snowBoard MDS 54/2012
.: W poszukiwaniu głębokiego puchu / Polska i Słowacja
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
Elbrus, wyglądający jak olbrzymie
mrowisko-kopiec, wznosi się na ponad pięć i pół tysiąca metrów i zdecydowanie
góruje nad pozostałymi szczytami południowo zachodniego Kaukazu. Co roku setki
głodnych wyzwań i adrenaliny podróżników zdobywa jego szczyt. W lipcu, który
jest najlepszym okresem do wspinaczki, baza wypadowa bardziej przypomina pole
namiotowe w jednym z nadmorskich kurortów, niż ostatni przystanek na drodze do
szczytu.

Najwyższą górę Europy większość alpinistów traktuje z przymrużeniem oka i trudno się im dziwić. W porównaniu z innymi szczytami korony ziemi nie jest on z pewnością wyzwaniem. Patrząc z dołu, Elbrus robi wrażenie górki, na którą wchodzi się bez zbytniego wysiłku, pokrzepiając się tylko poranną kawą przed wyjściem. Szybko mieliśmy się jednak przekonać, jak bardzo nasze wyobrażenia odbiegają od rzeczywistości. Ale zacznijmy od początku.
Pomysł wniesienia desek na szczyt zrodził się podczas jednego z zimowych wyjazdów. Musiało jednak upłynąć prawie pół roku, zanim wróciliśmy do tematu. Zaczęliśmy zbierać ekipę i sprzęt. Ostatecznie pojechało osiem osób: Fedi, Maryna, Kafa, Dzieja, Krojc, Harlem, Żerom i ja. Deski otrzymaliśmy od chłopaków z firmy Vtech, nówki sztuki ze stajni Duotona. W warunkach jakie zastaliśmy na górze sprawdziły się fantastycznie. Ponieważ chcieliśmy uniknąć tłumów turystów oblegających szczyt w sezonie, zdecydowaliśmy się na wyjazd w październiku. Z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że ten termin nie był najlepszym pomysłem.
Kaukaz przywitał nas fatalną pogodą. Zamiast ośnieżonych szczytów zobaczyliśmy szare niebo spowite ołowianymi chmurami , z których padał rzęsisty deszcz. Postanowiliśmy nie zostawać na dole, tylko jak najszybciej iść w góry, Następnego dnia z samego rana uderzyliśmy więc do kolejki linowej. Tu spotkała nas kolejna miła niespodzianka. Okazało się, że kolejka linowa kursuje tylko do pierwszej stacji. Drugi odcinek został wyłączony dzień wcześniej w celu renowacji. Lejący z nieba deszcz, niedziałająca kolejka... zastanawialiśmy się, co jeszcze nas spotka. Troszkę podłamani wjechaliśmy na pierwszą stację, gdzie zastaliśmy robotników demontujących elementy drugiego odcinka. Zdeterminowani Harlem i Żerom rozpoczęli negocjacje z robotnikami, którzy po półgodzinnych podchodach zgodzili się włączyć kolejkę. Po raz kolejny okazało się, że w tym kraju pieniądze otwierają każde drzwi. Szczęśliwi wsiedliśmy do rozwalającego się wagonika i ruszyliśmy do góry.
Pogoda na górze była jeszcze gorsza. Do padającego deszczu dołączyła się mgła i wiatr. Marsz z kilkunastokilogramowymi plecakami i przytroczonymi deskami był prawdziwą katorgą. Krok za krokiem z trudem pokonywaliśmy każdy metr wzniesienia. W końcu naszym oczom ukazał się cel wędrówki - składająca się z kilkunastu beczek po paliwie rakietowym baza przyklejona do zbocza na wysokości 3 800 metrów. Oczami wyobraźni widzieliśmy już ciepły piec i gorącą herbatę rozgrzewająca zmarznięte ciało. To dodało nam skrzydeł. Na miejscu zastaliśmy tylko opiekuna bazy Saszę, jego psa oraz trzech turystów z Kanady. Kanadyjczycy siedzieli już od tygodnia, czekając na poprawę pogody. Jeden z nich zaliczał Koronę Ziemi, a Elbrus był przedostatnią górą na jego liście. Szybko rozpakowaliśmy się w dwóch beczkach i po stopieniu paru kilogramów śniegu zasiedliśmy do upragnionej herbaty. Rozmowa z Kanyjczykami pozbawiła nas złudzeń. W ciągu tygodnia udało im się dotrzeć nieco powyżej skał Pastuchowa znajdujących się na wysokości 4700 m. Za każdym razem musieli zawrócić z powodu pogody. W nienajlepszych nastrojach poszliśmy spać. Wyjący wiatr i trzęsące się beczki nie pozwalały zasnąć. Przez parę godzin zastanawiałem się kiedy wiatr oderwie je od podłoża i potoczymy się w dół zbocza.

