snowBoard MDS 53/2012
.: Travis Rice / prze-gość numeru
.: SNB szklanym okiem / Yarrek
.: From Romania with Fear / akcja w Karpatach
.: Testy / sprzęt
.: Denis Leontiew / wywiad
.: Gniazdo na mękach / trening
.: Step by Step / nauka triku
.: Serwisowanie sprzętu / nietypowe deski
.: Nasz portret / wyniki ankiety
.: SNB szklanym okiem / Yarrek
.: From Romania with Fear / akcja w Karpatach
.: Testy / sprzęt
.: Denis Leontiew / wywiad
.: Gniazdo na mękach / trening
.: Step by Step / nauka triku
.: Serwisowanie sprzętu / nietypowe deski
.: Nasz portret / wyniki ankiety
Kiedy
słuchałem historii o wielkich łosiach, w środku dnia przełażących przez ulicę
sennych miasteczek, traktowałem to jako wyssane z palca opowieści, nie warte
mojej zbytniej uwagi. Było tak do momentu, gdy z wielkim bagażem i deską pod
pachą wylądowałem na Alasce. Wtedy sytuacja zdecydowanie się odmieniła. Ale
zacznijmy od początku...
Od czasów himalajskiego zjazdu z Cho Oyu (relacja w MDS
snowBoard nr 32) planowałem kolejną podróż kombinując, gdzie tym razem
wtargać deskę. Pomysłów było kilka, jednak zawsze na pierwszym planie przewijał
się... Mc Kinley. Najwyższa góra Ameryki Pólnocnej kusiła swoimi
bezkresnymi śnieżnymi stokami, wyrastającymi z poziomu oceanu na ponad 6
tysięcy metrów. Poza swoimi wymiarami
Denali (tak górę nazywają rdzenni mieszkańcy) należy do Korony Ziemi, czyli
siedmiu najwyższych szczytów siedmiu kontynentów. Zdobycie Korony z deską
snowboardową jest planem równie ambitnym, co szalonym, który coraz bardziej
mnie kręci. Tak więc, kiedy dowiedziałem się, że wyprawę na Mc Kinleya planuje
Tomek, kolega z poprzednich wypraw, bardzo szybko podjąłem właściwą decyzję -
decyzję o wyjeździe.

W połowie maja zapakowaliśmy się w dwójkę do
samolotu i po 10 godzinach wylądowaliśmy w Nowym Jorku. Miasto przytłoczyło
mnie swoją szarością. Może i jest jednym z najciekawszych miejsc na świecie,
jednak na pewno nie dla mnie. Chodząc szerokimi ulicami pośród sięgających
nieba ścian ze szkła i stali marzyłem o chwili, kiedy wreszcie zobaczę je z
pokładu Boeinga lecącego w stronę dalekiej północy. Po tygodniowym pobycie w
niujorku nadszedł dzień wylotu. Kolejne 8 godzin przesiedziałem wciśnięty
pomiędzy okno, a puszystą kobietę zajmującą co najmniej półtora fotela. Pomysł
kupowania dwóch biletów przez ludzi otyłych nie wydaje się chyba przesadzony, a
już na pewno nie w Stanach!
Stolica Alaski, Anchorage przywitała nas deszczem i chłodem. Leżące nad oceanem miasto otaczał łańcuch gór spowitych gęstymi chmurami. Pogoda nie nastrajała optymistycznie. Jedynym sposobem dotarcia na lodowiec w pobliżu Mc Kinleya jest awionetka startująca z Talkeetny, małej miejscowości leżącej u podnóża gór. Jednak w takich warunkach mogliśmy zapomnieć o locie. Nie pozostawało nam nic innego jak czekać... I przyglądać się gigantomanii Amerykanów. Niemal wszystko występuje tu w rozmiarze XXL: poczynając od samochodów, a kończąc na kubełkach z lodami. Mimo tego totalnym przegięciem okazał się ponad 2 litrowy kubek na kawę, należący do kierowcy autobusu! Zresztą kierowca też nie należał do maluczkich. Patrzyłem, jak swoimi potężnymi łapskami ściska kierownicę i wciśnięty w co najmniej o połowę za mały fotel wiezie nas do Talkeetny. Na szczęście pilot awionetki okazał się „normalnych" rozmiarów. Tommy pochodzi z Kalifornii, a w wakacje dorabia sobie jako pilot na Alasce. A myślałem, że tylko ja gustuję w nieco wyuzdanej przyjemności, jaką jest spędzanie lata z deską snowboardową przy kilkunastostopniowym mrozie.
