snowBoard MDS 54/2012
.: W poszukiwaniu głębokiego puchu / Polska i Słowacja
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
Liban – z pewnością nie jest to miejsce, które jako pierwsze przyjdzie do głowy komuś, kto planuje snowboardowy wypad. Szczególnie, jeśli tym kimś są dziewczyny, pragnące wyłącznie we własnym składzie zorganizować jakiś deskowy wyjazd. Tak właśnie było w naszym przypadku. Od samego początku dręczyło nas pytanie: czy nie jest to zbyt niebezpieczny rejon świata? Co jakiś czas dochodzą stamtąd wieści o wojennych rozruchach, a na kilka tygodni przed naszym wyjazdem zaczęły się ostre przepychanki w ościennym Izraelu.
Gdy w końcu niepokojące informacje skłoniły nas do odwołania tak wyczekiwanej wyprawy, Julia znalazła kontakt do zaprzyjaźnionego narciarza, który spędził w Libanie ostatnie 5 tygodni i twierdził, że jest tam zupełnie spokojnie. Dzięki tym zapewnieniom zdecydowałyśmy się ostatecznie na wyjazd i już następnego dnia zarezerwowałyśmy bilety lotnicze. W składzie naszej grupy znalazły się: Julia Baumgartner (szefowa wyprawy, posiadająca wszystkie kontakty, które mogły się nam przydać), Norweżka Thea Stenshagen, Diana Sadlowski z Polski oraz Austriaczka Conny Bleicher. Grupie tych czterech szalonych dziewczyn towarzyszył hiszpański fotograf, Carlos Blanchard.

19 lutego
Z lotniska w Monachium wylecieliśmy po południu. W Stambule spotkaliśmy się z Theą, która przyleciała z Oslo i wspólnie już dotarliśmy do Bejrutu, gdzie wylądowaliśmy w środku nocy. Mieliśmy nadzieję, że będzie na nas czekał koleś, do którego pisała Julia, a który miał nas zabrać z lotniska. Trochę niepokoił fakt, że nie mieliśmy do niego ani numeru telefonu, ani nie wiedzieliśmy, jak wygląda. Jednak bardzo szybko okazało się, że Libańczycy są jednymi z najbardziej solidnych i przyjacielskich ludzi, jakich kiedykolwiek spotkaliśmy. Rayan, nasz przewodnik, pojawił się na lotnisku zgodnie z umową i zawiózł nas do, oddalonego o 40 minut jazdy samochodem z Bejrutu, narciarskiego ośrodka Faraya, który miał być naszą bazą przez następne 8 dni. Myślę, że podróż powinna trwać co najmniej godzinę, gdyby Rayan przestrzegał ograniczeń prędkości. Na miejsce dotarliśmy więc o 3 nad ranem, trochę bladzi i z objawami choroby lokomocyjnej. Przy wjeździe do małego ośrodka zostaliśmy sprawdzeni, czy nie mamy ze sobą broni. Następnie spotkaliśmy naszego drugiego opiekuna Charbela, który zaprowadził nas do przygotowanej kwatery, oddalonej o jakieś dwie minuty od wyciągu narciarskiego. Pokoje nie były może zbyt luksusowe i znajdowały się w piwnicy (!), ale jedyną rzeczą, której w tym momencie bardzo potrzebowaliśmy, było wygodne łóżko. Poza Carlosem, który dostał kanapę w salonie ;).
20 lutego
Spaliśmy do pierwszej po południu – po nocnej podróży i przy braku okien w pokoju, to naprawdę nic trudnego. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, sprawdzić jaka jest pogoda, o mało co nie zostaliśmy zdmuchnięci przez silny wiatr – wyciągi naturalnie nie działały. Rayan i Charbel przyszli zabrać nas na zwiedzanie okolicy. Ale i tak niewiele było widać. Tego dnia robienie czegokolwiek na zewnątrz zupełnie nie miało sensu, a jakby tego było mało, zaczął padać grad. Wstąpiliśmy więc do domu Rayana, gdzie przyjemnie spędziliśmy czas przy smacznym tutejszym jedzeniu. Pogoda nie zmieniała się, jednak postanowiliśmy wyjść na zewnątrz i stawić czoła naturze. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciliśmy uwagę było to, że większość domów stała nie ukończona, poza tym w całej miejscowości trudno było kogokolwiek zauważyć. Za to znaleźliśmy naszą pierwszą miejscówkę i przygotowaliśmy ją na następny dzień. Ten dobry początek dał nam powód do świętowania - nasi przewodnicy wzięli nas na oryginalną libańską kolację, podczas której kelner nie przestawał donosić nam ciągle nowych talerzy z jedzeniem: z mięsnymi kulkami, z kozimi serami, z orzechami, z chlebem, z sosem jogurtowym... Po kolacji poszliśmy do Powder Baru - innego wyboru zresztą nie było, bo jest to jedyny bar w Farayi. Okazał się sympatycznym miejscem, gdzie dostaliśmy koktajle, potańczyliśmy i zaprzyjaźniliśmy się niemal ze wszystkimi. Właściwie, to planowaliśmy wrócić do domu trochę wcześniej, jednak nowi przyjaciele byli bardzo przekonujący. W efekcie na kwaterę dotarliśmy o 4 nad ranem totalnie wyczerpani, dowiezieni przez nowych kumpli Hummerem, mimo że do przebycia było niecałe 200 metrów.

