48/2010
.: Zawody / relacje z krajowych imprez
.: Michał Ligocki / po olimpijskim występie
.: SnowTour / pracowity miesiąc w Austrii
.: Kuba Dytkowski / wywiad
.: Sprzęt lawinowy / ekwipunek na wagę życia
.: BEO / Zwycięstwo Pauliny!
.: Śląsk / next level
.: Camper trip Transylvania / freeride'owa tułaczka
.: F.O.D.T. w Warszawie / tydzień ostrego jibu
.: Michał Ligocki / po olimpijskim występie
.: SnowTour / pracowity miesiąc w Austrii
.: Kuba Dytkowski / wywiad
.: Sprzęt lawinowy / ekwipunek na wagę życia
.: BEO / Zwycięstwo Pauliny!
.: Śląsk / next level
.: Camper trip Transylvania / freeride'owa tułaczka
.: F.O.D.T. w Warszawie / tydzień ostrego jibu
Dlaczego Kamczatka? Dlatego, że
jest to jedno z dwóch miejsc na świecie (oprócz Nowej Zelandii), gdzie jeździ
się na aktywnych wulkanach. Dlatego, że zawsze chciałem zjechać z gór prosto na
plażę oceanu. Dlatego, że jest to zakątek niezwykle dziki, nieskażony turystyką
i wyciągami. Dlatego, że zima trwa tam prawie 9 miesięcy, helikoptery są
dość tanie (jeśli w ogóle można tak powiedzieć), a Rosjanie całkiem spoko.
Czego więcej trzeba do spełnienia snowboardowych marzeń? Tylko odwagi...

Kamczatka leży na końcu świata, więc nie cieszy, i nigdy nie będzie się cieszyć wielką popularnością. Gdyby było inaczej, to już dziś nie można by się było tam opędzić od turystów. A tak, przyroda jest praktycznie nietknięta przez człowieka. Jeśli bliżej przyjrzymy się temu półwyspowi to stwierdzimy, że składa się prawie z samych gór. A właściwie z wulkanów, czyli gór dymiących, a na dodatek... „idealnych", bo w kształcie stożka. Nie wiem, czy ktoś z was zjeżdżał po stoku idealnym, cechującym się stałym nachyleniem i jednolitą warstwą śniegu - uczucie towarzyszące takiej jeździe jest nie do opisania. Są też inne atrakcje estetyczne: zatrzymujesz się na chwilę by odpocząć, spoglądasz w prawo - wulkan i słup dymu jak po wybuchu bomby atomowej; spoglądasz w lewo - ocean ciemny i trochę groźny; patrzysz przed siebie - bezkresna przestrzeń.
Dodajmy jeszcze do tego, że każdy zjazd odbywa się w trochę innej scenerii i za każdym razem jest to inna trasa, za każdym razem zakładamy nowy swój własny ślad. Gdy to sobie wyobrazicie, wtedy łatwo zrozumieć, dlaczego warto szukać takich miejsc i tułać się po świecie.

Jazdę zaczynamy już pierwszego dnia po przybyciu na Kamczatkę. Przewodnik, który odebrał nas wprost z samolotu, radzi by korzystać z pogody i zacząć loty jak najprędzej, bo pogoda może się nie utrzymać przez cały tydzień. Nie mamy nic przeciwko temu, pomimo że jesteśmy po 9 godzinach lotu z Moskwy i po radykalnej zmianie strefy czasowej.
Docieramy na startowisko - w tle jakaś buda, ale na płycie stoi co najmniej 10 helikopterów. Dołącza do nas pięciu Rosjan, czyli w sumie będzie nas 13. Poznajemy przewodników. Będzie ich trzech. Odbywa się rutynowe szkolenie, czyli jak wsiadać do helikoptera, jak działa biper lawinowy, jak się zachować w sytuacji zagrożenia i takie tam... ważne sprawy. Wszystko dzieje się w pośpiechu, bo nadciągają chmury.
Pierwszy zjazd niby z malej górki, jakieś 1200 m, ale kończy się dość męczącym trawersem. Chłopaki chcą zobaczyć jak jeździmy, żeby dobrać trasy do naszych umiejętności. My oczywiście deklarujemy, że jesteśmy ekspertami, co generalnie nie odbiega od rzeczywistości, ale jakoś nam nie wierzą. Następna trasa już z 1400 m, śnieg wyżej jest dużo fajniejszy, no i widok też robi się ciekawy - do oceanu brakuje nam kilku kilometrów. W tle dwa dymiące wulkany - widok zapiera dech w piersiach. Trzecia trasa - lecimy jeszcze wyżej, na 1700 m. Tu niespodzianka w postaci płatów przewianego śniegu... trochę jak na lodowcu. Niezbyt miło się po tym jedzie. Czwarta trasa to już totalny odlot - lecimy na 2100 m. i startujemy ze szczytu. Popadamy w lekką euforię. Na górze wieje. Wiatr jest strasznie przenikliwy, ale to co nas otacza kolejny raz zapiera dech w piersiach. Co się stanie jak przyzwyczaimy się do takich warunków?