Rano przytroczyliśmy do pleców deski i ruszyliśmy w górę. Celem były skały Pastuchowa, skalisty grzebień znajdujący się na drodze na szczyt. Na szczęście przestało padać. Droga prowadziła wzdłuż pasma skał ciągnącego się aż do Priuta, najwyżej położonego schroniska na trasie. Gdyby nie te skały, na pewno zgubilibyśmy się we mgle. Przy przestrzeniach jakie są na Elbrusie oznaczałoby to jedno: kłopoty, kłopoty, kłopoty. Po paru godzinach marszu dotarliśmy do Priuta. Schronisko było zasypane śniegiem i całkowicie zamarznięte. Perspektywa spędzenia tu następnej nocy nie napawała optymizmem. Postanowiliśmy odwiedzić znajdującą się troszkę wyżej chatę Velerego. Valery to troszkę zakręcony przewodnik, którego spotkaliśmy dzień wcześniej gdy schodził z gór. Parę lat temu wydzierżawił kawałek ziemi na zboczu i postawił tam chatę. Później opowiadał nam, że za odpowiednią łapówkę mógł wydzierżawić cały szczyt. To się nazywa wolny rynek! To tak, jakby jakiś góral wydzierżawił Rysy i kazałby płacić za wejście. Jego chata prezentowała się znacznie lepiej. Miała nawet szyby w oknach - co za luksus! Co prawda temperatura w wnętrzu nie różniła się od temperatury na zewnątrz, ale była znacznie „przytulniejsza" niż Priut. Nawet wiszący na skale kibel prezentował się lepiej. Stawianie klocka w takich warunkach to całkiem niezła jazda. Jedyne co słychać, to świst kiedy spada w kilkunastometrową przepaść pod spodem. O zamarzającym w locie moczu nie wspomnę. Przypięliśmy deski i zaczęliśmy pierwszy zjazd. Nareszcie!!! Zmęczenie i wszystkie wątpliwości pozostały za nami. Deski łagodnie płynęły w dół po kilkunastocentymetrowej warstwie świeżego śniegu, zostawiając za sobą wężowe ślady. Dziewiczy stok, olbrzymia przestrzeń, i poczucie niczym nieskrępowanej wolności. Czujesz się jakbyś płynął w chmurach nie dotykając deską ziemi. Tego dnia nic nie było w stanie zepsuć nam humorów.
Za to następnego dnia spakowaliśmy plecaki pożegnaliśmy Saszę, Kanadyjczyków i zaczęliśmy wspinaczkę. Okazało się, że mamy nowego towarzysza podróży. Pies Saszy znudzony bezczynnym siedzeniem w beczce postanowił pójść z nami. Typowy mały kundelek, nie robił wrażenia psa, który wyciąga pyskiem zagubionych turystów z kilkumetrowych zasp. Po raz kolejny mogłem się przekonać jak bardzo mylą pozory. Droga nie była już tak łatwa jak dzień wcześniej. Ciężkie plecaki, wyładowane prowiantem, butlami z gazem, ciepłymi ciuchami i śpiworami utrudniały marsz. W końcu jednak dotarliśmy do chaty. Po godzinnym odpoczynku i ciepłej zupce ugotowanej na śniegu, poszliśmy dalej. Pogoda zaczęła się poprawiać! W pewnym momencie rozstąpiły się chmury i naszym oczom ukazała się panorama Kaukazu. Widok zapierał dech w płucach. Przestrzeń, przestrzeń, przestrzeń niewyobrażalna. Jak okiem sięgnąć roztaczały się pod nami dzikie szczyty. Promienie zachodzącego słońca podkreślały niesamowite kształty gór, malując je ciepłymi barwami. Niestety, musieliśmy schodzić, ponieważ niektórzy zaczęli poważnie odczuwać wysokość. W chacie zapadła decyzja, że jeśli pogoda się utrzyma, jutro uderzamy na szczyt. Byliśmy w górach dopiero trzeci dzień, a aklimatyzacja powinna trwać minimum pięć. Baliśmy się jednak, że pogoda z powrotem się załamie i postanowiliśmy zaryzykować. Porównaliśmy jeszcze raz namiary GPS-a z mapą i poszliśmy spać.

