snowBoard MDS 54/2012
.: W poszukiwaniu głębokiego puchu / Polska i Słowacja
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
Transylwania, jako cel snowboardowej wyprawy, w mojej świadomości istniała już od kilku lat, ale zawsze pojawiało się coś, co w ostatniej chwili krzyżowało moje plany wyjazdowe. Może była to jakaś klątwa rzucona przez jednego z historycznych władców tej krainy, by chronić tak piękne tereny przed wścibskimi freeriderami z rodu Lechitów? Kto wie... Ale jeśli można powiedzieć „do pięciu razy sztuka”, to wreszcie się udało!

Koncept naszej wyprawy ewoluował w każdym kolejnym roku. Ewoluował nie tylko w związku z wciąż zmieniającymi się moimi oczekiwaniami snowboardowymi, ale również szalonymi pomysłami ekipy. Finalnie Transylwania Trip 2010 stał się kamperowym wyjazdem, konkretnie ukierunkowanym na freeride. Ponieważ chcieliśmy „zakosztować wolności” związanej z jazdą poza stokami, Grzesiek zaproponował, żebyśmy „zakosztowali” również wolności, jaką daje podróż kamperami. Jedziesz, zatrzymujesz się, śpisz gdzie chcesz… Koncept pasował wszystkim. Po dyskusjach, co do wyboru modeli, zdecydowaliśmy się na dwa samochody: Forda z tradycyjną kempingową nadbudową na 4 osoby, oraz Fiata Ducato przerobionego na luksusowego campera dla 3 osób.
Dzień 1
Kampery przyjeżdżają do Krakowa o 4 nad ranem. Nocleg na parkingu przed centrum handlowym. Do naszej jajecznicy, przyrządzonej około 11.00, zagląda przez okno przynajmniej 300 klientów, mijających nasz samochód w drodze na zakupy do supermarketu. Smakuje jak nigdy! Jedziemy zebrać ludzi. Podjeżdżamy pod pierwszy dom i od razu, na zlodzonym podjeździe, blokujemy kampera w poprzek skrzyżowania. Dobrze, że znajduje się sympatyczny sąsiad z linką holowniczą, bo już w pierwszy dzień uszkodzilibyśmy kampera, a z wydatkiem na reparację płotu przekroczylibyśmy zaplanowany budżet. Po zapakowaniu wszystkich wyjeżdżamy z Krakowa. Droga do Łysej Polany czarna, jak tylko przekraczamy granicę robi się biała. Na Słowacji zaczyna padać śnieg. Późnym wieczorem, po przekroczeniu granicy z Węgrami, opady śniegu są już tak mocne, że nawet na autostradzie praktycznie nie daje się jechać. Na pierwszym napotkanym parkingu spontanicznie decydujemy się na nocleg - kampery górą!

Dzień 2
Rano wyglądamy przez okno - autostrada biała, ale chyba można jakoś jechać dalej. Kontynuujemy podróż. W południe, już w Rumunii, zatrzymujemy się w przydrożnej restauracji. Pewnie byśmy ją ominęli, gdyby nie wysokie czerwone kozaczki kelnerki, która akurat wyszła na zewnątrz, na papieroska. Lokalny marketing? Widać, działa. Wieczorem dojeżdżamy do naszego pierwszego celu, stacji Poiana Brasov, i stajemy samochodami na najwyższym dostępnym parkingu. Degustacja lokalnego grzanego wina w restauracji, pod którą stanęliśmy, wynagradza trudy podróży.
Dzień 3
Zaczynamy od angielskiego śniadanka w restauracji. Od rana pada śnieg, więc humory nam dopisują. W pewnym momencie chmury podnoszą się na tyle, że naszym oczom ukazuje się kolej gondolowa, której nie powstydziłby się żaden z polskich kurortów. Zjeżdżamy kilkakrotnie testując warunki. Na trasie mało śniegu, ratrak chyba strajkuje, bo mulda na muldzie, a poza trasę strach wyjechać. Przy ostatnim zjeździe spotykamy lokalnych ski turowców, a ich słowa - „są tutaj miejsca, gdzie leży wystarczająca ilość śniegu na freeride” - są dla nas chyba największym błogosławieństwem tego dnia. Wsiadamy do samochodu i jedziemy do Braszowa. Znajdujemy przyjemną restaurację, która pamięta chyba jeszcze lata '80-te, i umawiamy się na następny dzień z przewodnikiem, którego polecili nam ski-turowcy.