Ruszamy. Przewodnicy nie są zachwyceni, wręcz przeciwnie, bo będziemy jechać żlebem, w którym śnieg jest niezwiązany i łatwo o lawinę. Ruszamy pojedynczo - najpierw zjeżdża przewodnik i przez motorolkę daje znać, że możemy ruszać. Żleb nie jest ani jakoś specjalnie stromy, ani wąski, jednak nawaliło tu kupę śniegu i wszystko się obsuwa... bajka. Dalej też jest ciekawie - idealny puch, w którym się pływa, za każdym skrętem zostawiając z tylu duży obłok. To był najlepszy zjazd dnia. Nie wiem jak długo jechaliśmy, ale według mnie przynajmniej 8 km. Za każdym razem zjeżdżamy praktycznie na poziom morza, wiec różnica wysokości też jest imponująca - jakieś 2000 m. Następuje przerwa. Nawet przewodnicy są tym zjazdem podekscytowani. Czujemy się wyjątkowo, jak wybrańcy losu. Robimy mały piknik: ser, wędlina, herbatka zagryziona marsem. Ostatnia trasa może nie była nadzwyczajna, ale pojechałem za przewodnikiem i zaliczyłem dwa niezłe loty ze skał, każdy po 10 m. Jeden z niezłą glebą, bo nie wiedziałem, gdzie spadnę. Po powrocie na kwatery padamy ze zmęczenia, a przede wszystkim z braku snu. W Polsce dochodzi właśnie 5 rano. Ledwie trzymam się na nogach, ale mimo to ogłaszam wymarsz na basen, do ciepłych źródeł. Wstęp mamy za darmo. Na basenie wskakujemy do jacuzzi. Woda ma 45 stopni - straszna zupa, ale tego nam właśnie było trzeba. Słońce chowa się za górą - robi się nieprzyjemnie. Pora do sauny i na obiadokolację. Nie muszę chyba wam tłumaczyć, że szybko zasnęliśmy, gdy dotarliśmy wreszcie do łóżek.
Różnica czasu daje nam ostro popalić, więc na nogach jestem już o 4 rano. Przed 10 jesteśmy już w autobusie i zasuwamy na lotnisko. Dzisiaj lecimy w przeciwną stronę i będziemy jeździć w rejonie najwyższego wulkanu. Pierwszy zjazd z 2100 m. na 900 m. Na górze są płaty totalnie zmrożonego śniegu, ale większość na szczęście stanowi puch. Ten zjazd to totalny freeride. Jadę za Andriejem do żlebu w lewo. Jest wąski i stromy, ale śniegu od groma. Udało mi się zjechać bez zatrzymania. Następna trasa z 2360 m. również na 900 m, tyle że z drugiej strony góry. Pojawiają się chmury, ale na szczęście jeszcze jesteśmy ponad nimi. W oddali dymią dwa wulkany. Ta trasa miała bardzo ostry początek i dwa warianty na początku: trudny i łatwy. Fajnie, że można wybierać. Trochę się zagapiłem i nie pojechałem za Maximem, który skoczył z 5 metrowej skały... Cóż, następnym razem będę uważniejszy. Ale trudno oderwać się od samodzielnego zakładania śladu. Są odcinki, że ze względu na bezpieczeństwo jeździmy pojedynczo. Jak się później okazało, był to tego dnia najdłuższy zjazd.

Pogoda się pogarsza, chmur jest coraz więcej i nie będziemy dzisiaj zjeżdżać z aktywnego wulkanu, tak jak było to w planach. Andriej za to obiecuje, że zjedziemy z 3000 m. Zamiast tego lecimy na 2000 m. Na górze, jak na lotnisku. To po prostu jest nieaktywny wulkan - takie małe boisko do piłki nożnej. Ale gdy podchodzimy do krawędzi, to uświadamiamy sobie, że jednak jesteśmy na szczycie. Początek jedziemy bardzo ostrożnie, a później to już pełna dowolność. Robimy wyścigi, kto pierwszy do helikoptera.
Następna trasa zaczyna się z 1900 m, ale jest strasznie długa i kończy się na 800 m. Początek jest nieciekawy - mało puchu - jakieś 30 cm - a pod spodem wywiane formacje śnieżne. Później niesamowicie długi trawers, wreszcie bardzo stromy żlebik. Na koniec lekki spadek i strasznie szeroko i tak aż do helikoptera. Rejon, w którym jeździmy jest bez drzew, tak jak i większość tych gór - w końcu te wulkany są aktywne. Na dole czasami widzimy trochę kosodrzewiny. Pogoda ciągle się pogarsza. Przewodnicy nas poganiają, bo chcą wykonać normę 5 zjazdów. Lecimy na 2200 i znowu zjazd na 800m. Zmieniamy stronę stoku na południową i zawietrzną, więc puchu jest niemal za dużo. Na stromych odcinkach podnosimy takie tumany śniegu, że chwilami nie widać, gdzie się jedzie. Raz podjechałem zbyt blisko do Krzyśka i dostałem fangą śniegu w twarz - zupełnie jakby mnie ktoś uderzył.