W nocy temperatura spadła poniżej -20 stopni. Gdyby nie śpiwory puchowe byłoby naprawdę kiepsko. Zastanawiałem się jak pies, który nie chciał spać w środku, zniósł tą temperaturę. Przemarznięci wstaliśmy o czwartej nad ranem. Czarne jak smoła niebo rozświetlały miliony gwiazd. Zanosiło się na piękny dzień. Gorąca herbata na rozgrzewkę, raki na nogi, plecaki z deskami na plecy, byliśmy gotowi do drogi. W świetle gwiazd i przenikliwej ciszy przerywanej tylko odgłosami trzeszczącego pod rakami śniegu upłynęły nam pierwsze godziny marszu. Przeraźliwe zimno odbierało ochotę do rozmowy. Zaczynało świtać. Temperatura podniosła się dopiero o wchodzie słońca. Słoneczne ciepło i widok jaki się pojawił przed oczami natychmiast poprawiły nam humory. Pierwsze promienie słoneczne rozświetliły otaczające szczyty a przed nami ukazały się wierzchołki Elbrusa. We wspaniałych nastrojach dotarliśmy do skał Pastuchowa. Dziewczyny i Krojc postanowili zawrócić, a ja z Harlemem, Żeromem i nieodłącznym pieskiem ruszyliśmy dalej.
Droga była coraz trudniejsza, a twardy jak beton lód nie ułatwiał marszu. Jazda po czymś takim z pewnością nie będzie należała do przyjemnych. Ale na razie, powoli wnosząc deski, koncentrowaliśmy się na wejściu i nie zastanawialiśmy się nad zjazdem. Na dodatek znów zaczęło wiać. Z każdym metrem w górę coraz bardziej zaczynało nam brakować tchu. Przerwy stawały się coraz dłuższe a wspinaczka coraz krótsza. Około 11.00 na wysokości 5 000 metrów chłopaki powiedziały pass. Choroba górska całkowicie pozbawiła ich sił. Zbyt krótka aklimatyzacja okazała się zabójcza. Po krótkiej dyskusji postanowiłem dalej iść sam. Chłopaki przypięli deski, a ja z pieskiem (!) poszedłem dalej. Dopiero jak zostałem sam zdałem sobie sprawę z głupoty swojej decyzji. Byłem na zboczu góry pełnej szczelin i rozpadlin, gdzie pogoda może w ciągu paru minut zmienić się diametralnie. Nawet drobny uraz, taki jak zwichnięcie kostki, mógłby skończyć się katastrofą. Nie było szans na ewentualną pomoc. Po półtoragodzinnym marszu dotarłem do siodła na wysokości 5 350 m, rozdzielającego wschodni i zachodni szczyt Elbrusa. Usiadłem na śniegu, pogłaskałem psa i zacząłem zastanawiać się co dalej. Szczyt wydawał się bliski na wyciągnięcie ręki, odległy zaledwie o parę godzin marszu. Rozsądek jednak zwyciężył. Jeszcze raz spojrzałem w górę, przypiąłem do nóg deskę i zacząłem zjeżdżać.

Na początku jechałem po śniegu, który zalegał w górnej partii. Nie można wymarzyć sobie lepszych warunków. Świeży śnieg wylatywał w powietrze spod krawędzi deski wcinającej się w stok. Dookoła tylko biel, a przed oczami panorama leżących co najmniej o kilometr niżej pozostałych szczytów Kaukazu. Co kilka minut zatrzymywałem się i czekałem na mojego czworonożnego przyjaciela, który z wywieszonym jęzorem biegł moim śladem. Skąd taki lichy pies miał taką kondycję? Niestety, wszystko co dobre musi się skończyć. Więc śnieg też się skończył, a jego miejsce zajął lód. Nareszcie miałem okazję docenić zalety deski, a dokładniej jej nowych, ostrych krawędzi.
W chacie czekała na mnie reszta ekipy. Pozbieraliśmy swoje bagaże i zjechaliśmy do beczek. Nie ukrywam, że byłem wściekły. Ale cóż, nie zawsze można zwyciężać. Postanowiliśmy zjechać na sam dół i po jednym dniu przerwy spróbować jeszcze raz. Niestety pogoda nie dała nam tej szansy. Następnego dnia niebo znów zasnuło się ołowianymi chmurami.
