe'ów, by położyć kres syndromowi „Zimowych Igrzysk Olimpijskich”. Żadnych doublecorków, żadnych sędziów, żadnej napinki - tylko wysokość, styl i piękne, klasyczne triki.

Snowboarding, a już zwłaszcza triki, które są możliwe do wykonania w halfpipe'ie – głównie ze względu na presje Igrzysk – niezwykle mocno i efektownie wyewoluowały. Progres zawodników jest ostatnio oszałamiający, nic więc dziwnego, że triki stają się coraz bardziej spektakularne: „dziewiątkę” zastąpiła 10, natomiast sama 9 jest bardziej techniczna, np. grab trzymany jest dłużej, przez całą długość lotu. Jednak ta burzliwa ewolucja przyniosła nieoczekiwany efekt: doublecorki i doubleflipy weszły w modę i zapoczątkowały pojawienie się nowego pokolenia zawodników halfpipe'owych. Te, bądź co bądź, pozytywne zmiany zadomowiły się już doskonale na większości ważniejszych zawodów i naturalną koleją rzeczy pozostawiły „stary styl” w tyle. Tak jak konkursy i zawody są istotnym elementem snowboardingu, tak i doublecorki stanowią niezbędny element zwiększający spektrum możliwości naszej zajawki. Jednak zapomnieć o oldschoolu byłoby niewybaczalnym błędem! Jazda w pajpie jest bowiem czymś więcej niż doublecorkami i sekwencjami technicznych trików, które mają wywrzeć wrażenie na sędziach. Powinna raczej, jak prawdziwa sztuka, wyzwalać emocje, niż skłaniać do kalkulacji typu, „kto da więcej?”.

W poprzednim sezonie niemal każdy liczący się na świecie „pajpista” cały swój czas spędzał ćwicząc jazdę w pajpie do upadłego. Powodem były oczywiście Igrzyska Olimpijskie w Vancouver. Można powiedzieć, że dzięki nim nastąpił tak gwałtowny wzrost poziomu jazdy w halfpipe'ie, że teraz nie ma już miejsca na lajtową jazdę w ogóle. Klasyki typu Slack Straight Airs, Alley Oops, czy Air to Fakie najczęściej odkładane są na bok z powodu mniejszej wartości punktowej przyznawanej przez sędziów. Jednak w przeciwieństwie do głodnej wrażeń widowni – którą nie interesuje styl, a wyłącznie zwariowane „fikołki” - filmowcy i fotografowie snowboardowi poszukują stylu, który zwraca uwagę na poziom zawodnika bez potrzeby uciekania w niekończące się wirowania.
Ten, kto szuka wielu naprawdę dobrej klasy halfpipe'ów, niekoniecznie w najbliższym sąsiedztwie, musi koniecznie zarezerwować lot do Stanów Zjednoczonych. To dlatego naszą podróż zaczęliśmy w San Francisco, skąd dalej, wynajętym samochodem, jechaliśmy przez Kalifornię, Nevadę i Utah, aby kolejno odwiedzić snowparki Northstar w Tahoe, Park City i Mammoth Mountain. Trzy stany, trzy pajpy, 3000 km, dwóch kierowców, jeden filmowiec, jeden fotograf i tylko jeden tydzień czasu. Plan mocno napięty, nic więc dziwnego, że na zwiedzanie San Francisco mieliśmy tylko jeden dzień.
Pierwszym przystankiem, po 600 km podróży, był Northstar w Lake Tahoe. Ta odległość, jak na lokalne standardy, to bułka z masłem, jednak po drodze przekraczaliśmy góry Sierra Nevada. I w nich znaleźliśmy odpowiedź na pytanie, dlaczego Northstar jest zaliczane do jednej z najlepszych miejscówek (oczywiście z najlepszym halfpipe'em) na całym świecie. Rzecz jasna, o jakość parku dba zespół szejperów, którzy idealnie cyzelują rynnę, jednak głównym powodem jest specyficzny rodzaj śniegu - Sierra Cement występujący w okolicach Lake Tahoe - dający pewność, że każda decyzja o odwiedzeniu tego rejonu jest cholernie dobrą decyzją. To, czego doświadczyliśmy w Tahoe, okazało się normą również w następnych dniach: idealne halfpipe'y, garstka ludzi, zazwyczaj dobra pogoda... Warunki nie mogłyby być lepsze! Ponieważ Shayne dołączył do naszej ekipy dopiero w Mammoth, Christophe całą rynnę w Northstar miał wyłącznie dla siebie.