Za sobą mamy 5 zjazdów, jest już po 15.00. Ale ten czas leci. Robimy przerwę z piknikiem i Rosjanie wyciągają termosy z herbatą, słodycze, owoce, ser i wędlinę. Jest całkiem przyjemnie. Po 30 minutach pakują nas do heli i oświadczają, że co prawda plan wykonany, ale możemy zjechać jeszcze raz. Nie kapuję, czy będę musiał z tego powodu dopłacać, ale w tym momencie to nie ważne - na górę! Powtarzamy pierwszą trasę, tylko w trochę innej wersji. Zaliczam dwa skoki - jeden zawalony, bo za bardzo mnie wbiło w śnieg. Znowu zjeżdżam „na raz" i niechcący wyprzedziłem przewodnika. Dostaje mi się opieprz. Słusznie - za dużo w tym euforii, trzeba wracać na ziemię i przestrzegać zasad bezpieczeństwa.
Wieczorem tradycyjnie basen, a później... Nasi przyjaciele z estonii chcą się integrować; zamawiają flaszkę i rozlewają po 100 ml - wymiękamy. Sen przychodzi w 5 sekund. To chyba przez ten basen.

Rano okazuje się, że pogoda nadal jest łaskawa - żadnej chmury. Na lotnisku nowe twarze. W sumie 22 osoby. Trochę dużo, będzie strasznie ciasno. W programie mamy aktywny wulkan. Lecimy dosyć daleko, przyglądając się dymiącym kraterom. Chłopaki mówią, że będziemy tam zjeżdżać. Lądujemy u stóp góry. Dzielimy się na dwie grupy. Połowa leci teraz, a reszta czeka.
Na górze niesamowity widok. Z tyłu morze, z przodu trzy wulkany, a do tego spoglądamy w czeluść dymiącego krateru. Czuć zapach siarki. Jesteśmy na wysokości 2100 m.
Zaczynamy zjeżdżać, ale śnieg jest przewiany i zmrożony. Nie jedzie się zbyt fajnie. Od czasu do czasu wjeżdżamy na płaty świeżego śniegu, ale to nie puch. Trasa w sumie nie powala z nóg - taki sobie zjazd.
Następny lot już bez podziału na grupy - lecimy na szczyt 2360 m, ale zjazd w tym samym stylu - po grudach i przewianym śniegu. Ochrzciliśmy ten zjazd boardercrossowym. Znowu na górę tam, gdzie za pierwszym razem. Teraz jest trochę lepiej, bo leży więcej świeżego śniegu. Czwarty zjazd wreszcie do krateru. Najpierw trawersem po grzebiecie. Wszyscy są podekscytowani, przed nami krawędź, za nią ostry spadek i cała masa nawianego śniegu. Szeroko, ciągle pod tym samym kątem. Na dole jest jakby drugi krater, a obok jezioro. Ze środka wydobywa się para, która się skrapla i tworzy różnorodne, siarkowe formy. Ziemia jest ciepła, choć to raczej popiół. Ostatnia erupcja miała miejsce w marcu 2000 r i wtedy z jeziora woda zupełnie wyparowała. Teraz to tylko bardzo głęboka dziura. Jeden z przewodników był w pobliżu krateru zaraz po erupcji i opowiada, jak to się wszystko zmieniło, jak wyglądają bomby wulkaniczne. Podobno cały teren był podziurawiony jak ser szwajcarski. To musiał być widok! Ale to, co widzimy teraz też jest niesamowite. Ruszamy, po zewnętrznej ścianie właściwego krateru, w dół. Po drodze dojeżdżamy do miejsca, gdzie jest mnóstwo małych gejzerów. Dalej jedziemy trawersem jeszcze z kilometr i docieramy do helikoptera. Robimy przerwę na tradycyjny piknik. Znowu lecimy. Najpierw kołujemy nad plażą. Domyślam się, że to ta, na którą zjedziemy. Z góry wygląda imponująco. Lądujemy na górze z widokiem na ocean - wysokość 860 m. Krótka sesja zdjęciowa i na dół. Ku mojemu zaskoczeniu było to chyba jedyne miejsce, gdzie zagrożenie lawinowe było duże. Zresztą nasza grupa przyczynia się do spuszczenia lawiny - może niezbyt spektakularnej, ale śnieg był niesłychanie ciężki. Trasa wiodła wśród drzew i krzaków. Śnieg mokry, ale nie był pocięty śladami, więc jechało się bardzo przyjemnie. Wjazd na plażę był momentem niemal wzruszającym. Zatrzymanie i wyścig, kto pierwszy dotknie oceanu i zanurzy w nim deskę.
