snowBoard MDS 54/2012
.: W poszukiwaniu głębokiego puchu / Polska i Słowacja
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
Od dobrych paru lat jestem maniakiem
snowboardowych wypraw na Ukrainę. Żeby nie wiem jak źle się układało, to każdy
wyjazd za wschodnią granicę kończy się happy endem, niczym w hollywoodzkim
szlagierze. Dlaczego tak się dzieje? Hmm... Sami się przekonajcie!
Ciśnienie na jazdę było wielkie, a sezon freeride'owy w naszych górach raczej lichy, przynajmniej na początku zimy. Postanowiliśmy więc szukać szczęścia w ukraińskich Karpatach. Wybór miejsca do „pozatrasowych" zabaw jest sprawą kluczową. Ważne było zarówno to gdzie będziemy śmigać, taktyka dostania się na górę, sposób na noclegi, jak i kwestia transportu w góry.

Koniec końców wybór padł na Borżawę. Widok tego pasma ze szczytów naszych Bieszczad już od dawana rozpalał moją wyobraźnię. Monstrualna połonina, fantastycznie wyrzeźbiona, z mnóstwem bocznych żeber i żlebów, które wiły się nawet wśród bukowych lasów. To wszystko zapowiadało świetną jazdę. Kolejnym argumentem za tym, a nie innym miejscem na jazdę, była korzystna lokalizacja przy mocno uczęszczanej linii kolejowej.
Wschodnie klimaty
Jak to na wschodzie, sam dojazd w góry stanowi przedsmak przygody. Ciekawie było od samego początku. Żeby oszczędzić sobie stania w kolejkach na drogowym przejściu granicznym, postanawiamy pociągiem dostać się do naszego wschodniego sąsiada. Autem pędzimy do Ustrzyk Dolnych, gdzie przesiadamy się do kultowego już składu, w którym królują drobni przemytnicy. Wagony są totalnie zdezelowane, atmosfera luźna, ekipa podróżnych raczej stała. Dla wielu z nich przywożone z Ukrainy papierosy i alkohol stanowią główne źródło utrzymania. Póki co, lądujemy w oddalonym o kilkanaście kilometrów Chyrowie. Chcemy teraz możliwie szybko dostać się do Sambora i w końcu do Wołowca, który leży u stóp Borżawy. Jako, że jest nas piątka, a każdy taszczy plecak i snowboard lub narty, mamy poważny problem z zapakowaniem się do niemożliwe przeładowanych busów, które nazywa się tu sympatycznie marszrutami. Kiedy pojawia się w końcu pojazd, który przypomina coś, co u nas przyjęło się uważać za autobus, nasz rodzynek w męskim składzie - Monia - udaje się na zakupy... Sypią się gromy, a chłopcy mają nadąsane miny, jednak Monia, obiecawszy każdemu po obolonie (ukraińskie piwo), wie co robi, bo nagle humory się poprawiają i... Nawet podjeżdża kolejny wóz, który, choć z trudem, pomieścił nas z całą górą szpeju. Później jest już z górki, bo dość sprawnie, z jedną tylko przesiadką na pociąg, dostajemy się do Wołowca.

Pociąg pokonuje po drodze główny grzbiet Karpat. Jedzie tunelami i wysokimi wiaduktami. Po każdej stronie takiej budowli jest dwóch panów - jeden trzyma coś, co przypomina pałeczkę przekazywaną w sztafecie i zdaje się pokazywać „ok., droga wolna", a drugi stoi z kałachem. Współpasażerowie wypytują nas, gdzie się wybieramy i ostrzegają, że po śniegu zostało już tylko wspomnienie. Zupełnie jak moja teściowa, która nigdy nie daje wiary, że w tydzień po tym, jak u niej w ogródku zakwitły pierwsze wiosenne kwiaty, można jeszcze gdzieś znaleźć śnieg.
Do Wołowca docieramy tuż przed zmrokiem. Wiem już, że plan zakładający rozłożenie biwaku na granicy śniegu, który zalega gdzieś od 1000 m n.p.m., jest nie do zrealizowania. Miasteczko opuszczamy właściwie po ciemku. W góry uderzamy drogą tak błotnistą, że z trudem udaje się wyciągać buty z gliniastej zaprawy. Po wielu siarczystych przekleństwach i niewielu pokonanych metrach rozkładamy obóz. Bębniący o tropik deszcz, który przechodzi w drobny grad, nie nastraja optymistycznie, ale jestem tak padnięty, że mam to gdzieś. Śpię jak zabity, nie budząc się do rana.