Stolica Alaski, Anchorage przywitała nas deszczem i chłodem. Leżące nad oceanem miasto otaczał łańcuch gór spowitych gęstymi chmurami. Pogoda nie nastrajała optymistycznie. Jedynym sposobem dotarcia na lodowiec w pobliżu Mc Kinleya jest awionetka startująca z Talkeetny, małej miejscowości leżącej u podnóża gór. Jednak w takich warunkach mogliśmy zapomnieć o locie. Nie pozostawało nam nic innego jak czekać... I przyglądać się gigantomanii Amerykanów. Niemal wszystko występuje tu w rozmiarze XXL: poczynając od samochodów, a kończąc na kubełkach z lodami. Mimo tego totalnym przegięciem okazał się ponad 2 litrowy kubek na kawę, należący do kierowcy autobusu! Zresztą kierowca też nie należał do maluczkich. Patrzyłem, jak swoimi potężnymi łapskami ściska kierownicę i wciśnięty w co najmniej o połowę za mały fotel wiezie nas do Talkeetny. Na szczęście pilot awionetki okazał się „normalnych" rozmiarów. Tommy pochodzi z Kalifornii, a w wakacje dorabia sobie jako pilot na Alasce. A myślałem, że tylko ja gustuję w nieco wyuzdanej przyjemności, jaką jest spędzanie lata z deską snowboardową przy kilkunastostopniowym mrozie.

Mc Kinley jest górą o bardzo dużym
przewyższeniu. Do pokonania jest ponad 4000 metrów różnicy poziomów,
rozłożonych na dystansie ponad 30 km. Pierwsze 1500 metrów to długi na
kilkanaście kilometrów jęzor lodowca. I tu zaczyna się zabawa. Każdy uczestnik
wyprawy dostaje sanki, na których wciąga cały bagaż. Wszystko fajnie, jeśli
ktoś ma naturę konia pociągowego - z pewnością będzie w swoim żywiole. Ja za to
przez całe podejście zastanawiałem się, jak w drodze powrotnej zjechać na desce
ciągnąc sanki, a raczej nie dając się im rozjechać. Jak mogłem przypuszczać, okazało
się to nader karkołomnym wyczynem, który zakończył się kilkoma bardzo
efektownymi wywrotkami - ale o tym w swoim czasie. Droga przez lodowiec
niestety nie odbyła się bez kłopotów. Już drugiego dnia złapało nas załamanie
pogody, więc kolejne dwie doby spędziliśmy szczelnie opatuleni w cieplutkich
śpiworach. Jedyną rozrywką było gotowanie i regularne wyjścia z łopatą w celu
odkopania namiotu. Nigdy jeszcze nie widziałem takich opadów. Praktycznie co
dwie godziny namiot był całkowicie zasypany i uginał się pod ciężarem śniegu.
Dodatkowo przenikliwy wiatr wpychał się w każdą, nawet najdrobniejszą
szczelinę. Gdyby nie murki zbudowane z powycinanych brył śniegu, wywiałoby nas
na drugą półkulę. W ten właśnie sposób okazało się, że łopata i piła są
narzędziami, bez których można zapomnieć o podboju Alaski.
Z ulgą przywitaliśmy słońce. Nawet 30
kilogramowe sanki nie wydawały się już takie straszne. Zarzuciliśmy plecaki,
przytroczyłem deskę do sanek i pełni optymizmu ruszyliśmy do góry.
Optymizm skończył się przy Wzgórzu Motocyklistów - 40 stopniowym, popękanym szczelinami zboczu. Wiedziałem, co mnie czeka zanim postawiłem pierwszy krok pod górę. Przy każdym ruchu sanki ciągnęły mnie w dół grożąc upadkiem, stoczeniem się w dół lub co gorsza, w szczelinę. Powiązani liną walczyliśmy o każdy metr wysokości, klnąc we wszystkich znanych językach. Podchodzenie z deską na plecach potrafię jeszcze zrozumieć, ale wciąganie jej pod górę na przeładowanych sankach, to już chyba przegięcie! Minęło wiele godzin zanim dotarliśmy do bazy głównej położonej na wysokości 4200 metrów.