Plaża jest kamienista i składa się z gładkich, wulkanicznych czarnych kamieni. Woda ma 4 stopnie, ale znalazł się mors, który wskakuje do wody. Pełen respekt. My zadowalamy się kolejną sesją zdjęciową i krótkim polegiwaniem na ciepłych kamieniach. Zjazd na plaże to było moje marzenie. Ten dzień pod względem jazdy nie był najlepszy, ale za to wrażenia estetyczne i doznania były ogromne. Po powrocie do hotelu nie mamy siły nawet na świętowanie. Śpimy jak dzieci.
Jednak prognoza w końcu się sprawdziła - jest brzydko. Przyszedł niż, który przewodnicy szumnie nazywają cyklonem. W zasadzie to nie martwi nas to zupełnie, bo jesteśmy już trochę zmęczeni. No i kasy w zasadzie zostało już tylko na jeden dzień latania.

Zza chmur wychodzi słońce i rodzi się nadzieja na latanie. O 11 ruszamy na lotnisko. Niestety silny wiatr krzyżuje wszystkie plany. Czekamy 2 godziny na poprawę pogody, ale na próżno. Ruszamy na bazar.
Rano budzi nas Maxim. Chłopaki z Moskwy lecą do domu, bo prognoza na najbliższe dni jest zła. Wrócą tu sobie za tydzień. Przytomniejmy i widzimy, że lotów nie będzie. Pada gęsty śnieg. Trochę rozczarowani idziemy na śniadanie. Organizujemy sobie wolny czas.
After Snow, czyli co się robi, gdy nie jeździ się na snowboardzie. Wybierając się na drugi koniec świata zupełnie o tym nie myślałem. Pierwszy raz zastanowiłem się nad tym dopiero, gdy nasz przewodnik powiedział - „no chłopaki ruchy, bo tu nie codziennie jest taka pogoda". Okazało się, że gdy nie lataliśmy, to cały wolny czas i tak mieliśmy mocno zorganizowany. Nasi koledzy Rosjanie zaczynali oczywiście od toastu za dobrą pogodę, ale ja nie mogłem się do tego przekonać. Poza tym mieliśmy pewien wpływ na to, co można było robić. Na siedem dni pobytu na Kamczatce zaliczyliśmy trzy dni lotów, jeden dzień czekania i... trzy dni aktywnego działania. Zaliczyliśmy wyprawę do „psiarni", czyli hodowli psów haski. Jazda na psich zaprzęgach była bardzo ciekawym doświadczeniem. Trasa liczyła 25 km i przebiegała po niewielkich górkach. Zaprzęg prowadziło się samodzielnie. Poinstruowano nas tylko, jak się zatrzymać i co robić, gdy się wywrócimy. W sumie jazda trochę przypomina kulig, z większą ilością emocji. Od właścicieli hodowli dowiedzieliśmy się, że są tu organizowane wielkie zawody na dystansie 500 km, a czasami w zimie przeprawiają się z Czukotki na Alaskę, przez zatokę Beringa. Oczywiście, aby uczestniczyć w takiej atrakcji trzeba zdobyć super pozwolenia od wojska. Dowiedziałem się też, że na Kamczatce żyją największe na świecie niedźwiedzie brunatne - bydlaki te budzą się w pod koniec kwietnia (czyli w czasie, gdy tam byliśmy) i są potwornie głodne po zimowym śnie.
Innego dnia pojechaliśmy do prawdziwych ciepłych źródeł. Klimat tej wycieczki był hardcore'owy, już w autobusie wznieśliśmy toast za pogodę i matkę Rosję zagryzając surową rybą. „Źródła" okazały się czymś w rodzaju drewnianego basenu. Woda miała prawie 70 stopni C i strasznie jechała siarką - czyli, że zdrowa.
Co poza tym? Na pewno wcześniej czy później trzeba zaliczyć wycieczkę do miasta. Wrażenia pozostaną na długo. Miasto ze względu na to, że zima trwa tu 8 miesięcy, wygląda na strasznie zniszczone. Tu i ówdzie znajome widoki na blokowiska 4-piętrowców. Wszędzie też widać zardzewiałe garaże - gdy leży tu śnieg i jest duży mróz, to jedyny sposób, aby samochód rano zapalił. Od przewodników dowiedzieliśmy się, że spora część mieszkańców żyje tu zaledwie 2-3 lata, by potem wrócić w rodzinne strony. Większość tutejszej pracy jest sezonowa. Z atrakcji, jakie czekają turystów, to przede wszystkim świetne restauracje z owocami morza. Jest ich kilka, my sprawdziliśmy japońską. Na pożegnanie zaliczyliśmy imprezę w „regionalnym" szałasie. Straszna hałtura, ale bawiłem się dobrze. Kolacja odbyła się w domku z bali i podawane były potrawy, które można znaleźć wyłącznie na Kamczatce. Były więc różnego rodzaju sałatki, najczęściej zakwaszone, podobnie jak nasze ogórki. Wszystko wyglądało inaczej, ale smakowało podobnie. Wódka, bez której trudno sobie wyobrazić jakąkolwiek imprezę w Rosji, tym razem była wzmacniana ziołami, oczywiście prosto z lasu.