Podstawa sukcesu - rozkmina
Kolejny dzień to sakramencka wyrypa. Już wczesnym popołudniem wiedziałem, że tego dnia już nie pojeździmy i trzeba się skupić na zorganizowaniu fajnej bazy wypadowej na kolejne dni. Koncepcja była taka, że zakładamy obóz na granicy lasu i połoniny skąd na lekko będziemy atakować najfajniejsze zjazdy, jakie tylko uda nam się wypatrzeć. W ciągu dnia ciągle zmieniała się pogoda, ale wieczór był wspaniały. Wypogodziło się i nagle odsłonił się przed nami cały potencjał zjazdowy wyższego, bocznego grzbietu Borżawy, do którego zmierzaliśmy. Na jednym z połoninnych ramion, tuż przy lesie, zauważyliśmy pasterski szałas. Bez wahania postanowiliśmy tam dotrzeć i uczynić z niego bazę wypadową na najbliższe dni. Lokalizacja była kapitalna. Bliskość lasu zapewniała opał, a wokół dziesiątki linii zjazdów o z różnicowanej trudności.

Chata okazała się być „hotelem" o dość niskim standardzie - nie było pieca czy kominka, a jedynie palenisko. Próby rozpalenia ognia kończyły się jednak totalnym zadymieniem chaty i objawami zaczadzenia. Trzeba było dać rade w zimnicy. Zorganizowaliśmy sobie wspólne posłanie na szerokim łożu, odgradzając się po bokach namiotem i płachtą, które stworzyły coś na kształt baldachimu. Było nam dzięki temu trochę cieplej, a na pewno przytulniej.
Kolejny dzień zaczęliśmy od rozkminy. Którędy zjechać? Potencjalnych linii było bez liku. Sprawa nie była jednak banalna. Mieliśmy trochę stracha, bo wiele stoków wyglądało zdecydowanie lawiniasto. Nawiany świeży śnieg tylko czyhał, żeby się osunąć. Wspólnie wybraliśmy szerokie zbocze, w którego dolnej partii pojedynczo rosły rachityczne świerki. To mogło świadczyć o tym, że nie za często pojawiają się tam lawiny. Droga na górę nie obyła się bez przygód. Spróbowaliśmy przetrawersować wielki żleb, ale ogrom nie do końca stabilnych mas śniegu w tak wklęsłej formacji powodował szybsze bicie serca. Głupio byłoby dać się przysypać, nie dokonawszy ani jednego zjazdu... Odwrót. Koniec końców, do początku zjazdu dotarliśmy bezpiecznym, wywianym grzbietem, a później już po głównej grani.
Magiczne skręty ;)
Wbijamy się w sprzęt. Z perspektywy grani nie widać zaplanowanej z dołu linii. Zaczynamy ostrożnie. Śnieg nie ma tendencji do tworzenia lawinowych desek. Jest dobrze. Twardy podkład przykrywa około 20 cm świeżego puchu. Po kilku skrętach wiadomo prawie na 100%, że nic nie poleci, więc... Ogień! Jazda jest niezapomniana, stromizna konkretna, ale nie tak dramatyczna, żeby zachowawczo się zsuwać. Można jechać na dużej prędkości, kreśląc skręty o absurdalnie dużym promieniu. Zatrzymuję się kilkadziesiąt metrów nad granicą lasu i czekam na resztę ekipy. Monia w euforii puszcza na mnie gigantyczną firanę śniegu. To jest to! Banan nie schodzi mi z twarzy, ale to nie koniec. Jeszcze kawałek śmigamy połoniną i wpadamy do fajnego, rzadkiego lasu. Stare buki są oddalone do siebie o kilka, kilkanaście metrów, więc można jechać „na prędkości". W finale lądujemy w wąwozie. Jest dużo cieplej niż kilka minut wcześniej i kilkaset metrów wyżej. Po godzinie gramolenia się przez las jesteśmy z powrotem w chacie. Późnym popołudniem aplikujemy sobie jeszcze jeden zjazd, z górującego nad naszą chatą Wielkiego Wierchu. Zmęczeni zjeżdżamy pod drzwi „bazy".