21 lutego
I znowu obudziliśmy się późno. Oczywiście mieliśmy doskonałe wytłumaczenie - mieszkaliśmy w piwnicy, więc i tak nie było widać, jaka pogoda jest na zewnątrz. A na zewnątrz trwała śnieżyca, więc resort znowu był unieruchomiony. Całe popołudnie kręciliśmy się więc po wymarłej miejscowości z łopatami i szeroko otwartymi oczami, chociaż wiatr próbował nam to udaremnić. Resort przypominał coś w rodzaju wielkiego placu zabaw: z dropami, skałkami i całą fajną infrastrukturą. Wieczorem wróciliśmy do naszego pierwszego spotu: ollie nad czerwonym płotem, z wielkim, padającym od tyłu światłem, które nadawało miejscówce niesamowity klimat. Nasi, zapoznani ostatniej nocy, przyjaciele już zdążyli ten spot wyszukać i obskakać, jednak przez noc napadało tak dużo śniegu, że miejscówka dała się szybko naprawić. Szczęśliwi i wykończeni wróciliśmy do łóżek – tym razem wcześnie - z wspaniałymi widokami na następny dzień. Zapowiadała się bowiem ładna pogoda i działające wyciągi.
22 lutego
Już o 8 rano spotkaliśmy Rayana i Charbela na wyciągu. Słońce świeciło, resort był otwarty i dopiero teraz można było się przekonać, że w Farayi są również inni goście. Nasze pierwsze doświadczenie ze starym wyciągiem krzesełkowym było niemiłe, najbardziej jednak dla Carlosa, który miał masywny plecak ze sprzętem foto. Przez to ześlizgnął się kilka razy z wąskiego krzesełka, zanim udało mu się opanować sytuację. Kiedy wyjechaliśmy na górę zdaliśmy sobie sprawę, że jest to jedyny otwarty wyciąg w okolicy! Szczęście nam dopisywało, ponieważ szybko znaleźliśmy fajne, śnieżne nawisy, idealne do zbudowania hopy. Niestety, kiedy konstrukcja była gotowa, znowu pojawiły się chmury. Staraliśmy się więc skakać najlepiej, jak na to pozwalały warunki. A warunki nie były wymarzone do akcji, nie wspominając już o robieniu zdjęć. Po zaliczonej w pośpiechu sesji, Thea i Conny poczuły się trochę zmęczone i wróciły na kwaterę. Reszta poszła sprawdzić spoty w mieście, na których do wieczora udało się wykonać kilka solidnych akcji.

23 lutego
Fatalna pogoda. Wyciągi zamknięte. Śpimy... Brzmi mało zachęcająco? Tak, ale zrobiliśmy wszystko, by dzień zaliczyć do udanych. Wciąż byliśmy zajarani widokami i mimo zaliczenia burzy wprost na zboczu – straszna akcja – znaleźliśmy dwa, nadające się do zdjęć spoty. Kiedy zabraliśmy się do rzeźbienia łopatami pierwszy z nich, momentalnie pojawiło się kilka dzieciaków chętnych do pomocy. Ich entuzjazmu nie studziły nawet spore problemy z dogadaniem się. Pojawił się też jakiś koleżka z Dubaju, który od tego czasu cały czas za nami chodził. Heh... nasz pierwszy fan! Po południu Rayan zabrał nas do niesamowitego punktu widokowego, z którego widać było cały Bejrut i Morze Śródziemne – łał!