Dzień 4
O 8.15 ktoś łomocze w drzwi kampera. To Marius, nasz rumuński przewodnik. Definiujemy mu nasze oczekiwania związane z jazdą poza trasami. Okazuje się, że poza wytyczonymi trasami, znajduje się tutaj bardzo wiele ukrytych przed przyjezdnymi rajderami dolinek, wąwozów, jarów i leśnych polanek. Zresztą cały rejon Poiany Brasov jest dosyć mocno zalesiony, co powoduje, że freeride'owy charakter regionu zbliżony jest do tego, który znamy z Pilska. Dzięki naszemu przewodnikowi poznajemy najlepsze zakamarki popularnej miejscówki, jak również lokalne zwyczaje. Np. przed wejściem do gondolki można zebrać się grupą, złożyć na „nieoficjalny” bilet i zapłacić obsłudze. Na minutę bramka zostaje odblokowana i wszyscy mogą przejść. „Nie ma kamer?” - zastanawiamy się. Oczywiście, że są – wszystkie skierowane w podłogę… Na deser pozostaje nam jedna z najlepszych miejscówek. Kilku kilometrowa dolina, zaczynająca się całkiem niedaleko od górnej stacji gondoli. To dopiero jest zjazd! Najpierw długie trzy lub cztery polanki, zarośnięte gdzieniegdzie drzewkami, następnie dolina zwęża się, a my przejeżdżamy pomiędzy kilkumetrowej wysokości bramami skalnymi, mając po bokach strzeliste granitowe ściany. Stopniowo dolina robi się coraz bardziej zalesiona, wąska i nierówna. Po całonocnych obfitych opadach śniegu, jest go już całkiem dużo. W końcu, po około godzinie jazdy, dojeżdżamy do miejsca, gdzie zaczyna się droga. Już mamy, nie zatrzymując się, pomknąć nią dalej, gdy Marcin spostrzega coś przy drodze. Okazuje się, że pod śniegiem leżą resztki dzika, ofiary kłusowników, z odrąbanymi racicami, głową i obdarte ze skóry… Piętnaście minut później dojeżdżamy do małej wioski Timişul de Jos, gdzie (co jest chyba normą w całej Rumunii) na każdego mieszkańca przypadają przynajmniej dwie anteny satelitarne. Po chwili przyjeżdża po nas kamperem Kuba i wracamy do „obozowiska”. Po kolacji podejmujemy decyzję - jedziemy do kolejnej stacji, Sinai.
Na miejsce dojeżdżamy około 20-tej. Jak wynika z mapy, do gondolki można wsiąść na dolnej stacji w mieście lub na stacji pośredniej, na wysokości 1400 m n.p.m. Które miejsce wybieramy, nietrudno zgadnąć - jak to, my tam nie dojedziemy? Wąskimi krętymi uliczkami Sinai pniemy się kamperem do góry, a ludzie pukają się w czoła. Na wysokości około 1000 metrów, gdy nasz kamper na lodzie zaczyna tańczyć i zamiast posuwać się do przodu obraca się w poprzek drogi, rezygnujemy i wracamy w dolinę. Ustawiamy kampery na parkingu obok hostelu Blue Star i idziemy spać.
Dzień 5
Sinaia wita nas pięknym słońcem. Przy wyciągu jakiś menel całkiem niezłą angielszczyzną próbuje nam wmówić, że jest parkingowym, ale nie dajemy się nabrać. Jedziemy gondolką do pośredniej stacji, następnie decydujemy się na wyjazd krzesełkiem. Na szczycie wybieramy kilka nierozjeżdżonych górek nieopodal, zakładamy rakiety śnieżne i podchodzimy. Poznajemy freeride'ową ekipę Czechów. Przez cały dzień wybieramy co ciekawsze zbocza i wycinamy na nich świeże ślady w puchu.