Wielka biała plama
W nocy wiało tak, że poważnie obawiałem się, czy aby rano zamiast dachu zobaczymy nad głowami mroźne niebo. Chata nie ucierpiała, jednak stoki, na które mieliśmy chrapkę, bardzo się zmieniły. Widać było nawiany śnieg, który nawet z daleka wyglądał niebezpiecznie. Pod burzliwej debacie wybraliśmy linię. Piękna ściana, zwężająca się ku dołowi i przechodząca w wąskie żebro, pomiędzy wijącymi się po bokach płytkimi żlebami. Cudo!
Pogoda dopisywała. Do czasu... Na głównym grzbiecie dopadła nas burza śnieżna. Byliśmy akurat w miejscu, z którego rozpoczynaliśmy wczorajszy zjazd. Do zaplanowanego na dziś miejsca zostało przejście kilkaset metrów w łatwym terenie. Postanowiliśmy przeczekać zamieć. Wybudowaliśmy naprędce mur ze śniegu i siedzieliśmy tam skuleni około godziny. Zaczęliśmy się niebezpiecznie wychładzać, zresztą tak samo jak pies przybłęda, który towarzyszył nam od samego początku wyprawy. Przyszedł z nami tu aż z Wołowca i brał udział w każdym freeride'owym zjeździe! Zapadła decyzja, że musimy jak najszybciej wrócić. Ktoś wpadł na pomysł, żeby zjechać tą samą co wczoraj trasą. Zaczęliśmy się ostrożnie opuszczać z grani. Widoczność była niemal zerowa. Padający śnieg, mgła i to co mieliśmy pod stopami zlewało się w jedną wielką, białą plamę. Kilkanaście metrów poniżej grzbietu twardy śnieg był już przykryty przez świeżo nawiany. Nie zdążyłem zrobić na nim nawet jednego skrętu, kiedy wyjechałem z małą deską śnieżną. Kilka metrów niżej zatrzymałem się, ale to wystarczyło, by najeść się strachu. To dziwne i głupie uczucie - jedziesz razem ze śniegiem i nic nie możesz zrobić. - Tędy nie da rady!!! - próbowałem przekrzyczeć wiatr. Zgodnie podjęliśmy decyzję o powrocie po własnych śladach. To również okazało się niezbyt łatwe. Było tak przeraźliwie biało, że nie widzieliśmy nawet gdzie się zaczyna śnieg pod naszymi stopami. Nie do końca wiedzieliśmy, czy idziemy w dół, czy do góry. Miałem strasznego pietra, że wlezę na jakiś nawis, z którym zwalimy się w dół. Przodem szedł Pin, nasz pies. Nagle, dosłownie, zniknął nam z oczu. Nerwowo wpatrywaliśmy się się w biel i... Jest! Jakieś 3 metry niżej. Spadł z nawisu i teraz nerwowo gramolił się na cholernie lawiniastym stoku. Pójście tam po niego byłoby samobójstwem. Wypadek psa uzmysłowił nam, że poszliśmy grzbietem kilkanaście metrów za daleko, omijając bezpieczny trawers. Zawróciliśmy i odnaleźliśmy właściwą drogę. Po pół godzinie pogoda wyraźnie się poprawiła, ale humory mieliśmy raczej kiepskie. Co z Pinem? Nagle pokazał się czarny punkt na trawersie! To pies, który pędził jak gdyby nigdy nic. Musiał odnaleźć wyjście spod nawisu. Boję się myśleć co by było, gdyby zamiast niego spadł ktoś z nas. Sam upadek nie byłby może groźny, ale z pewnością uruchomiłby lawinę.

