snowBoard MDS 53/2012
.: Travis Rice / prze-gość numeru
.: SNB szklanym okiem / Yarrek
.: From Romania with Fear / akcja w Karpatach
.: Testy / sprzęt
.: Denis Leontiew / wywiad
.: Gniazdo na mękach / trening
.: Step by Step / nauka triku
.: Serwisowanie sprzętu / nietypowe deski
.: Nasz portret / wyniki ankiety
.: SNB szklanym okiem / Yarrek
.: From Romania with Fear / akcja w Karpatach
.: Testy / sprzęt
.: Denis Leontiew / wywiad
.: Gniazdo na mękach / trening
.: Step by Step / nauka triku
.: Serwisowanie sprzętu / nietypowe deski
.: Nasz portret / wyniki ankiety
Kawałek drogi z Polski, w
ojczyźnie wina i serów, w kraju, gdzie ludzie, zamiast bigosu i schabowego,
zajadają się żabimi udkami i ślimakami. Całkiem niedaleko popularnego Les 2
Alpes, w ciszy i spokoju, u podnóża szczytu La Meije znajduje się mało znany region La Grave - La Meije. Mekka
freeriderów wszystkich narodowości, wyznań i kultur. Miejsce, gdzie spotykają
się różne osobowości tylko w jednym celu - żeby pojeździć po świeżych,
puszystych, nieskalanych ratrakami stokach.
W styczniu nic jeszcze nie zapowiadało przygody, na którą mieliśmy się załapać pod koniec marca. Ba, do stycznia żaden z nas nawet nie wiedział o istnieniu tego wymarzonego miejsca! Ale zacznijmy od początku. Surfowanie po necie doprowadziło mnie na stronę ekstremalnych zawodów „Derby de la Meije". Obejrzałem zdjęcia, uśmiechnąłem się i wysłałem linka Pawłowi: „Zejebiste, zobacz. Jedziemy?". Programiście, jakim jest Paweł, jakieś 4 godziny zajęło przetrawienie i przeanalizowanie zawartości strony zawodów oraz moich trzech słów. „Jedziemy!" - przyszła w końcu odpowiedź.

Tak zaczęły się przygotowania. Ponieważ celem była Francja, skontaktowałem się z Pascalem, który lokalny rynek zna bardzo dobrze. Dzięki niemu po tygodniu mieliśmy już zarezerwowany i opłacony nocleg (taniej niż w Zakopanem) oraz byliśmy zapisani na zawody. W zamian Pascal zasugerował, że wybierze się z nami. Chętnie przystaliśmy na jego propozycję kombinując, że jeśli okaże się Pascalem gotującym jak jego imiennik w telewizji, to będziemy mieć pyszne obiadki.
26 marca. Wyjeżdżamy do Francji. Tysiąc sześćset kilometrów jazdy. Po drodze mijamy miejscowość Nago (musi tam być miło...), niestety nie ma czasu na próby wyjaśnienia pochodzenia tej nazwy. Wieczorem dojeżdżamy do Villar D'Arene, gdzie mamy załatwiony nocleg. Pascal i Fredo już są. Wchodzimy do małego, dwupokojowego apartamentu. Na pięć osób będzie OK. Pierwszy wieczór mija na opowieściach - z Pascalem nie widziałem się ponad rok.