Tekst i zdjęcia: Olaf Jarzemski
(snowBoard MDS nr 26 - 2003)

Najwyższą górę Europy większość alpinistów traktuje z przymrużeniem oka i trudno się im dziwić. W porównaniu z innymi szczytami korony ziemi nie jest on z pewnością wyzwaniem. Patrząc z dołu, Elbrus robi wrażenie górki, na którą wchodzi się bez zbytniego wysiłku, pokrzepiając się tylko poranną kawą przed wyjściem. Szybko mieliśmy się jednak przekonać, jak bardzo nasze wyobrażenia odbiegają od rzeczywistości. Ale zacznijmy od początku.
Pomysł wniesienia desek na szczyt zrodził się podczas jednego z zimowych wyjazdów. Musiało jednak upłynąć prawie pół roku, zanim wróciliśmy do tematu. Zaczęliśmy zbierać ekipę i sprzęt. Ostatecznie pojechało osiem osób: Fedi, Maryna, Kafa, Dzieja, Krojc, Harlem, Żerom i ja. Deski otrzymaliśmy od chłopaków z firmy Vtech, nówki sztuki ze stajni Duotona. W warunkach jakie zastaliśmy na górze sprawdziły się fantastycznie. Ponieważ chcieliśmy uniknąć tłumów turystów oblegających szczyt w sezonie, zdecydowaliśmy się na wyjazd w październiku. Z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że ten termin nie był najlepszym pomysłem.
Kaukaz przywitał nas fatalną pogodą. Zamiast ośnieżonych szczytów zobaczyliśmy szare niebo spowite ołowianymi chmurami , z których padał rzęsisty deszcz. Postanowiliśmy nie zostawać na dole, tylko jak najszybciej iść w góry, Następnego dnia z samego rana uderzyliśmy więc do kolejki linowej. Tu spotkała nas kolejna miła niespodzianka. Okazało się, że kolejka linowa kursuje tylko do pierwszej stacji. Drugi odcinek został wyłączony dzień wcześniej w celu renowacji. Lejący z nieba deszcz, niedziałająca kolejka... zastanawialiśmy się, co jeszcze nas spotka. Troszkę podłamani wjechaliśmy na pierwszą stację, gdzie zastaliśmy robotników demontujących elementy drugiego odcinka. Zdeterminowani Harlem i Żerom rozpoczęli negocjacje z robotnikami, którzy po półgodzinnych podchodach zgodzili się włączyć kolejkę. Po raz kolejny okazało się, że w tym kraju pieniądze otwierają każde drzwi. Szczęśliwi wsiedliśmy do rozwalającego się wagonika i ruszyliśmy do góry.
Pogoda na górze była jeszcze gorsza. Do padającego deszczu dołączyła się mgła i wiatr. Marsz z kilkunastokilogramowymi plecakami i przytroczonymi deskami był prawdziwą katorgą. Krok za krokiem z trudem pokonywaliśmy każdy metr wzniesienia. W końcu naszym oczom ukazał się cel wędrówki - składająca się z kilkunastu beczek po paliwie rakietowym baza przyklejona do zbocza na wysokości 3 800 metrów. Oczami wyobraźni widzieliśmy już ciepły piec i gorącą herbatę rozgrzewająca zmarznięte ciało. To dodało nam skrzydeł. Na miejscu zastaliśmy tylko opiekuna bazy Saszę, jego psa oraz trzech turystów z Kanady. Kanadyjczycy siedzieli już od tygodnia, czekając na poprawę pogody. Jeden z nich zaliczał Koronę Ziemi, a Elbrus był przedostatnią górą na jego liście. Szybko rozpakowaliśmy się w dwóch beczkach i po stopieniu paru kilogramów śniegu zasiedliśmy do upragnionej herbaty. Rozmowa z Kanyjczykami pozbawiła nas złudzeń. W ciągu tygodnia udało im się dotrzeć nieco powyżej skał Pastuchowa znajdujących się na wysokości 4700 m. Za każdym razem musieli zawrócić z powodu pogody. W nienajlepszych nastrojach poszliśmy spać. Wyjący wiatr i trzęsące się beczki nie pozwalały zasnąć. Przez parę godzin zastanawiałem się kiedy wiatr oderwie je od podłoża i potoczymy się w dół zbocza.