Kropka nad i
Musimy zadowolić się zastępczym zjazdem, ale i tak jesteśmy zadowoleni, że udało się wrócić w jednym kawałku. Przy chacie wita nas Henryk, który jako jedyny nie wychodzi z nami w góry. Przygotował na ognisku ogromny gar z żarciem. Makaron z sosem i mięsem z konserwy wygląda i pachnie bosko. Już mamy zabierać się za jedzenie, kiedy niebo się wypogadza, a świeżo spadły śnieg aż prosi się, żeby zaznaczyć na nim ślady. Rzucamy łyżki i idziemy pojeździć. Nie zapuszczamy się jednak daleko, bo jest już późno, a pogoda może się zmienić w ciągu następnych piętnastu minut. Odnajdujemy nawis, z którego skaczemy po kilka razy. Lądowanie jest miękkie i komfortowe, aż szkoda, że drop nie jest wyższy. Burza śnieżna, która pokrzyżowała nam wcześniej plany, miała też pozytywny skutek w postaci 30 cm świeżego puchu. Jeździmy do późna, a na koniec Maciek buduje małą hopę przed chatą, z której skoki są niczym kropka nad i po dniu pełnym wrażeń.
Cały następny dzień trzeba przeznaczyć na powrót z gór. Pogoda nie ułatwia nam sprawy. Przeraźliwie wieje, tak że trudno stać na nogach. Najważniejsze jednak, że jest niezła widoczność i nie mamy problemów orientacyjnych. Późnym popołudniem docieramy do Wołowca.

Myśleliśmy w swojej naiwności, że Pin nie będzie chciał nas opuścić i obmyślaliśmy nawet taktykę, jak powstrzymamy go przed emigracją. Tymczasem pies (nazwałbym go niewdzięcznikiem, gdyby nas nie uratował), którego karmiliśmy przez te wszystkie dni, zachowywał się jakby w ogóle nas nie znał. Szukał za to następnych „żywicieli" z plecakami. Widać taką ma już filozofię życiową i taktykę przetrwania.
Wracaliśmy tą samą drogą. Piwo i pirożki (lokalny fastfud) smakowały wyśmienicie. Po kilku dniach smagania wiatrem wszędzie było mi gorąco - do niewygód i zimna można się przyzwyczaić. Nie było łatwo, a samej jazdy, w porównaniu do podchodzenia i tułaczki w pociągach, było niewiele. To wszystko prawda, ale smak „pozatrasowych" zjazdów w dzikich górach jest niepowtarzalny - nie ma nawet swojego substytutu. To prawdziwa pigułka euforii, której działania nie sposób opisać słowami.
Ciśnienie na jazdę było wielkie, a sezon freeride'owy w naszych górach raczej lichy, przynajmniej na początku zimy. Postanowiliśmy więc szukać szczęścia w ukraińskich Karpatach. Wybór miejsca do „pozatrasowych" zabaw jest sprawą kluczową. Ważne było zarówno to gdzie będziemy śmigać, taktyka dostania się na górę, sposób na noclegi, jak i kwestia transportu w góry.

Koniec końców wybór padł na Borżawę. Widok tego pasma ze szczytów naszych Bieszczad już od dawana rozpalał moją wyobraźnię. Monstrualna połonina, fantastycznie wyrzeźbiona, z mnóstwem bocznych żeber i żlebów, które wiły się nawet wśród bukowych lasów. To wszystko zapowiadało świetną jazdę. Kolejnym argumentem za tym, a nie innym miejscem na jazdę, była korzystna lokalizacja przy mocno uczęszczanej linii kolejowej.
Wschodnie klimaty
Jak to na wschodzie, sam dojazd w góry stanowi przedsmak przygody. Ciekawie było od samego początku. Żeby oszczędzić sobie stania w kolejkach na drogowym przejściu granicznym, postanawiamy pociągiem dostać się do naszego wschodniego sąsiada. Autem pędzimy do Ustrzyk Dolnych, gdzie przesiadamy się do kultowego już składu, w którym królują drobni przemytnicy. Wagony są totalnie zdezelowane, atmosfera luźna, ekipa podróżnych raczej stała. Dla wielu z nich przywożone z Ukrainy papierosy i alkohol stanowią główne źródło utrzymania. Póki co, lądujemy w oddalonym o kilkanaście kilometrów Chyrowie. Chcemy teraz możliwie szybko dostać się do Sambora i w końcu do Wołowca, który leży u stóp Borżawy. Jako, że jest nas piątka, a każdy taszczy plecak i snowboard lub narty, mamy poważny problem z zapakowaniem się do niemożliwe przeładowanych busów, które nazywa się tu sympatycznie marszrutami. Kiedy pojawia się w końcu pojazd, który przypomina coś, co u nas przyjęło się uważać za autobus, nasz rodzynek w męskim składzie - Monia - udaje się na zakupy... Sypią się gromy, a chłopcy mają nadąsane miny, jednak Monia, obiecawszy każdemu po obolonie (ukraińskie piwo), wie co robi, bo nagle humory się poprawiają i... Nawet podjeżdża kolejny wóz, który, choć z trudem, pomieścił nas z całą górą szpeju. Później jest już z górki, bo dość sprawnie, z jedną tylko przesiadką na pociąg, dostajemy się do Wołowca.