Bezpieczeństwo jest tutaj zawsze na pierwszym miejscu. O czym się przekonujesz pierwszego dnia, gdy przechodzisz godzinne szkolenie z zakresu używania biperów lawinowych, czyli takich urządzeń które pozwolą cię odnaleźć gdy zostaniesz przysypany śniegiem. W czasie całego wyjazdu udało się nam uruchomić tylko jedną lawinę, a nie była ona specjalnych rozmiarów. Większe zagrożenie jest pewnie w naszych rodzinnych Tatrach, niż na Kamczatce. Przede wszystkim dlatego, że tam trasa jest wybierana tak, aby zagrożenie było minimalne. Przewodnicy robią rocznie około 300 zjazdów, wiec znają bardzo dobrze góry i widzą, gdzie nie należy się pchać. Przy kwestii bezpieczeństwa na pewno należy wspomnieć o...
Heli, czyli MI-8. Maszyna ta zabiera na pokład 28 ludzi i rozwija prędkości rzędu 225 km/h. Maksymalna wysokość lotów wynosi 4700 m. Może, gdy nie latało się helikopterem nigdy w życiu, nie budzi on zaufania, ale w praktyce liczy się przede wszystkim konstrukcja i przeglądy. W obu przypadkach nie ma się do czego przyczepić.
Czego więcej trzeba do spełnienia snowboardowych marzeń? Tylko odwagi...

Kamczatka leży na końcu świata, więc nie cieszy, i nigdy nie będzie się cieszyć wielką popularnością. Gdyby było inaczej, to już dziś nie można by się było tam opędzić od turystów. A tak, przyroda jest praktycznie nietknięta przez człowieka. Jeśli bliżej przyjrzymy się temu półwyspowi to stwierdzimy, że składa się prawie z samych gór. A właściwie z wulkanów, czyli gór dymiących, a na dodatek... „idealnych", bo w kształcie stożka. Nie wiem, czy ktoś z was zjeżdżał po stoku idealnym, cechującym się stałym nachyleniem i jednolitą warstwą śniegu - uczucie towarzyszące takiej jeździe jest nie do opisania. Są też inne atrakcje estetyczne: zatrzymujesz się na chwilę by odpocząć, spoglądasz w prawo - wulkan i słup dymu jak po wybuchu bomby atomowej; spoglądasz w lewo - ocean ciemny i trochę groźny; patrzysz przed siebie - bezkresna przestrzeń.
Dodajmy jeszcze do tego, że każdy zjazd odbywa się w trochę innej scenerii i za każdym razem jest to inna trasa, za każdym razem zakładamy nowy swój własny ślad. Gdy to sobie wyobrazicie, wtedy łatwo zrozumieć, dlaczego warto szukać takich miejsc i tułać się po świecie.

Jazdę zaczynamy już pierwszego dnia po przybyciu na Kamczatkę. Przewodnik, który odebrał nas wprost z samolotu, radzi by korzystać z pogody i zacząć loty jak najprędzej, bo pogoda może się nie utrzymać przez cały tydzień. Nie mamy nic przeciwko temu, pomimo że jesteśmy po 9 godzinach lotu z Moskwy i po radykalnej zmianie strefy czasowej.
Docieramy na startowisko - w tle jakaś buda, ale na płycie stoi co najmniej 10 helikopterów. Dołącza do nas pięciu Rosjan, czyli w sumie będzie nas 13. Poznajemy przewodników. Będzie ich trzech. Odbywa się rutynowe szkolenie, czyli jak wsiadać do helikoptera, jak działa biper lawinowy, jak się zachować w sytuacji zagrożenia i takie tam... ważne sprawy. Wszystko dzieje się w pośpiechu, bo nadciągają chmury.
Pierwszy zjazd niby z malej górki, jakieś 1200 m, ale kończy się dość męczącym trawersem. Chłopaki chcą zobaczyć jak jeździmy, żeby dobrać trasy do naszych umiejętności. My oczywiście deklarujemy, że jesteśmy ekspertami, co generalnie nie odbiega od rzeczywistości, ale jakoś nam nie wierzą. Następna trasa już z 1400 m, śnieg wyżej jest dużo fajniejszy, no i widok też robi się ciekawy - do oceanu brakuje nam kilku kilometrów. W tle dwa dymiące wulkany - widok zapiera dech w piersiach. Trzecia trasa - lecimy jeszcze wyżej, na 1700 m. Tu niespodzianka w postaci płatów przewianego śniegu... trochę jak na lodowcu. Niezbyt miło się po tym jedzie. Czwarta trasa to już totalny odlot - lecimy na 2100 m. i startujemy ze szczytu. Popadamy w lekką euforię. Na górze wieje. Wiatr jest strasznie przenikliwy, ale to co nas otacza kolejny raz zapiera dech w piersiach. Co się stanie jak przyzwyczaimy się do takich warunków?