24 lutego
Resort nadal zamknięty. Dobrze, że w zanadrzu, specjalnie na taką okazję, mieliśmy jeszcze 2 spoty: najpierw wall na dachu niedokończonego domu, a potem drop z estetycznej ścianki. Zadowoleni z produktywnego dnia poszliśmy do baru na piwo. Prognoza pogody na następny dzień wreszcie zapowiadała się dobrze.
25 lutego
Pobudka o 7 rano. Słońce świeci, ale wszyscy są zmęczeni szuflowaniem przez ostatnich kilka dni. Po dotarciu na szczyt znowu pokazują się chmury i zaczyna dmuchać wiatr. Widzialność zero. Zdecydowaliśmy się wrócić do „miasta”. Carlos znalazł naprawdę fajną miejscówkę do skakania. Przygotowaliśmy ją niemałym wysiłkiem i chcieliśmy zachować na zdjęcia przy słońcu. Kiedy tam później wróciliśmy, nasz znajomek z Dubaju właśnie zdążył przetestować spot... Na szczęście zostało coś dla nas, więc zrobiliśmy wspaniałą sesję, zanim nadszedł wieczór.
26 lutego
Świeci słońce, nie ma wiatru i cały resort funkcjonuje – po raz pierwszy, od chwili naszego przyjazdu! Widok zapiera dech w piersiach. Ze szczytu góry widzieliśmy morze i nawet odległy Izrael. Resort okazał się całkiem dziki, jednak puch nie tak sypki, jak w Alpach – to z powodu silnych wiatrów – ale i tak bardzo fajny. Nie mogliśmy przestać dziwić się i zachwycać, bo widok był naprawdę niesamowity – zupełnie inny, niż w miejscówkach, które odwiedziliśmy do tej pory. Jednak tego dnia nie było mowy o robieniu zdjęć. Chcieliśmy po prostu jeździć razem i cieszyć się śniegiem, po 7 dniach oczekiwania na taką możliwość. Wspinaliśmy się na samotne szczyty, które pokazali nam nasi przewodnicy i zakładaliśmy z nich pierwsze ślady. Chmury wróciły późnym popołudniem. Rayan dał nam 10 minut na zmianę ciuchów, a potem zabrał nas do Byblos, starożytnego fenickiego portu nad Morzem Śródziemnym, położonego na północ od Bejrutu. Byblos jest uważane za najstarsze, nieprzerwanie zamieszkałe miasto na świecie. Czy kiedykolwiek zdarzyło wam się jeździć w puchu, w górach, i jeszcze tego samego dnia być nad morzem? Niesamowite.

27 lutego
Nadeszła pora, by pożegnać się z Farayą. Po spakowaniu naszych bagaży Charbel odwiózł nas do Bejrutu nieco wcześniej, żebyśmy mogli zwiedzić jeszcze miasto, zanim odlecimy. Niestety, nie zobaczyliśmy zbyt wiele, bo lało jak z cebra i nie dało się wyjść z samochodu. Zjedliśmy za to mojitos oraz smaczne sushi w jakimś miłym, małym barze i wpadliśmy do najbardziej znanego w Bejrucie klubu „Element”, gdzie na wielkim ekranie obejrzeliśmy na żywo koncert Red Hot Chili Peppers. Czas minął szybko i nasza podróż się skończyła. Wylecieliśmy z Bejrutu z 3 godzinnym opóźnieniem i mnóstwem pozytywnych wrażeń. Był to nasz najlepszy snowboardowy trip i na pewno będziemy chciały go powtórzyć.
INFO
Dwa największe ośrodki narciarskie w Libanie, to Faraya i Cedars. Nam nie udało się dotrzeć do Cedars z powodu złej pogody. Jeśli jednak będziecie planować swoją podróż, musicie tam pojechać przynajmniej na 10 dni - śnieżyce i burze są tam bardzo częste, trudno więc trafić w pogodowe „okno”. Faraya jest tak mała, że na miejscu samochód okazuje się zbędny – po przybyciu do Bejrutu samolotem, do resortu najlepiej dostać się taksówką. Na miejscu znajdziemy mnóstwo apartamentów do wynajęcia i jeden duży „Intercontinental Hotel”, usytuowany zaraz koło wyciągów. Uważajcie jednak, bo nie jest tanio, chyba, że macie wyrobione znajomości. Skipassy kosztują od 27 do 56 dolarów, w zależności od tego, w jakim okresie będziecie. Dużo taniej wychodzi jazda w tygodniu. W Farayi nie ma snowparku, natomiast raz w sezonie odbywają się tam freestyle'owe zawody. Lokalesi jeżdżą w niepowtarzalnym stylu, skacząc ze wszystkiego, z czego się da. My, w zasadzie, nie widziałyśmy zbyt wielu jeżdżących dziewczyn i być może dlatego same byłyśmy traktowane jak księżniczki.