Pociąg pokonuje po drodze główny grzbiet Karpat. Jedzie tunelami i wysokimi wiaduktami. Po każdej stronie takiej budowli jest dwóch panów - jeden trzyma coś, co przypomina pałeczkę przekazywaną w sztafecie i zdaje się pokazywać „ok., droga wolna", a drugi stoi z kałachem. Współpasażerowie wypytują nas, gdzie się wybieramy i ostrzegają, że po śniegu zostało już tylko wspomnienie. Zupełnie jak moja teściowa, która nigdy nie daje wiary, że w tydzień po tym, jak u niej w ogródku zakwitły pierwsze wiosenne kwiaty, można jeszcze gdzieś znaleźć śnieg.
Do Wołowca docieramy tuż przed zmrokiem. Wiem już, że plan zakładający rozłożenie biwaku na granicy śniegu, który zalega gdzieś od 1000 m n.p.m., jest nie do zrealizowania. Miasteczko opuszczamy właściwie po ciemku. W góry uderzamy drogą tak błotnistą, że z trudem udaje się wyciągać buty z gliniastej zaprawy. Po wielu siarczystych przekleństwach i niewielu pokonanych metrach rozkładamy obóz. Bębniący o tropik deszcz, który przechodzi w drobny grad, nie nastraja optymistycznie, ale jestem tak padnięty, że mam to gdzieś. Śpię jak zabity, nie budząc się do rana.
Podstawa sukcesu - rozkmina
Kolejny dzień to sakramencka wyrypa. Już wczesnym popołudniem wiedziałem, że tego dnia już nie pojeździmy i trzeba się skupić na zorganizowaniu fajnej bazy wypadowej na kolejne dni. Koncepcja była taka, że zakładamy obóz na granicy lasu i połoniny skąd na lekko będziemy atakować najfajniejsze zjazdy, jakie tylko uda nam się wypatrzeć. W ciągu dnia ciągle zmieniała się pogoda, ale wieczór był wspaniały. Wypogodziło się i nagle odsłonił się przed nami cały potencjał zjazdowy wyższego, bocznego grzbietu Borżawy, do którego zmierzaliśmy. Na jednym z połoninnych ramion, tuż przy lesie, zauważyliśmy pasterski szałas. Bez wahania postanowiliśmy tam dotrzeć i uczynić z niego bazę wypadową na najbliższe dni. Lokalizacja była kapitalna. Bliskość lasu zapewniała opał, a wokół dziesiątki linii zjazdów o z różnicowanej trudności.

Chata okazała się być „hotelem" o dość niskim standardzie - nie było pieca czy kominka, a jedynie palenisko. Próby rozpalenia ognia kończyły się jednak totalnym zadymieniem chaty i objawami zaczadzenia. Trzeba było dać rade w zimnicy. Zorganizowaliśmy sobie wspólne posłanie na szerokim łożu, odgradzając się po bokach namiotem i płachtą, które stworzyły coś na kształt baldachimu. Było nam dzięki temu trochę cieplej, a na pewno przytulniej.