Ruszamy. Przewodnicy nie są zachwyceni, wręcz przeciwnie, bo będziemy jechać żlebem, w którym śnieg jest niezwiązany i łatwo o lawinę. Ruszamy pojedynczo - najpierw zjeżdża przewodnik i przez motorolkę daje znać, że możemy ruszać. Żleb nie jest ani jakoś specjalnie stromy, ani wąski, jednak nawaliło tu kupę śniegu i wszystko się obsuwa... bajka. Dalej też jest ciekawie - idealny puch, w którym się pływa, za każdym skrętem zostawiając z tylu duży obłok. To był najlepszy zjazd dnia. Nie wiem jak długo jechaliśmy, ale według mnie przynajmniej 8 km. Za każdym razem zjeżdżamy praktycznie na poziom morza, wiec różnica wysokości też jest imponująca - jakieś 2000 m. Następuje przerwa. Nawet przewodnicy są tym zjazdem podekscytowani. Czujemy się wyjątkowo, jak wybrańcy losu. Robimy mały piknik: ser, wędlina, herbatka zagryziona marsem. Ostatnia trasa może nie była nadzwyczajna, ale pojechałem za przewodnikiem i zaliczyłem dwa niezłe loty ze skał, każdy po 10 m. Jeden z niezłą glebą, bo nie wiedziałem, gdzie spadnę. Po powrocie na kwatery padamy ze zmęczenia, a przede wszystkim z braku snu. W Polsce dochodzi właśnie 5 rano. Ledwie trzymam się na nogach, ale mimo to ogłaszam wymarsz na basen, do ciepłych źródeł. Wstęp mamy za darmo. Na basenie wskakujemy do jacuzzi. Woda ma 45 stopni - straszna zupa, ale tego nam właśnie było trzeba. Słońce chowa się za górą - robi się nieprzyjemnie. Pora do sauny i na obiadokolację. Nie muszę chyba wam tłumaczyć, że szybko zasnęliśmy, gdy dotarliśmy wreszcie do łóżek.
Różnica czasu daje nam ostro popalić, więc na nogach jestem już o 4 rano. Przed 10 jesteśmy już w autobusie i zasuwamy na lotnisko. Dzisiaj lecimy w przeciwną stronę i będziemy jeździć w rejonie najwyższego wulkanu. Pierwszy zjazd z 2100 m. na 900 m. Na górze są płaty totalnie zmrożonego śniegu, ale większość na szczęście stanowi puch. Ten zjazd to totalny freeride. Jadę za Andriejem do żlebu w lewo. Jest wąski i stromy, ale śniegu od groma. Udało mi się zjechać bez zatrzymania. Następna trasa z 2360 m. również na 900 m, tyle że z drugiej strony góry. Pojawiają się chmury, ale na szczęście jeszcze jesteśmy ponad nimi. W oddali dymią dwa wulkany. Ta trasa miała bardzo ostry początek i dwa warianty na początku: trudny i łatwy. Fajnie, że można wybierać. Trochę się zagapiłem i nie pojechałem za Maximem, który skoczył z 5 metrowej skały... Cóż, następnym razem będę uważniejszy. Ale trudno oderwać się od samodzielnego zakładania śladu. Są odcinki, że ze względu na bezpieczeństwo jeździmy pojedynczo. Jak się później okazało, był to tego dnia najdłuższy zjazd.

Pogoda się pogarsza, chmur jest coraz więcej i nie będziemy dzisiaj zjeżdżać z aktywnego wulkanu, tak jak było to w planach. Andriej za to obiecuje, że zjedziemy z 3000 m. Zamiast tego lecimy na 2000 m. Na górze, jak na lotnisku. To po prostu jest nieaktywny wulkan - takie małe boisko do piłki nożnej. Ale gdy podchodzimy do krawędzi, to uświadamiamy sobie, że jednak jesteśmy na szczycie. Początek jedziemy bardzo ostrożnie, a później to już pełna dowolność. Robimy wyścigi, kto pierwszy do helikoptera.
