snowBoard MDS 53/2012
.: Travis Rice / prze-gość numeru
.: SNB szklanym okiem / Yarrek
.: From Romania with Fear / akcja w Karpatach
.: Testy / sprzęt
.: Denis Leontiew / wywiad
.: Gniazdo na mękach / trening
.: Step by Step / nauka triku
.: Serwisowanie sprzętu / nietypowe deski
.: Nasz portret / wyniki ankiety
.: SNB szklanym okiem / Yarrek
.: From Romania with Fear / akcja w Karpatach
.: Testy / sprzęt
.: Denis Leontiew / wywiad
.: Gniazdo na mękach / trening
.: Step by Step / nauka triku
.: Serwisowanie sprzętu / nietypowe deski
.: Nasz portret / wyniki ankiety
Zjazd jest niesamowity. Nikt przed nami tędy nie jechał. Spod krawędzi wykwitają kilkumetrowe śnieżne firany, przysłaniające wejście w kolejny skręt. Puch jest lekki, a jazda w nim to czysta przyjemność. Właściwie, to bardziej pływanie, niż jazda. Po kilku minutach takiego napinania serce łomocze z powodu emocji i pokonanej szybko różnicy wysokości.
JAK NA WOJNIE
Dotarliśmy do Gulmarg, miejcówki w północnym Kaszmirze, przy której przebiega linia kontroli indyjsko-pakistańskiej, od 1947 r. oddzielająca obie walczące o Kaszmir strony. Żołnierze indyjscy z karabinami patrolujący ulice, co chwila przejeżdżające samochody opancerzone i ciężarówki pełne żołnierzy... Wszystko to tworzy niesamowity klimat, który na początku nas zszokował i chyba trochę przeraził. W końcu nie co dzień ląduje się na lotnisku, którego jedyny pas startowy na całej długości obstawiony jest przez żołnierzy, działka, radary i inne cuda. Ulica prowadząca z lotniska, to kolejny szpaler uzbrojonych budek strażniczych i zasieków. A dookoła przytłaczająca bieda i brud: zwierzęta wyjadające śmieci i pijące ze ścieków, niedokończone baraki i namioty biedoty. Po prostu nędza! Przepuszczamy kolejny transport wojskowy i dojeżdżamy do ostatniej przed Himalajami rogatki, gdzie u komendanta rejestrujemy nasz wjazd, a przy okazji zmieniamy jeepa. Nareszcie wjeżdżamy w góry! Metry śniegu dookoła i ten uspokajający chłód... Będą warunki:) Samochód na szczęście posiada łańcuchy, więc nie musimy go pchać, jak inni, pnący się krętą drogą pod górę. Nasz kierowca, z długą czarną brodą i ognikami w oczach, jedzie jak szalony.

JESTEŚMY W HIMALAJACH
Przed nami Afarwat - piękna, wymarzona do freeride'u góra. Na wysokość 4000 m n.p.m. można się dostać kolejką, skąd na szczyt jest jeszcze ok. 300 m podejścia. Niestety, wyciąg nie działa. Pod dolną stacją zbiera się kilka ekip snowboarderów i narciarzy z całego świata. Są Nowozelandczycy, Australijczycy, Amerykanie, Rosjanie, no i my. Czekamy na jakiś optymistyczny komunikat, informujący o uruchomieniu kolejki. Wszystko wskazuje na to, że szybko to jednak nie nastąpi. Jesteśmy trochę przybici i pozostało nam tylko pocieszanie się, że nabierzemy kondycji zapodając z buta na szczyt. Jednak codzienne pokonywanie 1300 m deniwelacji terenu na pewno da nam mocno w kość i sprawi, że zrobimy dużo mniejszą ilość zjazdów. Informacja, że przez ostatnie 2 miesiące kolejka była czynna tylko 10 dni, utwierdza nas w przekonaniu, że nie jest dobrze. Na szczęście następnego dnia, po serii wybuchów ładunków wywołujących lawiny, pojawia się z nadzieją wyczekiwana decyzja: kolejka będzie uruchomiona! Wszyscy zebrani pod stacją wiwatują, cieszą się jak dzieci, gwiżdżą i klaszczą. Wjeżdżamy na górę w super humorach, bo wokół czeka na nasz ślad morze dziewiczego puchu.