Rano przytroczyliśmy do pleców deski i ruszyliśmy w górę. Celem były skały Pastuchowa, skalisty grzebień znajdujący się na drodze na szczyt. Na szczęście przestało padać. Droga prowadziła wzdłuż pasma skał ciągnącego się aż do Priuta, najwyżej położonego schroniska na trasie. Gdyby nie te skały, na pewno zgubilibyśmy się we mgle. Przy przestrzeniach jakie są na Elbrusie oznaczałoby to jedno: kłopoty, kłopoty, kłopoty. Po paru godzinach marszu dotarliśmy do Priuta. Schronisko było zasypane śniegiem i całkowicie zamarznięte. Perspektywa spędzenia tu następnej nocy nie napawała optymizmem. Postanowiliśmy odwiedzić znajdującą się troszkę wyżej chatę Velerego. Valery to troszkę zakręcony przewodnik, którego spotkaliśmy dzień wcześniej gdy schodził z gór. Parę lat temu wydzierżawił kawałek ziemi na zboczu i postawił tam chatę. Później opowiadał nam, że za odpowiednią łapówkę mógł wydzierżawić cały szczyt. To się nazywa wolny rynek! To tak, jakby jakiś góral wydzierżawił Rysy i kazałby płacić za wejście. Jego chata prezentowała się znacznie lepiej. Miała nawet szyby w oknach - co za luksus! Co prawda temperatura w wnętrzu nie różniła się od temperatury na zewnątrz, ale była znacznie „przytulniejsza" niż Priut. Nawet wiszący na skale kibel prezentował się lepiej. Stawianie klocka w takich warunkach to całkiem niezła jazda. Jedyne co słychać, to świst kiedy spada w kilkunastometrową przepaść pod spodem. O zamarzającym w locie moczu nie wspomnę. Przypięliśmy deski i zaczęliśmy pierwszy zjazd. Nareszcie!!! Zmęczenie i wszystkie wątpliwości pozostały za nami. Deski łagodnie płynęły w dół po kilkunastocentymetrowej warstwie świeżego śniegu, zostawiając za sobą wężowe ślady. Dziewiczy stok, olbrzymia przestrzeń, i poczucie niczym nieskrępowanej wolności. Czujesz się jakbyś płynął w chmurach nie dotykając deską ziemi. Tego dnia nic nie było w stanie zepsuć nam humorów.
Za to następnego dnia spakowaliśmy plecaki pożegnaliśmy Saszę, Kanadyjczyków i zaczęliśmy wspinaczkę. Okazało się, że mamy nowego towarzysza podróży. Pies Saszy znudzony bezczynnym siedzeniem w beczce postanowił pójść z nami. Typowy mały kundelek, nie robił wrażenia psa, który wyciąga pyskiem zagubionych turystów z kilkumetrowych zasp. Po raz kolejny mogłem się przekonać jak bardzo mylą pozory. Droga nie była już tak łatwa jak dzień wcześniej. Ciężkie plecaki, wyładowane prowiantem, butlami z gazem, ciepłymi ciuchami i śpiworami utrudniały marsz. W końcu jednak dotarliśmy do chaty. Po godzinnym odpoczynku i ciepłej zupce ugotowanej na śniegu, poszliśmy dalej. Pogoda zaczęła się poprawiać! W pewnym momencie rozstąpiły się chmury i naszym oczom ukazała się panorama Kaukazu. Widok zapierał dech w płucach. Przestrzeń, przestrzeń, przestrzeń niewyobrażalna. Jak okiem sięgnąć roztaczały się pod nami dzikie szczyty. Promienie zachodzącego słońca podkreślały niesamowite kształty gór, malując je ciepłymi barwami. Niestety, musieliśmy schodzić, ponieważ niektórzy zaczęli poważnie odczuwać wysokość. W chacie zapadła decyzja, że jeśli pogoda się utrzyma, jutro uderzamy na szczyt. Byliśmy w górach dopiero trzeci dzień, a aklimatyzacja powinna trwać minimum pięć. Baliśmy się jednak, że pogoda z powrotem się załamie i postanowiliśmy zaryzykować. Porównaliśmy jeszcze raz namiary GPS-a z mapą i poszliśmy spać.