Tekst: Conny Bleicher; zdjęcia: Carlos Blanchard
snowBoard MDS 47/2009
Gdy w końcu niepokojące informacje skłoniły nas do odwołania tak wyczekiwanej wyprawy, Julia znalazła kontakt do zaprzyjaźnionego narciarza, który spędził w Libanie ostatnie 5 tygodni i twierdził, że jest tam zupełnie spokojnie. Dzięki tym zapewnieniom zdecydowałyśmy się ostatecznie na wyjazd i już następnego dnia zarezerwowałyśmy bilety lotnicze. W składzie naszej grupy znalazły się: Julia Baumgartner (szefowa wyprawy, posiadająca wszystkie kontakty, które mogły się nam przydać), Norweżka Thea Stenshagen, Diana Sadlowski z Polski oraz Austriaczka Conny Bleicher. Grupie tych czterech szalonych dziewczyn towarzyszył hiszpański fotograf, Carlos Blanchard.

19 lutego
Z lotniska w Monachium wylecieliśmy po południu. W Stambule spotkaliśmy się z Theą, która przyleciała z Oslo i wspólnie już dotarliśmy do Bejrutu, gdzie wylądowaliśmy w środku nocy. Mieliśmy nadzieję, że będzie na nas czekał koleś, do którego pisała Julia, a który miał nas zabrać z lotniska. Trochę niepokoił fakt, że nie mieliśmy do niego ani numeru telefonu, ani nie wiedzieliśmy, jak wygląda. Jednak bardzo szybko okazało się, że Libańczycy są jednymi z najbardziej solidnych i przyjacielskich ludzi, jakich kiedykolwiek spotkaliśmy. Rayan, nasz przewodnik, pojawił się na lotnisku zgodnie z umową i zawiózł nas do, oddalonego o 40 minut jazdy samochodem z Bejrutu, narciarskiego ośrodka Faraya, który miał być naszą bazą przez następne 8 dni. Myślę, że podróż powinna trwać co najmniej godzinę, gdyby Rayan przestrzegał ograniczeń prędkości. Na miejsce dotarliśmy więc o 3 nad ranem, trochę bladzi i z objawami choroby lokomocyjnej. Przy wjeździe do małego ośrodka zostaliśmy sprawdzeni, czy nie mamy ze sobą broni. Następnie spotkaliśmy naszego drugiego opiekuna Charbela, który zaprowadził nas do przygotowanej kwatery, oddalonej o jakieś dwie minuty od wyciągu narciarskiego. Pokoje nie były może zbyt luksusowe i znajdowały się w piwnicy (!), ale jedyną rzeczą, której w tym momencie bardzo potrzebowaliśmy, było wygodne łóżko. Poza Carlosem, który dostał kanapę w salonie ;).
20 lutego
Spaliśmy do pierwszej po południu – po nocnej podróży i przy braku okien w pokoju, to naprawdę nic trudnego. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, sprawdzić jaka jest pogoda, o mało co nie zostaliśmy zdmuchnięci przez silny wiatr – wyciągi naturalnie nie działały. Rayan i Charbel przyszli zabrać nas na zwiedzanie okolicy. Ale i tak niewiele było widać. Tego dnia robienie czegokolwiek na zewnątrz zupełnie nie miało sensu, a jakby tego było mało, zaczął padać grad. Wstąpiliśmy więc do domu Rayana, gdzie przyjemnie spędziliśmy czas przy smacznym tutejszym jedzeniu. Pogoda nie zmieniała się, jednak postanowiliśmy wyjść na zewnątrz i stawić czoła naturze. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciliśmy uwagę było to, że większość domów stała nie ukończona, poza tym w całej miejscowości trudno było kogokolwiek zauważyć. Za to znaleźliśmy naszą pierwszą miejscówkę i przygotowaliśmy ją na następny dzień. Ten dobry początek dał nam powód do świętowania - nasi przewodnicy wzięli nas na oryginalną libańską kolację, podczas której kelner nie przestawał donosić nam ciągle nowych talerzy z jedzeniem: z mięsnymi kulkami, z kozimi serami, z orzechami, z chlebem, z sosem jogurtowym... Po kolacji poszliśmy do Powder Baru - innego wyboru zresztą nie było, bo jest to jedyny bar w Farayi. Okazał się sympatycznym miejscem, gdzie dostaliśmy koktajle, potańczyliśmy i zaprzyjaźniliśmy się niemal ze wszystkimi. Właściwie, to planowaliśmy wrócić do domu trochę wcześniej, jednak nowi przyjaciele byli bardzo przekonujący. W efekcie na kwaterę dotarliśmy o 4 nad ranem totalnie wyczerpani, dowiezieni przez nowych kumpli Hummerem, mimo że do przebycia było niecałe 200 metrów.