Następna trasa zaczyna się z 1900 m, ale jest strasznie długa i kończy się na 800 m. Początek jest nieciekawy - mało puchu - jakieś 30 cm - a pod spodem wywiane formacje śnieżne. Później niesamowicie długi trawers, wreszcie bardzo stromy żlebik. Na koniec lekki spadek i strasznie szeroko i tak aż do helikoptera. Rejon, w którym jeździmy jest bez drzew, tak jak i większość tych gór - w końcu te wulkany są aktywne. Na dole czasami widzimy trochę kosodrzewiny. Pogoda ciągle się pogarsza. Przewodnicy nas poganiają, bo chcą wykonać normę 5 zjazdów. Lecimy na 2200 i znowu zjazd na 800m. Zmieniamy stronę stoku na południową i zawietrzną, więc puchu jest niemal za dużo. Na stromych odcinkach podnosimy takie tumany śniegu, że chwilami nie widać, gdzie się jedzie. Raz podjechałem zbyt blisko do Krzyśka i dostałem fangą śniegu w twarz - zupełnie jakby mnie ktoś uderzył.
Za sobą mamy 5 zjazdów, jest już po 15.00. Ale ten czas leci. Robimy przerwę z piknikiem i Rosjanie wyciągają termosy z herbatą, słodycze, owoce, ser i wędlinę. Jest całkiem przyjemnie. Po 30 minutach pakują nas do heli i oświadczają, że co prawda plan wykonany, ale możemy zjechać jeszcze raz. Nie kapuję, czy będę musiał z tego powodu dopłacać, ale w tym momencie to nie ważne - na górę! Powtarzamy pierwszą trasę, tylko w trochę innej wersji. Zaliczam dwa skoki - jeden zawalony, bo za bardzo mnie wbiło w śnieg. Znowu zjeżdżam „na raz" i niechcący wyprzedziłem przewodnika. Dostaje mi się opieprz. Słusznie - za dużo w tym euforii, trzeba wracać na ziemię i przestrzegać zasad bezpieczeństwa.
Wieczorem tradycyjnie basen, a później... Nasi przyjaciele z estonii chcą się integrować; zamawiają flaszkę i rozlewają po 100 ml - wymiękamy. Sen przychodzi w 5 sekund. To chyba przez ten basen.

Rano okazuje się, że pogoda nadal jest łaskawa - żadnej chmury. Na lotnisku nowe twarze. W sumie 22 osoby. Trochę dużo, będzie strasznie ciasno. W programie mamy aktywny wulkan. Lecimy dosyć daleko, przyglądając się dymiącym kraterom. Chłopaki mówią, że będziemy tam zjeżdżać. Lądujemy u stóp góry. Dzielimy się na dwie grupy. Połowa leci teraz, a reszta czeka.
Na górze niesamowity widok. Z tyłu morze, z przodu trzy wulkany, a do tego spoglądamy w czeluść dymiącego krateru. Czuć zapach siarki. Jesteśmy na wysokości 2100 m.
Zaczynamy zjeżdżać, ale śnieg jest przewiany i zmrożony. Nie jedzie się zbyt fajnie. Od czasu do czasu wjeżdżamy na płaty świeżego śniegu, ale to nie puch. Trasa w sumie nie powala z nóg - taki sobie zjazd.
Następny lot już bez podziału na grupy - lecimy na szczyt 2360 m, ale zjazd w tym samym stylu - po grudach i przewianym śniegu. Ochrzciliśmy ten zjazd boardercrossowym. Znowu na górę tam, gdzie za pierwszym razem. Teraz jest trochę lepiej, bo leży więcej świeżego śniegu. Czwarty zjazd wreszcie do krateru. Najpierw trawersem po grzebiecie. Wszyscy są podekscytowani, przed nami krawędź, za nią ostry spadek i cała masa nawianego śniegu. Szeroko, ciągle pod tym samym kątem. Na dole jest jakby drugi krater, a obok jezioro. Ze środka wydobywa się para, która się skrapla i tworzy różnorodne, siarkowe formy. Ziemia jest ciepła, choć to raczej popiół. Ostatnia erupcja miała miejsce w marcu 2000 r i wtedy z jeziora woda zupełnie wyparowała. Teraz to tylko bardzo głęboka dziura. Jeden z przewodników był w pobliżu krateru zaraz po erupcji i opowiada, jak to się wszystko zmieniło, jak wyglądają bomby wulkaniczne. Podobno cały teren był podziurawiony jak ser szwajcarski. To musiał być widok! Ale to, co widzimy teraz też jest niesamowite. Ruszamy, po zewnętrznej ścianie właściwego krateru, w dół. Po drodze dojeżdżamy do miejsca, gdzie jest mnóstwo małych gejzerów. Dalej jedziemy trawersem jeszcze z kilometr i docieramy do helikoptera. Robimy przerwę na tradycyjny piknik. Znowu lecimy. Najpierw kołujemy nad plażą. Domyślam się, że to ta, na którą zjedziemy. Z góry wygląda imponująco. Lądujemy na górze z widokiem na ocean - wysokość 860 m. Krótka sesja zdjęciowa i na dół. Ku mojemu zaskoczeniu było to chyba jedyne miejsce, gdzie zagrożenie lawinowe było duże. Zresztą nasza grupa przyczynia się do spuszczenia lawiny - może niezbyt spektakularnej, ale śnieg był niesłychanie ciężki. Trasa wiodła wśród drzew i krzaków. Śnieg mokry, ale nie był pocięty śladami, więc jechało się bardzo przyjemnie. Wjazd na plażę był momentem niemal wzruszającym. Zatrzymanie i wyścig, kto pierwszy dotknie oceanu i zanurzy w nim deskę.