Puch jednak okazuje się nie całkiem tym, czego byśmy oczekiwali pod tą nazwą. Śnieg jest bardzo zróżnicowany: od fantastycznie lekkiego, po ciężki i mokry, na nasłonecznionych północno-wschodnich częściach stoków. Słońce operuje bardzo mocno, a serce, waląc jak młot, przypomina, że to pierwszy dzień na wysokości 4300 m n.p.m. Kolejne podejście na szczyt staje się walką z ciężkim oddechem. Snowboardy na plecach coraz więcej ważą, a co kilkadziesiąt kroków trzeba się zatrzymać, obejrzeć widoki i wyrównać oddech. Temperatura, która na dole wynosiła prawie 25 stopni, na grani spada poniżej zera, mimo ostrego słońca. Mocny wiatr jeszcze pogarsza sytuację. Odpoczynek przed zjazdem przedłużyły poszukiwania rękawiczek, zgubionych gdzieś po drodze. Każdy zjazd jest w innych warunkach. Tym razem wjeżdżamy na sprasowaną wiatrem warstwę śniegu, która pęka pod nami. Kontrolujemy, co dzieje się z uwolnionymi deskami śnieżnymi. Jest dobrze, nie chcą bowiem ruszyć w dół zbocza, więc nie musimy rezygnować z niewyobrażalnie pięknego żlebu. Tym bardziej, że pieps'y włączone, a krótkofalówki sprawdzone. Wjeżdżamy w bardzo szeroką część żlebu, która niżej zmienia się w gigantyczne pole śnieżne. Całość zabójcza do zjechania na jeden raz, przynajmniej w pierwsze dni wyprawy. Na koniec jeszcze rzut oka, czy aby ślady odpowiednio mienią się w słońcu i czy wyglądają jak należy.

Przy kolejnym podejściu wypatrzyliśmy linię zjazdu, zasługującą na miano hitu wyjazdu. Piękna góra z prawie pionową ścianą, przynajmniej z naszej perspektywy. Od razu ustalamy, że będzie to nasze wyzwanie, doskonałe podsumowanie freeride'u w Himalajach Kaszmiru. Ciekawe tylko, czy nie wymiękniemy, bo całość wyglądała imponująco, a do tego nazywa się Shark Fin!
LOKALESI
Gulmarg nie jest specjalnie ciekawą miejscówką. Mimo to przyjeżdża tu masa turystów z Indii, Malezji i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, aby zobaczyć... pierwszy w życiu śnieg! Wioska nastawiona jest wyłącznie na turystów i tylko oni, wraz z obsługą hoteli, mogą w niej pozostawać po zmroku. Podwójne bramy wjazdowe są na noc zamykane, więc lokalnego kolorytu trudno uświadczyć. Wystarczy jednak zjechać kilkanaście kilometrów niżej, do Tangmarg, by poznać życie Kaszmirczyków. Targ - na którym można kupić owoce, naprawić buty u siedzącego na małym dywanie szewca, lub wybrać kurę z klatki, która za chwilę zostanie dla nas zabita na rosół - to najważniejsze miejsce miasteczka. Wszędzie, gdzie się pojawiamy, wzbudzamy bardzo duże zainteresowanie. Tutejsi mieszkańcy są niesamowicie weseli, przyjaźni i ciągle uśmiechnięci. Stanowią przeciwieństwo Arabów z północnej Afryki lub Hindusów, którzy najchętniej sprzedali by cię na targu. Często spotykamy się z prośbą o sfotografowanie, a gdy oglądają swoje portrety na wyświetlaczu aparatu, cieszą się jak dzieci. Przynajmniej nie musimy robić zdjęć z ukrycia. Zresztą to i tak byłoby niemożliwe, bo nie mamy nawet sekundy spokoju. Chcieliśmy się wmieszać w tłum, ale okazało się to niemożliwe. Wokół zawsze stało co najmniej kilkanaście osób. Gdy ruszamy, cały pochód podąża za nami. Wyglądamy, jakbyśmy prowadzili procesję. Przyłączają się też do nas małe dzieci, więc jest bardzo wesoło. Na fali popularności Sieja zostaje pierwszym w tej części Świata reprezentantem Polski w krykieta, dzielnie walcząc o nasze dobre imię w pojedynku z podwórkowymi wyjadaczami. Tego dnia udaje nam się nawet wejść do meczetu, co dobitnie świadczy, jak bardzo tutejsi ludzie są otwarci na innych. Mimo biedy, na którą ciężko patrzeć, wszędzie wita nas rząd białych zębów, wystawionych w uśmiechach od ucha do ucha.