Dzień 6
Głodni nowych freeride'owych wrażeń, opracowujemy nad mapą plan zjazdu żlebem po drugiej stronie góry Muntele Furnica (2103 m n.p.m.). Chmury wiszą nisko, natomiast gdy docieramy do górnej stacji okazuje się, że świeci słońce. Temperatura powietrza oscyluje w granicach minus 11 stopni, jednak wiatr powoduje, że odczuwalna temperatura wynosi - 35 stopni, o czym precyzyjnie informuje nas tablica świetlna. Podchodzimy na szczyt trzymając się planu. Po drodze zaczepia nas policjant w mundurze. Informuje, że nie ma tu żadnych zakazów, można jeździć wszędzie oraz... że jego idolem jest Mariusz „Dominator” Pudzianowski! Na szczycie ostatni rzut oka na mapę – bardzo szybki, bo strasznie wieje - i jedziemy w dół. Wybrana trasa jest niesamowita. Wywiany przez wiatr początek nie jest najmilszy, jednak im niżej, tym robi się coraz przyjemniej. Zlodowacone podłoże ustępuje miejsca świeżemu, nawianemu puchowi. Pojedynczo przejeżdżamy niebezpieczne miejsca, ale mimo to Marcin i tak podcina lawinę, która przechodzi kilka metrów od niego. Ufff, przez moment było groźnie! W końcu pomiędzy drzewami odnajdujemy upragnioną dolinkę. Od początku sezonu nikt nią nie jechał! Przez następną godzinę zjeżdżamy, zatrzymując się co chwilę przy zapierających dech w piersiach widokach i robimy zdjęcia. W końcu docieramy do drogi, którą zjeżdżamy do miasta. Późnym popołudniem zwiedzamy zamek Bran, w którym niegdyś mieszkał Vlad Palownik Tepes zwany również Drakulą, a o 23.00 ruszamy w kierunku kolejnego przystanku, stacji Balea Lac… Do której, po wielu przygodach, dojeżdżamy o 4 nad ranem.

Dzień 7
Budzimy się przed ósmą. Kampery zaparkowaliśmy w dolinie, o tej porze dnia jeszcze zacienionej, natomiast nad nami śmiga wagonik kolejki gondolowej. W prawie pustym, jedynym hotelu przy dolnej stacji, recepcjonista opowiada nam o tym, co możemy znaleźć na górze: „Only for professionals, only off piste”. To nam pasuje! Budynek kolejki musi pamiętać bardzo stare dzieje, na dolnej stacji chyba nie ma żadnej obsługi, jedynym śladem cywilizacji jest tutaj dźwięk pracującego silnika gondoli i stary piec kaflowy, w którym pali się ogień. Wyjeżdżamy kolejką na górę. Po drodze podziwiamy chyba najoryginalniejszy krajobraz freeride’owy, jaki kiedykolwiek mieliśmy okazję zobaczyć. Otóż spod śniegu wyłaniają się elementy prowadzącej do górnej stacji drogi, czynnej tylko w lecie. Widok doliny z na wpół przysypaną drogą tworzy niesamowity krajobraz. Można jechać w dół po zasypanym śniegiem asfalcie, albo puścić się prosto w dół przecinając skokami serpentyny. Można przejeżdżać wiaduktami, albo pod nimi, pełna dowolność! Po dojechaniu do górnej stacji lądujemy na niewielkim płaskowyżu, z zamarzniętym jeziorem na środku, wokół którego piętrzą się majestatyczne szczyty, tylko czekające na śmiałków, chcących wyciąć na nich charakterystyczne ślady… Niestety zagrożenie lawinowe jest bardzo wysokie. Wybieramy najbezpieczniejsze, naszym zdaniem, podejście i wykonujemy jedyny tego dnia zjazd. Szkoda, że nie mamy więcej czasu. Niestety, jest zbyt późno by zjechać drugą stroną do dolnej stacji. Kolejką zjeżdżamy na dół. Pakujemy się i wyruszamy w drogę powrotną.

Wyjazd do Transylwanii dostarczył nam naprawdę niezłych freeride'owych emocji. Pogoda pozwoliła popróbować jazdy w każdych warunkach, a kampery umożliwiły pełną wolność przemieszczania się. Wciąż pozostaje jednak pewien niedosyt, bo zwykła ludzka zachłanność gdzieś w środku krzyczy: „wróć, jeszcze tyle można tam przeżyć!”. I myślę, że nasz tegoroczny wyjazd to nie koniec, a dopiero początek wielkiej przygody z transylwańskim freeridem.