W tym miejscu warto wspomnieć o Rangersach, dbających o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół wyprawy. Przed wylotem na lodowiec każda grupa ma obowiązek zarejestrować się w biurze i odbyć pogadankę na temat góry oraz skrywanych przez nią niebezpieczeństwach. Szeryf w kapeluszu rodem z filmów o Strażniku Teksasu zaprasza do salki, gdzie miękkim ruchem odpala prezentację multimedialną, pokazującą całą trasę na szczyt. Po każdym odcinku tłumaczy zagrożenia i objaśnia jak ich uniknąć. Przysięgam, czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Ale to nie wszystko - na zakończenie na stole ląduje... plastikowy kibelek i ponumerowane worki na fekalia. Po powrocie należy zdać kibelek, oczywiście razem z zawartością. Powiem tylko, że wnoszenie do bazy szczytowej plastikowego kubła z... wiecie z czym, jest nie lada przeżyciem. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę ilość osób wchodzących co roku do rezerwatu, śnieg na lodowcu zamiast białego mógłby przybrać żółto-brązowe barwy.
Optymizm skończył się przy Wzgórzu Motocyklistów - 40 stopniowym, popękanym szczelinami zboczu. Wiedziałem, co mnie czeka zanim postawiłem pierwszy krok pod górę. Przy każdym ruchu sanki ciągnęły mnie w dół grożąc upadkiem, stoczeniem się w dół lub co gorsza, w szczelinę. Powiązani liną walczyliśmy o każdy metr wysokości, klnąc we wszystkich znanych językach. Podchodzenie z deską na plecach potrafię jeszcze zrozumieć, ale wciąganie jej pod górę na przeładowanych sankach, to już chyba przegięcie! Minęło wiele godzin zanim dotarliśmy do bazy głównej położonej na wysokości 4200 metrów.
W tym miejscu warto wspomnieć o Rangersach, dbających o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół wyprawy. Przed wylotem na lodowiec każda grupa ma obowiązek zarejestrować się w biurze i odbyć pogadankę na temat góry oraz skrywanych przez nią niebezpieczeństwach. Szeryf w kapeluszu rodem z filmów o Strażniku Teksasu zaprasza do salki, gdzie miękkim ruchem odpala prezentację multimedialną, pokazującą całą trasę na szczyt. Po każdym odcinku tłumaczy zagrożenia i objaśnia jak ich uniknąć. Przysięgam, czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Ale to nie wszystko - na zakończenie na stole ląduje... plastikowy kibelek i ponumerowane worki na fekalia. Po powrocie należy zdać kibelek, oczywiście razem z zawartością. Powiem tylko, że wnoszenie do bazy szczytowej plastikowego kubła z... wiecie z czym, jest nie lada przeżyciem. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę ilość osób wchodzących co roku do rezerwatu, śnieg na lodowcu zamiast białego mógłby przybrać żółto-brązowe barwy.
W bazie głównej po raz kolejny zatrzymało nas
załamanie pogody. Mc Kinley jest chyba najbardziej kapryśną górą na świecie.
Trudno tu mówić o stabilnej lub przewidywalnej pogodzie. Cztery dni...
Dokładnie tyle czasu czekaliśmy, by móc ruszyć w dalszą drogę. Zapomniałem
dodać, że o tej porze roku na Alasce jest jasno przez całą dobę. Z początku nie
byłem w stanie przyzwyczaić się do światła w środku nocy, nie mówiąc już o
próbie zaśnięcia.