W małej wiosce, gdy wracaliśmy z Tangmarg, nagle okrążyło mnie kilkudziesięciu mężczyzn i chłopców. Wszyscy, na szczęście byli bardzo przyjaźni, jednak rozsiewane w Europie paniczne pogłoski o szaleńczych muzułmanach, pozostawiły ślad w świadomości, więc nerwowo rozglądam się za resztą ekipy. Nikt z nich nie mówi po angielsku, poza „hello sir". Szukają jednak kontaktu, są bardzo ciekawi i widać, że chcieliby porozmawiać. Wystarcza im jednak stanie przy nas i przypatrywanie się. W ten sposób, na szczęście, też można wiele rzeczy przekazać - język ludzi szczęśliwych to uśmiech na twarzy i życzliwość, które działają jak esperanto. Robimy sobie wspólne zdjęcie i ruszamy dalej.
ŻYCIE PEŁNE WRAŻEŃ
W naszym hoteliku przerwy w dostawie elektryczności zdarzają się kilka razy dziennie, z wodą też jest problem, a myjemy się w wiadrze. Dopiero, gdy dach nie wytrzymuje ciężaru topniejącego śniegu i totalnie nas zalewa, dostajemy w zamian pokój, w którym mamy do dyspozycji wannę. Takich luksusów boso biegające dzieci z pobliskich wiosek nie zaznają. W nowym pokoju niestety nie mamy do dyspozycji bukhari - tradycyjnego pieca kaszmirskiego, stojącego na środku pomieszczenia.

Jedna z przerw w dostawie prądu następuje, gdy wjeżdżamy kolejką. Jest to ostatni tego dnia kurs, więc mamy nie całkiem pozbawione sensu wrażenie, że ktoś o nas zapomniał i poszedł do domu. Z naturalnym dla lokalesów luzem jest to motyw całkowicie możliwy, ba, nawet obowiązkowy. Wisząc przez kilkanaście minut w wagoniku wysoko nad ziemią zastanawiamy się, w jaki sposób można się uwolnić. Od szaleńczego skoku z 10 metrów uchroniła nas w samą porę uruchomiona kolejka.
I O TO CHODZI
W końcu udało nam się zasmakować prawdziwie freeride'owej przygody. Po nocnych opadach śniegu, Afarwat czekał na nas przysypany na nowo. Co najmniej 30. centymetrowa warstwa świeżego śniegu zasypała stare ślady. Dało to nam możliwość powtórnego rzeźbienia nowych linii na gładkiej powierzchni puchu w żlebach, na żebrach i gigantycznych polach śnieżnych. Warunki zrobiły się jednak trudne. Wejście na szczyt wiązało się z torowaniem drogi w głębokim po uda śniegu. Gnane wiatrem chmury albo nas szczelnie opatulały, albo odsłaniały widok na pakistańską część Himalajów, gdy kolejna partia gęstych obłoków sunęła doliną. Po osiągnięciu szczytu trawersujemy na drugą stronę góry, skąd zaczyna się wielokilometrowy surfing. Cały czas pod nogami przelatuje pędzony wiatrem śnieg. Jest bardzo zimno. Robienie zdjęć staje się uciążliwe, ponieważ bardzo szybko traci się czucie w palcach, które potem ciężko rozgrzać. Jesteśmy podekscytowani wiedząc, że po takim wejściu zjazd będzie smakował podwójnie. Jest lawiniasto, dlatego starannie wybieramy linię zjazdu. Żleb okazuje się przepiękny! Szeroki na kilkadziesiąt, a miejscami nawet na 100 metrów.