28 marca. Jedziemy do La Grave. Pogoda piękna, słońce świeci. Na dole śniegu nie ma. Kupujemy karnety i wyjeżdżamy na górę. Stare, kolorowe wagoniki posłusznie suną w stronę Les Ruillans (3200 m n.p.m.). Stamtąd do najwyższego wzniesienia Dome De La Lauze (3550 m n.p.m) jedzie się już wyciągiem. Głodni nowych wrażeń zapodajemy w dół. Przez chwilę trasa jest oznaczona, zaraz potem mijamy tabliczkę z napisem: „High altitude zone unpatrolled. You ski at your own risk". Przed nami rozpościera się widok na szeroką dolinę. Żadnych wyznaczonych tras, żadnych ograniczeń! Gdzie nie popatrzymy, widać ślady. Wszędzie, nawet na wyżej położonych stromych, skalistych fragmentach widać krechy freeriderów, nie ma nawet fragmentu doliny, która nie byłaby rozdziewiczona przez jakichś zapaleńców. Tymczasem środkiem doliny biegnie najbardziej komercyjna (znaczy najczęściej uczęszczana) część zjazdu. Wszędzie pełno muld (w końcu jest koniec marca, i śnieg się roztapia). Jak opowiadają nam nowo poznani rajderzy, w tej dolinie nigdy nie było żadnego ratraka, nigdy nikt nie przygotował do zjazdu żadnego fragmentu stoku. Warunki są zależne tylko od pogody. Ponieważ jest to park narodowy, więc nie ma szans, na jakiekolwiek ludzkie działania - nie ma tras, nie ma barów, nie ma tłumów ludzi. Po prostu czysty freeride i wolność.
Jedziemy. Jest bardzo szeroko, każdy myśli już tylko o własnej przyjemności i po chwili rozjeżdżamy się na przestrzeni kilkuset metrów. Jedni jadą długimi skrętami dusząc pod nogami nierówną powierzchnię stoku, natomiast Fredo szuka dużych muld i skałek, aby sobie poskakać. Spotykamy się kilka kilometrów dalej. Jest zajebiście! Szukamy pośredniej stacji na wysokości 2400. Mimo, że widzimy słupy, linę i jadące wagoniki, nie widzimy stacji. Musi być gdzieś między skałami powyżej nas. Zjeżdżamy w takim razie w dół. W końcu dobijamy do następnej stacji na wysokości 1800 metrów. Wjeżdżamy do lasu, a ponieważ nie mamy żadnej mapy staramy się kierować w tę samą stronę, co większość ludzi. Niestety podjeżdżamy od złej strony i kilkadziesiąt metrów przed stacją musimy odpiąć deski. Teraz już wiemy jak tu dojechać. Ładujemy się do starych wagoników i znowu do góry. Cały dzień tłuczemy ten sam scenariusz. Po 16.30 jesteśmy w dolinie, wracamy do apartamentu i po kolacji napoczynamy pierwsza butelkę...

29 marca. Znów budzi nas słońce. O 10.00 jesteśmy już na samym szczycie. Postanawiamy przetestować freeride'owo górną, zamkniętą dla jazdy część lodowca. Przejeżdżamy pod linkami i kierujemy się w stronę widocznych rozpadlin. Badamy teren i podchodzimy coraz bliżej. Powoli sprawdzamy tę niebezpieczną część. Powinno być OK. Ładujemy się znów na wyciąg i teraz już z większą pewnością zjeżdżamy eksplorować dalej ten lodowcowy krajobraz. Znajdujemy fajne, dość szerokie szczeliny i w tej okolicy jeździmy już do końca dnia. Freeride w takim miejscu nie jest zbyt bezpieczny, ale w tym słońcu, przy pięknej pogodzie krajobraz wygląda sielankowo i nikt nie myśli o tym, co by się stało, gdyby gdzieś pod nami była przysypana śniegiem szczelina.
Wieczorem Pascal obiecuje przygotować kolację dla wszystkich. Gdy tylko wyciąga produkty, dziękujemy mu serdecznie. Zupa rybna, chleb z nutellą i budyń na deser. Nasze żołądki nie przeżyłyby tego. Z radością wyjmujemy ryż i sosy... Po kolacji odbijamy następną butelkę, wyśmiewając francuską dietę... Fredo tymczasem włącza zmywarkę, a ponieważ czymś naczynia trzeba umyć, więc rezolutnie wlewa do niej zwykły płyn. O 23.00 mamy małą powódź. Piany jest tyle, że zaczęła wypływać bokami ze zmywarki - Fredo zostaje wyjazdowym operatorem mopa...