Za pomoc w zorganizowaniu wyjazdu dziękujemy firmom: Blucamp, Nitro, Palmer, Tatra Trade.
Tekst: Maciek Gąsienica; zdjęcia: Kuba, Miłosz Kędracki
snowBoard MDS 48/2010

Koncept naszej wyprawy ewoluował w każdym kolejnym roku. Ewoluował nie tylko w związku z wciąż zmieniającymi się moimi oczekiwaniami snowboardowymi, ale również szalonymi pomysłami ekipy. Finalnie Transylwania Trip 2010 stał się kamperowym wyjazdem, konkretnie ukierunkowanym na freeride. Ponieważ chcieliśmy „zakosztować wolności” związanej z jazdą poza stokami, Grzesiek zaproponował, żebyśmy „zakosztowali” również wolności, jaką daje podróż kamperami. Jedziesz, zatrzymujesz się, śpisz gdzie chcesz… Koncept pasował wszystkim. Po dyskusjach, co do wyboru modeli, zdecydowaliśmy się na dwa samochody: Forda z tradycyjną kempingową nadbudową na 4 osoby, oraz Fiata Ducato przerobionego na luksusowego campera dla 3 osób.
Dzień 1
Kampery przyjeżdżają do Krakowa o 4 nad ranem. Nocleg na parkingu przed centrum handlowym. Do naszej jajecznicy, przyrządzonej około 11.00, zagląda przez okno przynajmniej 300 klientów, mijających nasz samochód w drodze na zakupy do supermarketu. Smakuje jak nigdy! Jedziemy zebrać ludzi. Podjeżdżamy pod pierwszy dom i od razu, na zlodzonym podjeździe, blokujemy kampera w poprzek skrzyżowania. Dobrze, że znajduje się sympatyczny sąsiad z linką holowniczą, bo już w pierwszy dzień uszkodzilibyśmy kampera, a z wydatkiem na reparację płotu przekroczylibyśmy zaplanowany budżet. Po zapakowaniu wszystkich wyjeżdżamy z Krakowa. Droga do Łysej Polany czarna, jak tylko przekraczamy granicę robi się biała. Na Słowacji zaczyna padać śnieg. Późnym wieczorem, po przekroczeniu granicy z Węgrami, opady śniegu są już tak mocne, że nawet na autostradzie praktycznie nie daje się jechać. Na pierwszym napotkanym parkingu spontanicznie decydujemy się na nocleg - kampery górą!
Dzień 2
Rano wyglądamy przez okno - autostrada biała, ale chyba można jakoś jechać dalej. Kontynuujemy podróż. W południe, już w Rumunii, zatrzymujemy się w przydrożnej restauracji. Pewnie byśmy ją ominęli, gdyby nie wysokie czerwone kozaczki kelnerki, która akurat wyszła na zewnątrz, na papieroska. Lokalny marketing? Widać, działa. Wieczorem dojeżdżamy do naszego pierwszego celu, stacji Poiana Brasov, i stajemy samochodami na najwyższym dostępnym parkingu. Degustacja lokalnego grzanego wina w restauracji, pod którą stanęliśmy, wynagradza trudy podróży.
Dzień 3
Zaczynamy od angielskiego śniadanka w restauracji. Od rana pada śnieg, więc humory nam dopisują. W pewnym momencie chmury podnoszą się na tyle, że naszym oczom ukazuje się kolej gondolowa, której nie powstydziłby się żaden z polskich kurortów. Zjeżdżamy kilkakrotnie testując warunki. Na trasie mało śniegu, ratrak chyba strajkuje, bo mulda na muldzie, a poza trasę strach wyjechać. Przy ostatnim zjeździe spotykamy lokalnych ski turowców, a ich słowa - „są tutaj miejsca, gdzie leży wystarczająca ilość śniegu na freeride” - są dla nas chyba największym błogosławieństwem tego dnia. Wsiadamy do samochodu i jedziemy do Braszowa. Znajdujemy przyjemną restaurację, która pamięta chyba jeszcze lata '80-te, i umawiamy się na następny dzień z przewodnikiem, którego polecili nam ski-turowcy.