Następny przystanek mieliśmy w Park City. Ekipa ze Szwajcarii gorąco polecała nam tę miejscówkę. Zmianę lokalizacji zaczęliśmy więc od 800 kilometrowej podróży przez Nevadę, prosto do Utah. Chociaż Nevada wzięła swoją nazwę od hiszpańskiego słowa „ la nieve”, które oznacza śnieg, płatki śniegu są tu rzadkim rarytasem. Nasza ekipa opuściła piękną śnieżną scenerię i zaczęliśmy wędrówkę przez pustynię. Przez pierwsze kilkaset kilometrów było ciężko uwierzyć, że na końcu tej drogi czekają nas jakieś śnieżne góry. Raz po raz przy samej drodze pojawiały się motele - widma. Doskonałe miejsca dla Stanley'a Kubricka, który pewnie miałby mnóstwo zabawy (a z nim i widzowie), ganiając całą plejadę mrocznych postaci po takiej ponurej scenografii. Jednak podczas długiej podróży – o czym przekonaliśmy się na własnej skórze – najważniejszą rzeczą jest łóżko do spania, więc zbytnio nie narzekaliśmy na klimaty rodem z thrillera. Na wszelki wypadek z basenu, jaki był przy jednym z moteli, nie skorzystaliśmy, choć nikt z nas nie znalazł w nim trupa.
Halfpipe'y w Park City i Northstar są prawie tej samej wielkości, co i jakości – czyli „grate”! Olimpijska rynna z 2002 roku wciąż gwarantuje najwyższą doskonałość. Zresztą program olimpijskich zawodów - wystawiony w centralnym miejscu kurortu - pokazuje, że miejscowi wciąż są dumni z tego wydarzenia. Od tamtej pory jednak wiele się zmieniło. Choćby to, że 1080 stało się cholernie modne i popularne, a my nie tego szukaliśmy podczas naszej podróży. Wsiedliśmy więc w samochód i pojechaliśmy dalej. Z Park City udaliśmy się do Mammoth. Niekończącymi się prostymi drogami przemierzaliśmy pustynię Nevada ponownie. I ponownie na naszej drodze do Kalifornii mijaliśmy niezliczoną ilość moteli. Za to, co dziwne, minęliśmy tylko trzy większe miasta - aż do samego Mammoth Lakes, gdzie „tubylec” Shayne Pospisil już na nas czekał. Właściwie chciał towarzyszyć naszej ekipie podczas całej podróży, jednak plany ułożyły mu się inaczej. Na szczęście był w stanie wziąć udział w naszej sesji, przynajmniej w jego rodzinnej miejscowości. A obecność Shayne'a dobrze wpłynęła na Christophe'a, który poczuł się głęboko zmotywowany przez swojego kumpla z teamu. Siedem dni naszego tripu minęło bardzo szybko. Wszyscy w ekipie poczuli magię trzech genialnych, prawie pustych halfpipe'ów, bez presji towarzyszącej zawodom i bez sędziów, na których trzeba wywrzeć dobre wrażenie. Udało się nam wydestylować jazdę na snowboardzie w czystej postaci: otoczeni przyjaciółmi, odczuwając radość z możliwości robienia każdego triku, na jaki tylko przyszła nam ochota.

Przez długi czas jazda w halfpipe'ie była, w sposób niekwestionowany, najwyższą formą „fristajlu” wśród dyscyplin snowboardowych. Na świecie utarł się wręcz schemat: prorider, który nie jeździ w pajpie, to prawie nie do pomyślenia! Taki schemat zmienił się jednak na przestrzeni ostatnich lat. I choć bardzo wielu zawodników jeździ obecnie wyłącznie na railach, czy kickerach, to jednak idealnie wyszejpowana rynna (a najlepiej super pipe) jest „ukoronowaniem” każdego przyzwoitego snowparku. Nie można bowiem zdetronizować dyscypliny, która daje niesamowitą radość płynnego przejazdu łączącego wiele trików, poczucie braku grawitacji przy najwyższych lotach oraz umożliwia rozwijanie wyjątkowej i bardzo widowiskowej techniki.
Tekst: Christian Öfner ; Zdjęcia: Christian Brecheis
snowBoard MDS nr 49/2010