30 marca. Twarz nie daje mi spokoju. Krem z filtrem numer 4 okazuje się zbyt słaby, jak na tę wysokość i porę roku. Podobne odczucia mają Paweł i Mariusz. Na szczęście tego dnia słońce schowane jest za grubą warstwą chmur. Umawiamy się z Francuzami pod wyciągiem. Zielona cytryna Pascala stoi już na parkingu. Samochód jest otwarty, w środku leży sprzęt, kluczyki tkwią w drzwiach, a w bagażnik dachowy wciśnięta jest bagietka.
Na górze mgła. Korzystamy z okazji, że serwisant ze Swixa za darmo regeneruje ślizgi. Dopingujemy go głośno, popijając piwo. Gdy kończy, decydujemy się podejść wyżej i poskakać. Około południa jemy kanapki i idziemy na darmowy kurs bezpiecznego poruszania się po lodowcach, organizowany przez firmę Petzl.

Wieczorem postanawiamy poimprezować w La Grave. Idąc główną ulicą La Grave słyszymy nawoływania. W barze, z którego dochodzą, znajduje się kilkanaście osób, które machają do nas rękami. Decydujemy się dołączyć do towarzystwa. To lokalni liderzy, którzy też z niecierpliwością oczekują piątkowych zawodów. Jako, że jesteśmy pierwszymi Polakami, których poznają, wypytują nas o regionalne drinki. Proponujemy prezentację. Przygotowujemy tradycyjne „teraz polska", wyjaśniając, że to narodowe barwy. Znajduje się ochotnik do spróbowania. Chwila napięcia i pierwszy francuski tester ze smakiem oblizuje wargi. „Dobre!" - wykrzykuje. Wszyscy po kolei sprawdzają polski wynalazek. Pytają o inne specyfiki, więc przygotowujemy im żubrówkę z sokiem jabłkowym. Atmosfera się rozluźnia, Francuzi grają w jakąś słowną grę. W pewnym momencie zdzierają spodnie z jednego gostka i zaczynają tłuc go w tyłek. Zmieniamy lokal...
31 marca. Znów chmury, ale za to pada śnieg. Ponieważ jest już go dość dużo, więc z Pawłem wybieramy się na freeride. Przez pół dnia jeździmy po lasach ciesząc się z puchu. Robimy zdjęcia i szukamy jakichś fajnych miejsc. Na takim obszarze parku, jaki jest w tym regionie, naprawdę można znaleźć wiele tras. Ponieważ jest środek tygodnia i ludzi nie ma jeszcze zbyt wiele, więc cały czas jeździmy w kilkunastocentymetrowej, dziewiczej warstwie puchu. Takiej pogody trzeba nam było!!!
Po kolacji znów jedziemy do La Grave. W związku ze zbliżającymi się zawodami rozstawionych jest już wiele namiotów. Bierzmy udział w atrakcjach przygotowanych przez organizatorów, idziemy na pokaz tańców afrykańskich i oglądamy projekcje filmów ekstremalnych.
1 kwietnia. Po dwóch dniach opadów śniegu wreszcie pojawia się słońce. Leży masa świeżego puchu, a ratraków oczywiście nie ma. Jedziemy na sam szczyt i kierujemy się w stronę, gdzie jeszcze nikt nie jeździł. Razem z nami wyciągiem wjeżdża kilkunastu snowboarderów. Większość z nich na freeride'owych deskach z tzw. „jaskółczym ogonem". Takich modeli w Polsce się nie widuje, natomiast w La Grave to standard, prawie połowa wszystkich riderów posiada takie deski. Na wyciągu poznaję gości testujących produkty francuskiej firmy Boheme, która specjalizuje się w produkcji desek dla freeriderów. Na szczycie żegnamy się serdecznie - po ostatnich opadach jest tyle miejsc do rozjeżdżenia, że każdy ucieka w swoją stronę i każdy z pewnością znajdzie śnieg dla siebie. Robimy zdjęcia. Wieje straszny wiatr utrudniający pracę z aparatem, ale ilość świeżego puchu wszystko wynagradza. Pogoda przez cały dzień się nie zmienia, a my, chociaż przemarznięci, bez przerwy jeździmy. Poznajemy coraz to nowych ludzi różnych narodowości: Szwedów, Włochów, Amerykanów. Wszyscy przyjechali tutaj korzystać z kwietniowego śniegu, oraz wziąć udział w zawodach. Ten dzień jest chyba najciekawszy ze wszystkich dotychczasowych. Pogoda, puch, ostro wiejący wiatr i przebijające się przez chmury słońce. Wrażenia kończą się późnym wieczorem, gdy otwieramy ostatnią, bodajże, butelkę ze strefy...