Dzień 4
O 8.15 ktoś łomocze w drzwi kampera. To Marius, nasz rumuński przewodnik. Definiujemy mu nasze oczekiwania związane z jazdą poza trasami. Okazuje się, że poza wytyczonymi trasami, znajduje się tutaj bardzo wiele ukrytych przed przyjezdnymi rajderami dolinek, wąwozów, jarów i leśnych polanek. Zresztą cały rejon Poiany Brasov jest dosyć mocno zalesiony, co powoduje, że freeride'owy charakter regionu zbliżony jest do tego, który znamy z Pilska. Dzięki naszemu przewodnikowi poznajemy najlepsze zakamarki popularnej miejscówki, jak również lokalne zwyczaje. Np. przed wejściem do gondolki można zebrać się grupą, złożyć na „nieoficjalny” bilet i zapłacić obsłudze. Na minutę bramka zostaje odblokowana i wszyscy mogą przejść. „Nie ma kamer?” - zastanawiamy się. Oczywiście, że są – wszystkie skierowane w podłogę… Na deser pozostaje nam jedna z najlepszych miejscówek. Kilku kilometrowa dolina, zaczynająca się całkiem niedaleko od górnej stacji gondoli. To dopiero jest zjazd! Najpierw długie trzy lub cztery polanki, zarośnięte gdzieniegdzie drzewkami, następnie dolina zwęża się, a my przejeżdżamy pomiędzy kilkumetrowej wysokości bramami skalnymi, mając po bokach strzeliste granitowe ściany. Stopniowo dolina robi się coraz bardziej zalesiona, wąska i nierówna. Po całonocnych obfitych opadach śniegu, jest go już całkiem dużo. W końcu, po około godzinie jazdy, dojeżdżamy do miejsca, gdzie zaczyna się droga. Już mamy, nie zatrzymując się, pomknąć nią dalej, gdy Marcin spostrzega coś przy drodze. Okazuje się, że pod śniegiem leżą resztki dzika, ofiary kłusowników, z odrąbanymi racicami, głową i obdarte ze skóry… Piętnaście minut później dojeżdżamy do małej wioski Timişul de Jos, gdzie (co jest chyba normą w całej Rumunii) na każdego mieszkańca przypadają przynajmniej dwie anteny satelitarne. Po chwili przyjeżdża po nas kamperem Kuba i wracamy do „obozowiska”. Po kolacji podejmujemy decyzję - jedziemy do kolejnej stacji, Sinai.
Na miejsce dojeżdżamy około 20-tej. Jak wynika z mapy, do gondolki można wsiąść na dolnej stacji w mieście lub na stacji pośredniej, na wysokości 1400 m n.p.m. Które miejsce wybieramy, nietrudno zgadnąć - jak to, my tam nie dojedziemy? Wąskimi krętymi uliczkami Sinai pniemy się kamperem do góry, a ludzie pukają się w czoła. Na wysokości około 1000 metrów, gdy nasz kamper na lodzie zaczyna tańczyć i zamiast posuwać się do przodu obraca się w poprzek drogi, rezygnujemy i wracamy w dolinę. Ustawiamy kampery na parkingu obok hostelu Blue Star i idziemy spać.
Dzień 5
Sinaia wita nas pięknym słońcem. Przy wyciągu jakiś menel całkiem niezłą angielszczyzną próbuje nam wmówić, że jest parkingowym, ale nie dajemy się nabrać. Jedziemy gondolką do pośredniej stacji, następnie decydujemy się na wyjazd krzesełkiem. Na szczycie wybieramy kilka nierozjeżdżonych górek nieopodal, zakładamy rakiety śnieżne i podchodzimy. Poznajemy freeride'ową ekipę Czechów. Przez cały dzień wybieramy co ciekawsze zbocza i wycinamy na nich świeże ślady w puchu.