Snowboarding, a już zwłaszcza triki, które są możliwe do wykonania w halfpipe'ie – głównie ze względu na presje Igrzysk – niezwykle mocno i efektownie wyewoluowały. Progres zawodników jest ostatnio oszałamiający, nic więc dziwnego, że triki stają się coraz bardziej spektakularne: „dziewiątkę” zastąpiła 10, natomiast sama 9 jest bardziej techniczna, np. grab trzymany jest dłużej, przez całą długość lotu. Jednak ta burzliwa ewolucja przyniosła nieoczekiwany efekt: doublecorki i doubleflipy weszły w modę i zapoczątkowały pojawienie się nowego pokolenia zawodników halfpipe'owych. Te, bądź co bądź, pozytywne zmiany zadomowiły się już doskonale na większości ważniejszych zawodów i naturalną koleją rzeczy pozostawiły „stary styl” w tyle. Tak jak konkursy i zawody są istotnym elementem snowboardingu, tak i doublecorki stanowią niezbędny element zwiększający spektrum możliwości naszej zajawki. Jednak zapomnieć o oldschoolu byłoby niewybaczalnym błędem! Jazda w pajpie jest bowiem czymś więcej niż doublecorkami i sekwencjami technicznych trików, które mają wywrzeć wrażenie na sędziach. Powinna raczej, jak prawdziwa sztuka, wyzwalać emocje, niż skłaniać do kalkulacji typu, „kto da więcej?”.

W poprzednim sezonie niemal każdy liczący się na świecie „pajpista” cały swój czas spędzał ćwicząc jazdę w pajpie do upadłego. Powodem były oczywiście Igrzyska Olimpijskie w Vancouver. Można powiedzieć, że dzięki nim nastąpił tak gwałtowny wzrost poziomu jazdy w halfpipe'ie, że teraz nie ma już miejsca na lajtową jazdę w ogóle. Klasyki typu Slack Straight Airs, Alley Oops, czy Air to Fakie najczęściej odkładane są na bok z powodu mniejszej wartości punktowej przyznawanej przez sędziów. Jednak w przeciwieństwie do głodnej wrażeń widowni – którą nie interesuje styl, a wyłącznie zwariowane „fikołki” - filmowcy i fotografowie snowboardowi poszukują stylu, który zwraca uwagę na poziom zawodnika bez potrzeby uciekania w niekończące się wirowania.
Ten, kto szuka wielu naprawdę dobrej klasy halfpipe'ów, niekoniecznie w najbliższym sąsiedztwie, musi koniecznie zarezerwować lot do Stanów Zjednoczonych. To dlatego naszą podróż zaczęliśmy w San Francisco, skąd dalej, wynajętym samochodem, jechaliśmy przez Kalifornię, Nevadę i Utah, aby kolejno odwiedzić snowparki Northstar w Tahoe, Park City i Mammoth Mountain. Trzy stany, trzy pajpy, 3000 km, dwóch kierowców, jeden filmowiec, jeden fotograf i tylko jeden tydzień czasu. Plan mocno napięty, nic więc dziwnego, że na zwiedzanie San Francisco mieliśmy tylko jeden dzień.
Pierwszym przystankiem, po 600 km podróży, był Northstar w Lake Tahoe. Ta odległość, jak na lokalne standardy, to bułka z masłem, jednak po drodze przekraczaliśmy góry Sierra Nevada. I w nich znaleźliśmy odpowiedź na pytanie, dlaczego Northstar jest zaliczane do jednej z najlepszych miejscówek (oczywiście z najlepszym halfpipe'em) na całym świecie. Rzecz jasna, o jakość parku dba zespół szejperów, którzy idealnie cyzelują rynnę, jednak głównym powodem jest specyficzny rodzaj śniegu - Sierra Cement występujący w okolicach Lake Tahoe - dający pewność, że każda decyzja o odwiedzeniu tego rejonu jest cholernie dobrą decyzją. To, czego doświadczyliśmy w Tahoe, okazało się normą również w następnych dniach: idealne halfpipe'y, garstka ludzi, zazwyczaj dobra pogoda... Warunki nie mogłyby być lepsze! Ponieważ Shayne dołączył do naszej ekipy dopiero w Mammoth, Christophe całą rynnę w Northstar miał wyłącznie dla siebie.