2 kwietnia. Startujemy w Derby De La Meije. Wieczorem udajemy się na koncert, a w sobotni poranek wyruszamy w drogę powrotną do domu marząc o powrocie za rok, w to samo miejsce...
Tekst: Maciek; zdjęcia: Mariusz, Paweł, Maciek
(snowBoard MDS nr 33, 2005)
W styczniu nic jeszcze nie zapowiadało przygody, na którą mieliśmy się załapać pod koniec marca. Ba, do stycznia żaden z nas nawet nie wiedział o istnieniu tego wymarzonego miejsca! Ale zacznijmy od początku. Surfowanie po necie doprowadziło mnie na stronę ekstremalnych zawodów „Derby de la Meije". Obejrzałem zdjęcia, uśmiechnąłem się i wysłałem linka Pawłowi: „Zejebiste, zobacz. Jedziemy?". Programiście, jakim jest Paweł, jakieś 4 godziny zajęło przetrawienie i przeanalizowanie zawartości strony zawodów oraz moich trzech słów. „Jedziemy!" - przyszła w końcu odpowiedź.
Tak zaczęły się przygotowania. Ponieważ celem była Francja, skontaktowałem się z Pascalem, który lokalny rynek zna bardzo dobrze. Dzięki niemu po tygodniu mieliśmy już zarezerwowany i opłacony nocleg (taniej niż w Zakopanem) oraz byliśmy zapisani na zawody. W zamian Pascal zasugerował, że wybierze się z nami. Chętnie przystaliśmy na jego propozycję kombinując, że jeśli okaże się Pascalem gotującym jak jego imiennik w telewizji, to będziemy mieć pyszne obiadki.
26 marca. Wyjeżdżamy do Francji. Tysiąc sześćset kilometrów jazdy. Po drodze mijamy miejscowość Nago (musi tam być miło...), niestety nie ma czasu na próby wyjaśnienia pochodzenia tej nazwy. Wieczorem dojeżdżamy do Villar D'Arene, gdzie mamy załatwiony nocleg. Pascal i Fredo już są. Wchodzimy do małego, dwupokojowego apartamentu. Na pięć osób będzie OK. Pierwszy wieczór mija na opowieściach - z Pascalem nie widziałem się ponad rok.
28 marca. Jedziemy do La Grave. Pogoda piękna, słońce świeci. Na dole śniegu nie ma. Kupujemy karnety i wyjeżdżamy na górę. Stare, kolorowe wagoniki posłusznie suną w stronę Les Ruillans (3200 m n.p.m.). Stamtąd do najwyższego wzniesienia Dome De La Lauze (3550 m n.p.m) jedzie się już wyciągiem. Głodni nowych wrażeń zapodajemy w dół. Przez chwilę trasa jest oznaczona, zaraz potem mijamy tabliczkę z napisem: „High altitude zone unpatrolled. You ski at your own risk". Przed nami rozpościera się widok na szeroką dolinę. Żadnych wyznaczonych tras, żadnych ograniczeń! Gdzie nie popatrzymy, widać ślady. Wszędzie, nawet na wyżej położonych stromych, skalistych fragmentach widać krechy freeriderów, nie ma nawet fragmentu doliny, która nie byłaby rozdziewiczona przez jakichś zapaleńców. Tymczasem środkiem doliny biegnie najbardziej komercyjna (znaczy najczęściej uczęszczana) część zjazdu. Wszędzie pełno muld (w końcu jest koniec marca, i śnieg się roztapia). Jak opowiadają nam nowo poznani rajderzy, w tej dolinie nigdy nie było żadnego ratraka, nigdy nikt nie przygotował do zjazdu żadnego fragmentu stoku. Warunki są zależne tylko od pogody. Ponieważ jest to park narodowy, więc nie ma szans, na jakiekolwiek ludzkie działania - nie ma tras, nie ma barów, nie ma tłumów ludzi. Po prostu czysty freeride i wolność.