Kolejne dni minęły na typowej akcji górskiej i wnoszeniu depozytów do najwyższego obozu, w którym spędziliśmy (znowu) trzy dni niepogody w namiocie. Powoli zaczynaliśmy tracić cierpliwość. Większość wycofała się na dół, czekając na zmianę warunków. My też powoli przestawaliśmy wierzyć w końcowy sukces. Trzeciego dnia, podczas codziennych czynności tj. odkopywanie namiotu lub roztapianie śniegu na herbatę, spotkaliśmy dwóch Gruzinów zdecydowanych nazajutrz atakować szczyt. Ponieważ prognoza zapowiadała zmianę frontu, podjęliśmy decyzję o wspólnym ataku. Rankiem przez chmury zaczęło przebijać się słońce. Razem z nami do wyjścia szykowało się kilkanaście ekip, które od kilku dni koczowały, czekając na zmianę pogody. Przytroczyłem deskę i pełen optymizmu ruszyłem przed siebie. Zaczęło się mozolne torowanie drogi przez pole pełne nawianego śniegu. Brodząc momentami po pas, szliśmy w stronę pokrytego lodem zbocza. Pełen obaw patrzyłem na trasę, którą miałem zjechać w dół. Z każdym krokiem wiał coraz mocniejszy wiatr wzbijający tumany śniegu. Droga stawała się trudniejsza, a my zgięci w pół walczyliśmy z wiatrem i śniegiem. W połowie drogi do przełęczy prowadzącej na szczyt, z kilkunastu grup zostały już tylko trzy. Parę razy wiatr przewrócił mnie uderzając o przytroczoną do plecaka deskę. Wyobraźcie sobie wiszący nad głową żagiel o powierzchni pół metra kwadratowego, w który uderza wiatr wiejący z prędkością 50km/h. Powoli zacząłem zdawać sobie sprawę z nierealności mojego planu. Momentami walcząc z porywani wiatru, nie byłem w stanie zrobić kolejnego kroku. Chyba nigdy wcześniej nie przeżyłem w górach takich warunków. Od wiatru i 30 stopniowego mrozu skostniały mi wszystkie części ciała. Próba zdjęcia na minutę puchowej rękawiczki groziła odmrożeniami. Kiedy dotarliśmy na przełęcz, byłem bliski wściekłości. Wiedziałem, że w tych warunkach nie wniosę deski wyżej. Nie mając wyjścia, zdecydowałem się na dalszą drogę bez snowboardu. Zostaliśmy sami, gdy do szczytu pozostawało ok. 200 metrów wysokości. Pozostałe dwie ekipy czekały na przełęczy. Przytuleni do skały, smagani bezlitosnymi porywami wiatru, byliśmy bliscy odwrotu. Nagle ujrzałem przecierające się nad szczytem niebo. Wiedziałem, że jeśli teraz się wycofamy, nie będziemy mieli drugiej szansy. Przekonałem Tomka, żebyśmy spróbowali iść dalej. Mieliśmy szczęście - z każdym kolejnym krokiem wiatr stawał się coraz łagodniejszy. Po dwóch godzinach stanęliśmy na szczycie, podziwiając piękną grań, która rozcinała widniejący przed nami horyzont. Tego dnia na 6134 m n.p.m. stanęło osiem osób.
Kolejne dni minęły na typowej akcji górskiej i wnoszeniu depozytów do najwyższego obozu, w którym spędziliśmy (znowu) trzy dni niepogody w namiocie. Powoli zaczynaliśmy tracić cierpliwość. Większość wycofała się na dół, czekając na zmianę warunków. My też powoli przestawaliśmy wierzyć w końcowy sukces. Trzeciego dnia, podczas codziennych czynności tj. odkopywanie namiotu lub roztapianie śniegu na herbatę, spotkaliśmy dwóch Gruzinów zdecydowanych nazajutrz atakować szczyt. Ponieważ prognoza zapowiadała zmianę frontu, podjęliśmy decyzję o wspólnym ataku. Rankiem przez chmury zaczęło przebijać się słońce. Razem z nami do wyjścia szykowało się kilkanaście ekip, które od kilku dni koczowały, czekając na zmianę pogody. Przytroczyłem deskę i pełen optymizmu ruszyłem przed siebie. Zaczęło się mozolne torowanie drogi przez pole pełne nawianego śniegu. Brodząc momentami po pas, szliśmy w stronę pokrytego lodem zbocza. Pełen obaw patrzyłem na trasę, którą miałem zjechać w dół. Z każdym krokiem wiał coraz mocniejszy wiatr wzbijający tumany śniegu. Droga stawała się trudniejsza, a my zgięci w pół walczyliśmy z wiatrem i śniegiem. W połowie drogi do przełęczy prowadzącej na szczyt, z kilkunastu grup zostały już tylko trzy. Parę razy wiatr przewrócił mnie uderzając o przytroczoną do plecaka deskę. Wyobraźcie sobie wiszący nad głową żagiel o powierzchni pół metra kwadratowego, w który uderza wiatr wiejący z prędkością 50km/h. Powoli zacząłem zdawać sobie sprawę z nierealności mojego planu. Momentami walcząc z porywani wiatru, nie byłem w stanie zrobić kolejnego kroku. Chyba nigdy wcześniej nie przeżyłem w górach takich warunków. Od wiatru i 30 stopniowego mrozu skostniały mi wszystkie części ciała. Próba zdjęcia na minutę puchowej rękawiczki groziła odmrożeniami. Kiedy dotarliśmy na przełęcz, byłem bliski wściekłości. Wiedziałem, że w tych warunkach nie wniosę deski wyżej. Nie mając wyjścia, zdecydowałem się na dalszą drogę bez snowboardu. Zostaliśmy sami, gdy do szczytu pozostawało ok. 200 metrów wysokości. Pozostałe dwie ekipy czekały na przełęczy. Przytuleni do skały, smagani bezlitosnymi porywami wiatru, byliśmy bliscy odwrotu. Nagle ujrzałem przecierające się nad szczytem niebo. Wiedziałem, że jeśli teraz się wycofamy, nie będziemy mieli drugiej szansy. Przekonałem Tomka, żebyśmy spróbowali iść dalej. Mieliśmy szczęście - z każdym kolejnym krokiem wiatr stawał się coraz łagodniejszy. Po dwóch godzinach stanęliśmy na szczycie, podziwiając piękną grań, która rozcinała widniejący przed nami horyzont. Tego dnia na 6134 m n.p.m. stanęło osiem osób.