Kolejny dzień zaczęliśmy od rozkminy. Którędy zjechać? Potencjalnych linii było bez liku. Sprawa nie była jednak banalna. Mieliśmy trochę stracha, bo wiele stoków wyglądało zdecydowanie lawiniasto. Nawiany świeży śnieg tylko czyhał, żeby się osunąć. Wspólnie wybraliśmy szerokie zbocze, w którego dolnej partii pojedynczo rosły rachityczne świerki. To mogło świadczyć o tym, że nie za często pojawiają się tam lawiny. Droga na górę nie obyła się bez przygód. Spróbowaliśmy przetrawersować wielki żleb, ale ogrom nie do końca stabilnych mas śniegu w tak wklęsłej formacji powodował szybsze bicie serca. Głupio byłoby dać się przysypać, nie dokonawszy ani jednego zjazdu... Odwrót. Koniec końców, do początku zjazdu dotarliśmy bezpiecznym, wywianym grzbietem, a później już po głównej grani.
Magiczne skręty ;)
Wbijamy się w sprzęt. Z perspektywy grani nie widać zaplanowanej z dołu linii. Zaczynamy ostrożnie. Śnieg nie ma tendencji do tworzenia lawinowych desek. Jest dobrze. Twardy podkład przykrywa około 20 cm świeżego puchu. Po kilku skrętach wiadomo prawie na 100%, że nic nie poleci, więc... Ogień! Jazda jest niezapomniana, stromizna konkretna, ale nie tak dramatyczna, żeby zachowawczo się zsuwać. Można jechać na dużej prędkości, kreśląc skręty o absurdalnie dużym promieniu. Zatrzymuję się kilkadziesiąt metrów nad granicą lasu i czekam na resztę ekipy. Monia w euforii puszcza na mnie gigantyczną firanę śniegu. To jest to! Banan nie schodzi mi z twarzy, ale to nie koniec. Jeszcze kawałek śmigamy połoniną i wpadamy do fajnego, rzadkiego lasu. Stare buki są oddalone do siebie o kilka, kilkanaście metrów, więc można jechać „na prędkości". W finale lądujemy w wąwozie. Jest dużo cieplej niż kilka minut wcześniej i kilkaset metrów wyżej. Po godzinie gramolenia się przez las jesteśmy z powrotem w chacie. Późnym popołudniem aplikujemy sobie jeszcze jeden zjazd, z górującego nad naszą chatą Wielkiego Wierchu. Zmęczeni zjeżdżamy pod drzwi „bazy".

Wielka biała plama
W nocy wiało tak, że poważnie obawiałem się, czy aby rano zamiast dachu zobaczymy nad głowami mroźne niebo. Chata nie ucierpiała, jednak stoki, na które mieliśmy chrapkę, bardzo się zmieniły. Widać było nawiany śnieg, który nawet z daleka wyglądał niebezpiecznie. Pod burzliwej debacie wybraliśmy linię. Piękna ściana, zwężająca się ku dołowi i przechodząca w wąskie żebro, pomiędzy wijącymi się po bokach płytkimi żlebami. Cudo!
Pogoda dopisywała. Do czasu... Na głównym grzbiecie dopadła nas burza śnieżna. Byliśmy akurat w miejscu, z którego rozpoczynaliśmy wczorajszy zjazd. Do zaplanowanego na dziś miejsca zostało przejście kilkaset metrów w łatwym terenie. Postanowiliśmy przeczekać zamieć. Wybudowaliśmy naprędce mur ze śniegu i siedzieliśmy tam skuleni około godziny. Zaczęliśmy się niebezpiecznie wychładzać, zresztą tak samo jak pies przybłęda, który towarzyszył nam od samego początku wyprawy. Przyszedł z nami tu aż z Wołowca i brał udział w każdym freeride'owym zjeździe! Zapadła decyzja, że musimy jak najszybciej wrócić. Ktoś wpadł na pomysł, żeby zjechać tą samą co wczoraj trasą. Zaczęliśmy się ostrożnie opuszczać z grani. Widoczność była niemal zerowa. Padający śnieg, mgła i to co mieliśmy pod stopami zlewało się w jedną wielką, białą plamę. Kilkanaście metrów poniżej grzbietu twardy śnieg był już przykryty przez świeżo nawiany. Nie zdążyłem zrobić na nim nawet jednego skrętu, kiedy wyjechałem z małą deską śnieżną. Kilka metrów niżej zatrzymałem