Jedziemy. Jest bardzo szeroko, każdy myśli już tylko o własnej przyjemności i po chwili rozjeżdżamy się na przestrzeni kilkuset metrów. Jedni jadą długimi skrętami dusząc pod nogami nierówną powierzchnię stoku, natomiast Fredo szuka dużych muld i skałek, aby sobie poskakać. Spotykamy się kilka kilometrów dalej. Jest zajebiście! Szukamy pośredniej stacji na wysokości 2400. Mimo, że widzimy słupy, linę i jadące wagoniki, nie widzimy stacji. Musi być gdzieś między skałami powyżej nas. Zjeżdżamy w takim razie w dół. W końcu dobijamy do następnej stacji na wysokości 1800 metrów. Wjeżdżamy do lasu, a ponieważ nie mamy żadnej mapy staramy się kierować w tę samą stronę, co większość ludzi. Niestety podjeżdżamy od złej strony i kilkadziesiąt metrów przed stacją musimy odpiąć deski. Teraz już wiemy jak tu dojechać. Ładujemy się do starych wagoników i znowu do góry. Cały dzień tłuczemy ten sam scenariusz. Po 16.30 jesteśmy w dolinie, wracamy do apartamentu i po kolacji napoczynamy pierwsza butelkę...
29 marca. Znów budzi nas słońce. O 10.00 jesteśmy już na samym szczycie. Postanawiamy przetestować freeride'owo górną, zamkniętą dla jazdy część lodowca. Przejeżdżamy pod linkami i kierujemy się w stronę widocznych rozpadlin. Badamy teren i podchodzimy coraz bliżej. Powoli sprawdzamy tę niebezpieczną część. Powinno być OK. Ładujemy się znów na wyciąg i teraz już z większą pewnością zjeżdżamy eksplorować dalej ten lodowcowy krajobraz. Znajdujemy fajne, dość szerokie szczeliny i w tej okolicy jeździmy już do końca dnia. Freeride w takim miejscu nie jest zbyt bezpieczny, ale w tym słońcu, przy pięknej pogodzie krajobraz wygląda sielankowo i nikt nie myśli o tym, co by się stało, gdyby gdzieś pod nami była przysypana śniegiem szczelina.
Wieczorem Pascal obiecuje przygotować kolację dla wszystkich. Gdy tylko wyciąga produkty, dziękujemy mu serdecznie. Zupa rybna, chleb z nutellą i budyń na deser. Nasze żołądki nie przeżyłyby tego. Z radością wyjmujemy ryż i sosy... Po kolacji odbijamy następną butelkę, wyśmiewając francuską dietę... Fredo tymczasem włącza zmywarkę, a ponieważ czymś naczynia trzeba umyć, więc rezolutnie wlewa do niej zwykły płyn. O 23.00 mamy małą powódź. Piany jest tyle, że zaczęła wypływać bokami ze zmywarki - Fredo zostaje wyjazdowym operatorem mopa...
30 marca. Twarz nie daje mi spokoju. Krem z filtrem numer 4 okazuje się zbyt słaby, jak na tę wysokość i porę roku. Podobne odczucia mają Paweł i Mariusz. Na szczęście tego dnia słońce schowane jest za grubą warstwą chmur. Umawiamy się z Francuzami pod wyciągiem. Zielona cytryna Pascala stoi już na parkingu. Samochód jest otwarty, w środku leży sprzęt, kluczyki tkwią w drzwiach, a w bagażnik dachowy wciśnięta jest bagietka.
Na górze mgła. Korzystamy z okazji, że serwisant ze Swixa za darmo regeneruje ślizgi. Dopingujemy go głośno, popijając piwo. Gdy kończy, decydujemy się podejść wyżej i poskakać. Około południa jemy kanapki i idziemy na darmowy kurs bezpiecznego poruszania się po lodowcach, organizowany przez firmę Petzl.