Dzień 6
Głodni nowych freeride'owych wrażeń, opracowujemy nad mapą plan zjazdu żlebem po drugiej stronie góry Muntele Furnica (2103 m n.p.m.). Chmury wiszą nisko, natomiast gdy docieramy do górnej stacji okazuje się, że świeci słońce. Temperatura powietrza oscyluje w granicach minus 11 stopni, jednak wiatr powoduje, że odczuwalna temperatura wynosi - 35 stopni, o czym precyzyjnie informuje nas tablica świetlna. Podchodzimy na szczyt trzymając się planu. Po drodze zaczepia nas policjant w mundurze. Informuje, że nie ma tu żadnych zakazów, można jeździć wszędzie oraz... że jego idolem jest Mariusz „Dominator” Pudzianowski! Na szczycie ostatni rzut oka na mapę – bardzo szybki, bo strasznie wieje - i jedziemy w dół. Wybrana trasa jest niesamowita. Wywiany przez wiatr początek nie jest najmilszy, jednak im niżej, tym robi się coraz przyjemniej. Zlodowacone podłoże ustępuje miejsca świeżemu, nawianemu puchowi. Pojedynczo przejeżdżamy niebezpieczne miejsca, ale mimo to Marcin i tak podcina lawinę, która przechodzi kilka metrów od niego. Ufff, przez moment było groźnie! W końcu pomiędzy drzewami odnajdujemy upragnioną dolinkę. Od początku sezonu nikt nią nie jechał! Przez następną godzinę zjeżdżamy, zatrzymując się co chwilę przy zapierających dech w piersiach widokach i robimy zdjęcia. W końcu docieramy do drogi, którą zjeżdżamy do miasta. Późnym popołudniem zwiedzamy zamek Bran, w którym niegdyś mieszkał Vlad Palownik Tepes zwany również Drakulą, a o 23.00 ruszamy w kierunku kolejnego przystanku, stacji Balea Lac… Do której, po wielu przygodach, dojeżdżamy o 4 nad ranem.

Dzień 7
Budzimy się przed ósmą. Kampery zaparkowaliśmy w dolinie, o tej porze dnia jeszcze zacienionej, natomiast nad nami śmiga wagonik kolejki gondolowej. W prawie pustym, jedynym hotelu przy dolnej stacji, recepcjonista opowiada nam o tym, co możemy znaleźć na górze: „Only for professionals, only off piste”. To nam pasuje! Budynek kolejki musi pamiętać bardzo stare dzieje, na dolnej stacji chyba nie ma żadnej obsługi, jedynym śladem cywilizacji jest tutaj dźwięk pracującego silnika gondoli i stary piec kaflowy, w którym pali się ogień. Wyjeżdżamy kolejką na górę. Po drodze podziwiamy chyba najoryginalniejszy krajobraz freeride’owy, jaki kiedykolwiek mieliśmy okazję zobaczyć. Otóż spod śniegu wyłaniają się elementy prowadzącej do górnej stacji drogi, czynnej tylko w lecie. Widok doliny z na wpół przysypaną drogą tworzy niesamowity krajobraz. Można jechać w dół po zasypanym śniegiem asfalcie, albo puścić się prosto w dół przecinając skokami serpentyny. Można przejeżdżać wiaduktami, albo pod nimi, pełna dowolność! Po dojechaniu do górnej stacji lądujemy na niewielkim płaskowyżu, z zamarzniętym jeziorem na środku, wokół którego piętrzą się majestatyczne szczyty, tylko czekające na śmiałków, chcących wyciąć na nich charakterystyczne ślady… Niestety zagrożenie lawinowe jest bardzo wysokie. Wybieramy najbezpieczniejsze, naszym zdaniem, podejście i wykonujemy jedyny tego dnia zjazd. Szkoda, że nie mamy więcej czasu. Niestety, jest zbyt późno by zjechać drugą stroną do dolnej stacji. Kolejką zjeżdżamy na dół. Pakujemy się i wyruszamy w drogę powrotną.

Wyjazd do Transylwanii dostarczył nam naprawdę niezłych freeride'owych emocji. Pogoda pozwoliła popróbować jazdy w każdych warunkach, a kampery umożliwiły pełną wolność przemieszczania się. Wciąż pozostaje jednak pewien niedosyt, bo zwykła ludzka zachłanność gdzieś w środku krzyczy: „wróć, jeszcze tyle można tam przeżyć!”. I myślę, że nasz tegoroczny wyjazd to nie koniec, a dopiero początek wielkiej przygody z transylwańskim freeridem.
Za pomoc w zorganizowaniu wyjazdu dziękujemy firmom: Blucamp, Nitro, Palmer, Tatra Trade.
Tekst: Maciek Gąsienica; zdjęcia: Kuba, Miłosz Kędracki
snowBoard MDS 48/2010