Nikt przed nami oczywiście tędy nie jechał - jest tylko nasz. Co chwilę pojawiają się uskoki, które zwiększają, i tak już niemałą, prędkość zjazdu. Cały czas mamy się na widoku, kontrolując sytuację. Zjazd jest niesamowity. Spod krawędzi wykwitają kilkumetrowe firany ze śniegu, przysłaniając wejście w kolejny skręt. Puch jest lekki, a jazda w nim to czysta przyjemność. Właściwie, to bardziej pływanie, niż jazda. Po kilku minutach takiego napinania serce łomocze z powodu emocji i pokonanej szybko różnicy wysokości. Wjeżdżamy w piękny lasek, z drzewami o biało-szarej korze. Rdzawe gałązki wyglądają ślicznie w tej masie śniegu i białej przestrzeni. Drzewa rosną w sporym oddaleniu od siebie, dając możliwość kreślenia łuków na pełnej prędkości. Niżej wjeżdżamy w gęsty las, przez który trzeba mocno lawirować, żeby odnaleźć właściwą drogę. W dolinie padamy ze zmęczenia, a nazajutrz czeka nas wymagająca akcja na Shark Fin!
WISIENKA NA KONIEC
Ostatni dzień jazdy zaczął się od porywistego wiatru, jednak po chwili przywitało nas piękne słońce.
Najpierw weszliśmy na Afarwat, potem w świeżym śniegu zdobyliśmy Shark Fina, z którego zjazd okazał się... łatwiejszy, niż mogliśmy przypuszczać. Mimo, że stromizna pod nogami należała do tych z kategorii zdecydowanie poważnych. Po zjeździe zdołaliśmy jeszcze raz wyjść na Afarwat, tym razem od strony pakistańskiej. Oczywiście również przez świeży puch, w którym zapadaliśmy się przy każdym kroku. W sumie pokonaliśmy kilka kilometrów terenu o deniwelacji grubo ponad 1000 metrów. Tym bardziej odczuwaliśmy smak robionych zjazdów. Po takim ostatnim dniu w górach mogliśmy ze spokojnym sumieniem wracać do domu.

SZKODA WRACAĆ
W powrotnej drodze do Delhi zatrzymaliśmy się w Srinagarze na jedną noc, którą spędzamy na Dal Lake. To piękne, otoczone Himalajami jezioro, na którym są tysiące łodzi, a raczej pływających domów. W ten sposób miejscowi poradzili sobie z zakazem budowania. Po jeziorze pływają sikary - małe łódeczki, którymi dzieci zawożone są do szkół, a dorośli do pracy. Nie muszą się natomiast fatygować po zakupy, ponieważ na jeziorze są pływające sklepy, targi warzywne, kantory wymiany walut i wszystko inne, co do szczęścia jest niezbędne. Łódź, na której śpimy, jest olbrzymia. Ma 4 sypialnie z łazienkami, salon i jadalnię. Wszystko urządzone jest prześlicznie. Żałujemy, że nie możemy dłużej zostać. Za to do późna w nocy dyskutujemy z Abdulem, opiekunem łodzi, popijając polskie zapasy. Abdul radzi sobie z nimi dziarsko, ale kierowca (a może sternik?) wodnego banku, w którym wcześniej wymieniłem pieniądze, już tak twardy nie był... Kończąc dyskusje o wolności dla Kaszmirczyków, kobietach w Islamie i o ciężkim życiu Abdula, który musiał zrezygnować ze szkoły, by zarobić na rodzinę po śmierci ojca, idziemy spać nad ranem... I tak kończy się nasz pobyt w Himalajach. Na szczęście jeszcze tam wrócimy - Inshallah.

Tekst i zdjęcia: Filip Kucharczuk
(snowBoard MDS nr 44, 2009)