Wieczorem postanawiamy poimprezować w La Grave. Idąc główną ulicą La Grave słyszymy nawoływania. W barze, z którego dochodzą, znajduje się kilkanaście osób, które machają do nas rękami. Decydujemy się dołączyć do towarzystwa. To lokalni liderzy, którzy też z niecierpliwością oczekują piątkowych zawodów. Jako, że jesteśmy pierwszymi Polakami, których poznają, wypytują nas o regionalne drinki. Proponujemy prezentację. Przygotowujemy tradycyjne „teraz polska", wyjaśniając, że to narodowe barwy. Znajduje się ochotnik do spróbowania. Chwila napięcia i pierwszy francuski tester ze smakiem oblizuje wargi. „Dobre!" - wykrzykuje. Wszyscy po kolei sprawdzają polski wynalazek. Pytają o inne specyfiki, więc przygotowujemy im żubrówkę z sokiem jabłkowym. Atmosfera się rozluźnia, Francuzi grają w jakąś słowną grę. W pewnym momencie zdzierają spodnie z jednego gostka i zaczynają tłuc go w tyłek. Zmieniamy lokal...
31 marca. Znów chmury, ale za to pada śnieg. Ponieważ jest już go dość dużo, więc z Pawłem wybieramy się na freeride. Przez pół dnia jeździmy po lasach ciesząc się z puchu. Robimy zdjęcia i szukamy jakichś fajnych miejsc. Na takim obszarze parku, jaki jest w tym regionie, naprawdę można znaleźć wiele tras. Ponieważ jest środek tygodnia i ludzi nie ma jeszcze zbyt wiele, więc cały czas jeździmy w kilkunastocentymetrowej, dziewiczej warstwie puchu. Takiej pogody trzeba nam było!!!
Po kolacji znów jedziemy do La Grave. W związku ze zbliżającymi się zawodami rozstawionych jest już wiele namiotów. Bierzmy udział w atrakcjach przygotowanych przez organizatorów, idziemy na pokaz tańców afrykańskich i oglądamy projekcje filmów ekstremalnych.
1 kwietnia. Po dwóch dniach opadów śniegu wreszcie pojawia się słońce. Leży masa świeżego puchu, a ratraków oczywiście nie ma. Jedziemy na sam szczyt i kierujemy się w stronę, gdzie jeszcze nikt nie jeździł. Razem z nami wyciągiem wjeżdża kilkunastu snowboarderów. Większość z nich na freeride'owych deskach z tzw. „jaskółczym ogonem". Takich modeli w Polsce się nie widuje, natomiast w La Grave to standard, prawie połowa wszystkich riderów posiada takie deski. Na wyciągu poznaję gości testujących produkty francuskiej firmy Boheme, która specjalizuje się w produkcji desek dla freeriderów. Na szczycie żegnamy się serdecznie - po ostatnich opadach jest tyle miejsc do rozjeżdżenia, że każdy ucieka w swoją stronę i każdy z pewnością znajdzie śnieg dla siebie. Robimy zdjęcia. Wieje straszny wiatr utrudniający pracę z aparatem, ale ilość świeżego puchu wszystko wynagradza. Pogoda przez cały dzień się nie zmienia, a my, chociaż przemarznięci, bez przerwy jeździmy. Poznajemy coraz to nowych ludzi różnych narodowości: Szwedów, Włochów, Amerykanów. Wszyscy przyjechali tutaj korzystać z kwietniowego śniegu, oraz wziąć udział w zawodach. Ten dzień jest chyba najciekawszy ze wszystkich dotychczasowych. Pogoda, puch, ostro wiejący wiatr i przebijające się przez chmury słońce. Wrażenia kończą się późnym wieczorem, gdy otwieramy ostatnią, bodajże, butelkę ze strefy...
2 kwietnia. Startujemy w Derby De La Meije. Wieczorem udajemy się na koncert, a w sobotni poranek wyruszamy w drogę powrotną do domu marząc o powrocie za rok, w to samo miejsce...
Tekst: Maciek; zdjęcia: Mariusz, Paweł, Maciek
(snowBoard MDS nr 33, 2005)