21 lutego
I znowu obudziliśmy się późno. Oczywiście mieliśmy doskonałe wytłumaczenie - mieszkaliśmy w piwnicy, więc i tak nie było widać, jaka pogoda jest na zewnątrz. A na zewnątrz trwała śnieżyca, więc resort znowu był unieruchomiony. Całe popołudnie kręciliśmy się więc po wymarłej miejscowości z łopatami i szeroko otwartymi oczami, chociaż wiatr próbował nam to udaremnić. Resort przypominał coś w rodzaju wielkiego placu zabaw: z dropami, skałkami i całą fajną infrastrukturą. Wieczorem wróciliśmy do naszego pierwszego spotu: ollie nad czerwonym płotem, z wielkim, padającym od tyłu światłem, które nadawało miejscówce niesamowity klimat. Nasi, zapoznani ostatniej nocy, przyjaciele już zdążyli ten spot wyszukać i obskakać, jednak przez noc napadało tak dużo śniegu, że miejscówka dała się szybko naprawić. Szczęśliwi i wykończeni wróciliśmy do łóżek – tym razem wcześnie - z wspaniałymi widokami na następny dzień. Zapowiadała się bowiem ładna pogoda i działające wyciągi.
22 lutego
Już o 8 rano spotkaliśmy Rayana i Charbela na wyciągu. Słońce świeciło, resort był otwarty i dopiero teraz można było się przekonać, że w Farayi są również inni goście. Nasze pierwsze doświadczenie ze starym wyciągiem krzesełkowym było niemiłe, najbardziej jednak dla Carlosa, który miał masywny plecak ze sprzętem foto. Przez to ześlizgnął się kilka razy z wąskiego krzesełka, zanim udało mu się opanować sytuację. Kiedy wyjechaliśmy na górę zdaliśmy sobie sprawę, że jest to jedyny otwarty wyciąg w okolicy! Szczęście nam dopisywało, ponieważ szybko znaleźliśmy fajne, śnieżne nawisy, idealne do zbudowania hopy. Niestety, kiedy konstrukcja była gotowa, znowu pojawiły się chmury. Staraliśmy się więc skakać najlepiej, jak na to pozwalały warunki. A warunki nie były wymarzone do akcji, nie wspominając już o robieniu zdjęć. Po zaliczonej w pośpiechu sesji, Thea i Conny poczuły się trochę zmęczone i wróciły na kwaterę. Reszta poszła sprawdzić spoty w mieście, na których do wieczora udało się wykonać kilka solidnych akcji.

23 lutego
Fatalna pogoda. Wyciągi zamknięte. Śpimy... Brzmi mało zachęcająco? Tak, ale zrobiliśmy wszystko, by dzień zaliczyć do udanych. Wciąż byliśmy zajarani widokami i mimo zaliczenia burzy wprost na zboczu – straszna akcja – znaleźliśmy dwa, nadające się do zdjęć spoty. Kiedy zabraliśmy się do rzeźbienia łopatami pierwszy z nich, momentalnie pojawiło się kilka dzieciaków chętnych do pomocy. Ich entuzjazmu nie studziły nawet spore problemy z dogadaniem się. Pojawił się też jakiś koleżka z Dubaju, który od tego czasu cały czas za nami chodził. Heh... nasz pierwszy fan! Po południu Rayan zabrał nas do niesamowitego punktu widokowego, z którego widać było cały Bejrut i Morze Śródziemne – łał!
24 lutego
Resort nadal zamknięty. Dobrze, że w zanadrzu, specjalnie na taką okazję, mieliśmy jeszcze 2 spoty: najpierw wall na dachu niedokończonego domu, a potem drop z estetycznej ścianki. Zadowoleni z produktywnego dnia poszliśmy do baru na piwo. Prognoza pogody na następny dzień wreszcie zapowiadała się dobrze.