W nocy temperatura spadła poniżej -20 stopni. Gdyby nie śpiwory puchowe byłoby naprawdę kiepsko. Zastanawiałem się jak pies, który nie chciał spać w środku, zniósł tą temperaturę. Przemarznięci wstaliśmy o czwartej nad ranem. Czarne jak smoła niebo rozświetlały miliony gwiazd. Zanosiło się na piękny dzień. Gorąca herbata na rozgrzewkę, raki na nogi, plecaki z deskami na plecy, byliśmy gotowi do drogi. W świetle gwiazd i przenikliwej ciszy przerywanej tylko odgłosami trzeszczącego pod rakami śniegu upłynęły nam pierwsze godziny marszu. Przeraźliwe zimno odbierało ochotę do rozmowy. Zaczynało świtać. Temperatura podniosła się dopiero o wchodzie słońca. Słoneczne ciepło i widok jaki się pojawił przed oczami natychmiast poprawiły nam humory. Pierwsze promienie słoneczne rozświetliły otaczające szczyty a przed nami ukazały się wierzchołki Elbrusa. We wspaniałych nastrojach dotarliśmy do skał Pastuchowa. Dziewczyny i Krojc postanowili zawrócić, a ja z Harlemem, Żeromem i nieodłącznym pieskiem ruszyliśmy dalej.
Droga była coraz trudniejsza, a twardy jak beton lód nie ułatwiał marszu. Jazda po czymś takim z pewnością nie będzie należała do przyjemnych. Ale na razie, powoli wnosząc deski, koncentrowaliśmy się na wejściu i nie zastanawialiśmy się nad zjazdem. Na dodatek znów zaczęło wiać. Z każdym metrem w górę coraz bardziej zaczynało nam brakować tchu. Przerwy stawały się coraz dłuższe a wspinaczka coraz krótsza. Około 11.00 na wysokości 5 000 metrów chłopaki powiedziały pass. Choroba górska całkowicie pozbawiła ich sił. Zbyt krótka aklimatyzacja okazała się zabójcza. Po krótkiej dyskusji postanowiłem dalej iść sam. Chłopaki przypięli deski, a ja z pieskiem (!) poszedłem dalej. Dopiero jak zostałem sam zdałem sobie sprawę z głupoty swojej decyzji. Byłem na zboczu góry pełnej szczelin i rozpadlin, gdzie pogoda może w ciągu paru minut zmienić się diametralnie. Nawet drobny uraz, taki jak zwichnięcie kostki, mógłby skończyć się katastrofą. Nie było szans na ewentualną pomoc. Po półtoragodzinnym marszu dotarłem do siodła na wysokości 5 350 m, rozdzielającego wschodni i zachodni szczyt Elbrusa. Usiadłem na śniegu, pogłaskałem psa i zacząłem zastanawiać się co dalej. Szczyt wydawał się bliski na wyciągnięcie ręki, odległy zaledwie o parę godzin marszu. Rozsądek jednak zwyciężył. Jeszcze raz spojrzałem w górę, przypiąłem do nóg deskę i zacząłem zjeżdżać.

Na początku jechałem po śniegu, który zalegał w górnej partii. Nie można wymarzyć sobie lepszych warunków. Świeży śnieg wylatywał w powietrze spod krawędzi deski wcinającej się w stok. Dookoła tylko biel, a przed oczami panorama leżących co najmniej o kilometr niżej pozostałych szczytów Kaukazu. Co kilka minut zatrzymywałem się i czekałem na mojego czworonożnego przyjaciela, który z wywieszonym jęzorem biegł moim śladem. Skąd taki lichy pies miał taką kondycję? Niestety, wszystko co dobre musi się skończyć. Więc śnieg też się skończył, a jego miejsce zajął lód. Nareszcie miałem okazję docenić zalety deski, a dokładniej jej nowych, ostrych krawędzi.
W chacie czekała na mnie reszta ekipy. Pozbieraliśmy swoje bagaże i zjechaliśmy do beczek. Nie ukrywam, że byłem wściekły. Ale cóż, nie zawsze można zwyciężać. Postanowiliśmy zjechać na sam dół i po jednym dniu przerwy spróbować jeszcze raz. Niestety pogoda nie dała nam tej szansy. Następnego dnia niebo znów zasnuło się ołowianymi chmurami.
Tekst i zdjęcia: Olaf Jarzemski
(snowBoard MDS nr 26 - 2003)