Pędziłem w dół pragnąc jak najszybciej założyć
deskę. Kiedy dotarłem na przełęcz, moim oczom ukazało się zmrożone zbocze, po
którym miałem zjechać do bazy. Czy kiedyś zjeżdżaliście po lodzie? Ja tak i
doskonale wiedziałem, czym to grozi. Uzbrojony w czekan rozpocząłem jazdę.
Czułem pod nogami każdy występ, każdą grudkę lodu. Wiedziałem, że jeśli krawędź
puści choć na chwilę, zatrzymam się w szczelinie kilkaset metrów niżej. Trawers
lodowy był prawdziwą zmorą. Minęło sporo czasu zanim dotarłem do w miarę
miękkiego śniegu. Dopiero tam mogłem odetchnąć i puścić się w dół. Co za
przyjemność! Długie łagodne skręty w miękkim śniegu. Przed moimi oczami
rozciągała się panorama Alaski w ostatnich promieniach słońca i kolorach
nadchodzącej szarówki. Widziałem nasz namiot i wyobrażałem sobie czekającą w
nim herbatę. Pomimo ogarniającego zmęczenia chciałem jak najdłużej zjeżdżać po
tym dziewiczym śniegu. Może to dziwne, ale żadne wyciągi ani jazda poza trasami
nie są w stanie dać mi takiej radości. Kiedy zdaję sobie sprawę, ile wysiłku
trzeba włożyć dla tej krótkiej chwili przyjemności, doceniam ją tysiąckroć
mocniej.
Następnego dnia zaczęliśmy zwijać obóz i ruszyliśmy w stronę bazy głównej. Z plecakiem pełnym sprzętu i z przytroczonym na górze nieodłącznym kibelkiem ruszyłem w dół. Tym razem nie popełniłem błędów z poprzedniej wyprawy. Bardzo wolno zacząłem zjeżdżać obserwując jak zachowuje się bagaż na moich plecach. Zjazd z dwudziestokilowym plecakiem jest nie lada ekwilibrystyką. Każdy skręt wymaga przygotowania. Przy odrobinie niepewności, plecak zarzuci Tobą tak bardzo, że natychmiast wylądujesz w śniegu. Musiało minąć kilka skrętów, zanim wyczułem bagaż. Z każdą chwilą nabierałem pewności. Jazda stawała się coraz przyjemniejsza. Wyrzucając fontanny śniegu przemierzałem cudowne zbocza Mc Kinleya. Nawet „przesyłka" dla Rangersów obijająca się o plecak, nie była w stanie zepsuć mi humoru.
Następnego dnia zaczęliśmy zwijać obóz i ruszyliśmy w stronę bazy głównej. Z plecakiem pełnym sprzętu i z przytroczonym na górze nieodłącznym kibelkiem ruszyłem w dół. Tym razem nie popełniłem błędów z poprzedniej wyprawy. Bardzo wolno zacząłem zjeżdżać obserwując jak zachowuje się bagaż na moich plecach. Zjazd z dwudziestokilowym plecakiem jest nie lada ekwilibrystyką. Każdy skręt wymaga przygotowania. Przy odrobinie niepewności, plecak zarzuci Tobą tak bardzo, że natychmiast wylądujesz w śniegu. Musiało minąć kilka skrętów, zanim wyczułem bagaż. Z każdą chwilą nabierałem pewności. Jazda stawała się coraz przyjemniejsza. Wyrzucając fontanny śniegu przemierzałem cudowne zbocza Mc Kinleya. Nawet „przesyłka" dla Rangersów obijająca się o plecak, nie była w stanie zepsuć mi humoru.