25 lutego
Pobudka o 7 rano. Słońce świeci, ale wszyscy są zmęczeni szuflowaniem przez ostatnich kilka dni. Po dotarciu na szczyt znowu pokazują się chmury i zaczyna dmuchać wiatr. Widzialność zero. Zdecydowaliśmy się wrócić do „miasta”. Carlos znalazł naprawdę fajną miejscówkę do skakania. Przygotowaliśmy ją niemałym wysiłkiem i chcieliśmy zachować na zdjęcia przy słońcu. Kiedy tam później wróciliśmy, nasz znajomek z Dubaju właśnie zdążył przetestować spot... Na szczęście zostało coś dla nas, więc zrobiliśmy wspaniałą sesję, zanim nadszedł wieczór.
26 lutego
Świeci słońce, nie ma wiatru i cały resort funkcjonuje – po raz pierwszy, od chwili naszego przyjazdu! Widok zapiera dech w piersiach. Ze szczytu góry widzieliśmy morze i nawet odległy Izrael. Resort okazał się całkiem dziki, jednak puch nie tak sypki, jak w Alpach – to z powodu silnych wiatrów – ale i tak bardzo fajny. Nie mogliśmy przestać dziwić się i zachwycać, bo widok był naprawdę niesamowity – zupełnie inny, niż w miejscówkach, które odwiedziliśmy do tej pory. Jednak tego dnia nie było mowy o robieniu zdjęć. Chcieliśmy po prostu jeździć razem i cieszyć się śniegiem, po 7 dniach oczekiwania na taką możliwość. Wspinaliśmy się na samotne szczyty, które pokazali nam nasi przewodnicy i zakładaliśmy z nich pierwsze ślady. Chmury wróciły późnym popołudniem. Rayan dał nam 10 minut na zmianę ciuchów, a potem zabrał nas do Byblos, starożytnego fenickiego portu nad Morzem Śródziemnym, położonego na północ od Bejrutu. Byblos jest uważane za najstarsze, nieprzerwanie zamieszkałe miasto na świecie. Czy kiedykolwiek zdarzyło wam się jeździć w puchu, w górach, i jeszcze tego samego dnia być nad morzem? Niesamowite.

27 lutego
Nadeszła pora, by pożegnać się z Farayą. Po spakowaniu naszych bagaży Charbel odwiózł nas do Bejrutu nieco wcześniej, żebyśmy mogli zwiedzić jeszcze miasto, zanim odlecimy. Niestety, nie zobaczyliśmy zbyt wiele, bo lało jak z cebra i nie dało się wyjść z samochodu. Zjedliśmy za to mojitos oraz smaczne sushi w jakimś miłym, małym barze i wpadliśmy do najbardziej znanego w Bejrucie klubu „Element”, gdzie na wielkim ekranie obejrzeliśmy na żywo koncert Red Hot Chili Peppers. Czas minął szybko i nasza podróż się skończyła. Wylecieliśmy z Bejrutu z 3 godzinnym opóźnieniem i mnóstwem pozytywnych wrażeń. Był to nasz najlepszy snowboardowy trip i na pewno będziemy chciały go powtórzyć.
INFO
Dwa największe ośrodki narciarskie w Libanie, to Faraya i Cedars. Nam nie udało się dotrzeć do Cedars z powodu złej pogody. Jeśli jednak będziecie planować swoją podróż, musicie tam pojechać przynajmniej na 10 dni - śnieżyce i burze są tam bardzo częste, trudno więc trafić w pogodowe „okno”. Faraya jest tak mała, że na miejscu samochód okazuje się zbędny – po przybyciu do Bejrutu samolotem, do resortu najlepiej dostać się taksówką. Na miejscu znajdziemy mnóstwo apartamentów do wynajęcia i jeden duży „Intercontinental Hotel”, usytuowany zaraz koło wyciągów. Uważajcie jednak, bo nie jest tanio, chyba, że macie wyrobione znajomości. Skipassy kosztują od 27 do 56 dolarów, w zależności od tego, w jakim okresie będziecie. Dużo taniej wychodzi jazda w tygodniu. W Farayi nie ma snowparku, natomiast raz w sezonie odbywają się tam freestyle'owe zawody. Lokalesi jeżdżą w niepowtarzalnym stylu, skacząc ze wszystkiego, z czego się da. My, w zasadzie, nie widziałyśmy zbyt wielu jeżdżących dziewczyn i być może dlatego same byłyśmy traktowane jak księżniczki.
Tekst: Conny Bleicher; zdjęcia: Carlos Blanchard
snowBoard MDS 47/2009