się, ale to wystarczyło, by najeść się strachu. To dziwne i głupie uczucie - jedziesz razem ze śniegiem i nic nie możesz zrobić. - Tędy nie da rady!!! - próbowałem przekrzyczeć wiatr. Zgodnie podjęliśmy decyzję o powrocie po własnych śladach. To również okazało się niezbyt łatwe. Było tak przeraźliwie biało, że nie widzieliśmy nawet gdzie się zaczyna śnieg pod naszymi stopami. Nie do końca wiedzieliśmy, czy idziemy w dół, czy do góry. Miałem strasznego pietra, że wlezę na jakiś nawis, z którym zwalimy się w dół. Przodem szedł Pin, nasz pies. Nagle, dosłownie, zniknął nam z oczu. Nerwowo wpatrywaliśmy się się w biel i... Jest! Jakieś 3 metry niżej. Spadł z nawisu i teraz nerwowo gramolił się na cholernie lawiniastym stoku. Pójście tam po niego byłoby samobójstwem. Wypadek psa uzmysłowił nam, że poszliśmy grzbietem kilkanaście metrów za daleko, omijając bezpieczny trawers. Zawróciliśmy i odnaleźliśmy właściwą drogę. Po pół godzinie pogoda wyraźnie się poprawiła, ale humory mieliśmy raczej kiepskie. Co z Pinem? Nagle pokazał się czarny punkt na trawersie! To pies, który pędził jak gdyby nigdy nic. Musiał odnaleźć wyjście spod nawisu. Boję się myśleć co by było, gdyby zamiast niego spadł ktoś z nas. Sam upadek nie byłby może groźny, ale z pewnością uruchomiłby lawinę.

Kropka nad i
Musimy zadowolić się zastępczym zjazdem, ale i tak jesteśmy zadowoleni, że udało się wrócić w jednym kawałku. Przy chacie wita nas Henryk, który jako jedyny nie wychodzi z nami w góry. Przygotował na ognisku ogromny gar z żarciem. Makaron z sosem i mięsem z konserwy wygląda i pachnie bosko. Już mamy zabierać się za jedzenie, kiedy niebo się wypogadza, a świeżo spadły śnieg aż prosi się, żeby zaznaczyć na nim ślady. Rzucamy łyżki i idziemy pojeździć. Nie zapuszczamy się jednak daleko, bo jest już późno, a pogoda może się zmienić w ciągu następnych piętnastu minut. Odnajdujemy nawis, z którego skaczemy po kilka razy. Lądowanie jest miękkie i komfortowe, aż szkoda, że drop nie jest wyższy. Burza śnieżna, która pokrzyżowała nam wcześniej plany, miała też pozytywny skutek w postaci 30 cm świeżego puchu. Jeździmy do późna, a na koniec Maciek buduje małą hopę przed chatą, z której skoki są niczym kropka nad i po dniu pełnym wrażeń.
Cały następny dzień trzeba przeznaczyć na powrót z gór. Pogoda nie ułatwia nam sprawy. Przeraźliwie wieje, tak że trudno stać na nogach. Najważniejsze jednak, że jest niezła widoczność i nie mamy problemów orientacyjnych. Późnym popołudniem docieramy do Wołowca.

Myśleliśmy w swojej naiwności, że Pin nie będzie chciał nas opuścić i obmyślaliśmy nawet taktykę, jak powstrzymamy go przed emigracją. Tymczasem pies (nazwałbym go niewdzięcznikiem, gdyby nas nie uratował), którego karmiliśmy przez te wszystkie dni, zachowywał się jakby w ogóle nas nie znał. Szukał za to następnych „żywicieli" z plecakami. Widać taką ma już filozofię życiową i taktykę przetrwania.
Wracaliśmy tą samą drogą. Piwo i pirożki (lokalny fastfud) smakowały wyśmienicie. Po kilku dniach smagania wiatrem wszędzie było mi gorąco - do niewygód i zimna można się przyzwyczaić. Nie było łatwo, a samej jazdy, w porównaniu do podchodzenia i tułaczki w pociągach, było niewiele. To wszystko prawda, ale smak „pozatrasowych" zjazdów w dzikich górach jest niepowtarzalny - nie ma nawet swojego substytutu. To prawdziwa pigułka euforii, której działania nie sposób opisać słowami.
Tekst i foty: Tomasz Dębiec
(snowBoard MDS nr 43, 2008)