W bazie głównej pojawił się dylemat, o którym już
pisałem: jak zjechać na desce, ciągnąc 30 kilogramowe sanki? Oto kilka wersji,
które przetestowałem w trakcie zjazdu:
- „Na bobsleja" - kucasz koło sanek i łapiesz rękami ich krawędź. Zaletą jest prędkość, jaką jesteś w stanie rozwinąć. Nigdy w życiu nie zasuwałem tak szybko. Z oczami pełnymi łez, ciąłem przez lodowiec niczym mały samochodzik. Problemem za to jest... z hamowaniem. Aby się zatrzymać, należy wykonać łagodny skręt o promieniu kilkudziesięciu metrów. Każdy ostrzejszy manewr grozi połamaniem. Dodam, że po paru minutach takiej jazdy nie miałem siły, by stanąć na nogach.
- „Na wahadło" - puszczasz sanki przed sobą i... próbujesz nie wywalić się przy każdym skręcie. Jedyna opcja zjazdu przy dużym nachyleniu. Dodatkowym problemem są plączące się szelki i ciągle wywracające sanki. Praktycznie nie ma możliwości, by nad nimi zapanować. Po dziesiątej próbie może człowieka złapać wścieklizna.
- „Klasyk" - ciągniesz sanki za sobą i starasz się jechać tak szybko, aby cię nie wyprzedziły. Niemożliwe do wykonania na zmrożonym śniegu i przy zbyt dużym nachyleniu. Jeśli nabierze się trochę wprawy, można sterować sankami, aby skręcały za tobą. Oczywiście nie obyło się bez kilku wywrotek i katapult. Raz, wywracając się, zdążyłem tylko ujrzeć spadające na mnie sanki. Na szczęście skończyło się na paru siniakach i rozcięciach.
Drogę, którą w górę pokonywałem przez kilkanaście dni, w zjeździe udało się uwinąć w ciągu 24 godzin. Całkiem niezły wynik.
Tekst i zdjęcia: Olaf Jarzemski
(snowBoard MDS nr 36 - 2006)
- „Na bobsleja" - kucasz koło sanek i łapiesz rękami ich krawędź. Zaletą jest prędkość, jaką jesteś w stanie rozwinąć. Nigdy w życiu nie zasuwałem tak szybko. Z oczami pełnymi łez, ciąłem przez lodowiec niczym mały samochodzik. Problemem za to jest... z hamowaniem. Aby się zatrzymać, należy wykonać łagodny skręt o promieniu kilkudziesięciu metrów. Każdy ostrzejszy manewr grozi połamaniem. Dodam, że po paru minutach takiej jazdy nie miałem siły, by stanąć na nogach.
- „Na wahadło" - puszczasz sanki przed sobą i... próbujesz nie wywalić się przy każdym skręcie. Jedyna opcja zjazdu przy dużym nachyleniu. Dodatkowym problemem są plączące się szelki i ciągle wywracające sanki. Praktycznie nie ma możliwości, by nad nimi zapanować. Po dziesiątej próbie może człowieka złapać wścieklizna.
- „Klasyk" - ciągniesz sanki za sobą i starasz się jechać tak szybko, aby cię nie wyprzedziły. Niemożliwe do wykonania na zmrożonym śniegu i przy zbyt dużym nachyleniu. Jeśli nabierze się trochę wprawy, można sterować sankami, aby skręcały za tobą. Oczywiście nie obyło się bez kilku wywrotek i katapult. Raz, wywracając się, zdążyłem tylko ujrzeć spadające na mnie sanki. Na szczęście skończyło się na paru siniakach i rozcięciach.
Drogę, którą w górę pokonywałem przez kilkanaście dni, w zjeździe udało się uwinąć w ciągu 24 godzin. Całkiem niezły wynik.
Tekst i zdjęcia: Olaf Jarzemski
(snowBoard MDS nr 36 - 2006)