Następny przystanek mieliśmy w Park City. Ekipa ze Szwajcarii gorąco polecała nam tę miejscówkę. Zmianę lokalizacji zaczęliśmy więc od 800 kilometrowej podróży przez Nevadę, prosto do Utah. Chociaż Nevada wzięła swoją nazwę od hiszpańskiego słowa „ la nieve”, które oznacza śnieg, płatki śniegu są tu rzadkim rarytasem. Nasza ekipa opuściła piękną śnieżną scenerię i zaczęliśmy wędrówkę przez pustynię. Przez pierwsze kilkaset kilometrów było ciężko uwierzyć, że na końcu tej drogi czekają nas jakieś śnieżne góry. Raz po raz przy samej drodze pojawiały się motele - widma. Doskonałe miejsca dla Stanley'a Kubricka, który pewnie miałby mnóstwo zabawy (a z nim i widzowie), ganiając całą plejadę mrocznych postaci po takiej ponurej scenografii. Jednak podczas długiej podróży – o czym przekonaliśmy się na własnej skórze – najważniejszą rzeczą jest łóżko do spania, więc zbytnio nie narzekaliśmy na klimaty rodem z thrillera. Na wszelki wypadek z basenu, jaki był przy jednym z moteli, nie skorzystaliśmy, choć nikt z nas nie znalazł w nim trupa.
Halfpipe'y w Park City i Northstar są prawie tej samej wielkości, co i jakości – czyli „grate”! Olimpijska rynna z 2002 roku wciąż gwarantuje najwyższą doskonałość. Zresztą program olimpijskich zawodów - wystawiony w centralnym miejscu kurortu - pokazuje, że miejscowi wciąż są dumni z tego wydarzenia. Od tamtej pory jednak wiele się zmieniło. Choćby to, że 1080 stało się cholernie modne i popularne, a my nie tego szukaliśmy podczas naszej podróży. Wsiedliśmy więc w samochód i pojechaliśmy dalej. Z Park City udaliśmy się do Mammoth. Niekończącymi się prostymi drogami przemierzaliśmy pustynię Nevada ponownie. I ponownie na naszej drodze do Kalifornii mijaliśmy niezliczoną ilość moteli. Za to, co dziwne, minęliśmy tylko trzy większe miasta - aż do samego Mammoth Lakes, gdzie „tubylec” Shayne Pospisil już na nas czekał. Właściwie chciał towarzyszyć naszej ekipie podczas całej podróży, jednak plany ułożyły mu się inaczej. Na szczęście był w stanie wziąć udział w naszej sesji, przynajmniej w jego rodzinnej miejscowości. A obecność Shayne'a dobrze wpłynęła na Christophe'a, który poczuł się głęboko zmotywowany przez swojego kumpla z teamu. Siedem dni naszego tripu minęło bardzo szybko. Wszyscy w ekipie poczuli magię trzech genialnych, prawie pustych halfpipe'ów, bez presji towarzyszącej zawodom i bez sędziów, na których trzeba wywrzeć dobre wrażenie. Udało się nam wydestylować jazdę na snowboardzie w czystej postaci: otoczeni przyjaciółmi, odczuwając radość z możliwości robienia każdego triku, na jaki tylko przyszła nam ochota.

Przez długi czas jazda w halfpipe'ie była, w sposób niekwestionowany, najwyższą formą „fristajlu” wśród dyscyplin snowboardowych. Na świecie utarł się wręcz schemat: prorider, który nie jeździ w pajpie, to prawie nie do pomyślenia! Taki schemat zmienił się jednak na przestrzeni ostatnich lat. I choć bardzo wielu zawodników jeździ obecnie wyłącznie na railach, czy kickerach, to jednak idealnie wyszejpowana rynna (a najlepiej super pipe) jest „ukoronowaniem” każdego przyzwoitego snowparku. Nie można bowiem zdetronizować dyscypliny, która daje niesamowitą radość płynnego przejazdu łączącego wiele trików, poczucie braku grawitacji przy najwyższych lotach oraz umożliwia rozwijanie wyjątkowej i bardzo widowiskowej techniki.
Tekst: Christian Öfner ; Zdjęcia: Christian Brecheis
snowBoard MDS nr 49/2010