Plaża jest kamienista i składa się z gładkich, wulkanicznych czarnych kamieni. Woda ma 4 stopnie, ale znalazł się mors, który wskakuje do wody. Pełen respekt. My zadowalamy się kolejną sesją zdjęciową i krótkim polegiwaniem na ciepłych kamieniach. Zjazd na plaże to było moje marzenie. Ten dzień pod względem jazdy nie był najlepszy, ale za to wrażenia estetyczne i doznania były ogromne. Po powrocie do hotelu nie mamy siły nawet na świętowanie. Śpimy jak dzieci.
Jednak prognoza w końcu się sprawdziła - jest brzydko. Przyszedł niż, który przewodnicy szumnie nazywają cyklonem. W zasadzie to nie martwi nas to zupełnie, bo jesteśmy już trochę zmęczeni. No i kasy w zasadzie zostało już tylko na jeden dzień latania.

Zza chmur wychodzi słońce i rodzi się nadzieja na latanie. O 11 ruszamy na lotnisko. Niestety silny wiatr krzyżuje wszystkie plany. Czekamy 2 godziny na poprawę pogody, ale na próżno. Ruszamy na bazar.
Rano budzi nas Maxim. Chłopaki z Moskwy lecą do domu, bo prognoza na najbliższe dni jest zła. Wrócą tu sobie za tydzień. Przytomniejmy i widzimy, że lotów nie będzie. Pada gęsty śnieg. Trochę rozczarowani idziemy na śniadanie. Organizujemy sobie wolny czas.
After Snow, czyli co się robi, gdy nie jeździ się na snowboardzie. Wybierając się na drugi koniec świata zupełnie o tym nie myślałem. Pierwszy raz zastanowiłem się nad tym dopiero, gdy nasz przewodnik powiedział - „no chłopaki ruchy, bo tu nie codziennie jest taka pogoda". Okazało się, że gdy nie lataliśmy, to cały wolny czas i tak mieliśmy mocno zorganizowany. Nasi koledzy Rosjanie zaczynali oczywiście od toastu za dobrą pogodę, ale ja nie mogłem się do tego przekonać. Poza tym mieliśmy pewien wpływ na to, co można było robić. Na siedem dni pobytu na Kamczatce zaliczyliśmy trzy dni lotów, jeden dzień czekania i... trzy dni aktywnego działania. Zaliczyliśmy wyprawę do „psiarni", czyli hodowli psów haski. Jazda na psich zaprzęgach była bardzo ciekawym doświadczeniem. Trasa liczyła 25 km i przebiegała po niewielkich górkach. Zaprzęg prowadziło się samodzielnie. Poinstruowano nas tylko, jak się zatrzymać i co robić, gdy się wywrócimy. W sumie jazda trochę przypomina kulig, z większą ilością emocji. Od właścicieli hodowli dowiedzieliśmy się, że są tu organizowane wielkie zawody na dystansie 500 km, a czasami w zimie przeprawiają się z Czukotki na Alaskę, przez zatokę Beringa. Oczywiście, aby uczestniczyć w takiej atrakcji trzeba zdobyć super pozwolenia od wojska. Dowiedziałem się też, że na Kamczatce żyją największe na świecie niedźwiedzie brunatne - bydlaki te budzą się w pod koniec kwietnia (czyli w czasie, gdy tam byliśmy) i są potwornie głodne po zimowym śnie.
Innego dnia pojechaliśmy do prawdziwych ciepłych źródeł. Klimat tej wycieczki był hardcore'owy, już w autobusie wznieśliśmy toast za pogodę i matkę Rosję zagryzając surową rybą. „Źródła" okazały się czymś w rodzaju drewnianego basenu. Woda miała prawie 70 stopni C i strasznie jechała siarką - czyli, że zdrowa.
Co poza tym? Na pewno wcześniej czy później trzeba zaliczyć wycieczkę do miasta. Wrażenia pozostaną na długo. Miasto ze względu na to, że zima trwa tu 8 miesięcy, wygląda na strasznie zniszczone. Tu i ówdzie znajome widoki na blokowiska 4-piętrowców. Wszędzie też widać zardzewiałe garaże - gdy leży tu śnieg i jest duży mróz, to jedyny sposób, aby samochód rano zapalił. Od przewodników dowiedzieliśmy się, że spora część mieszkańców żyje tu zaledwie 2-3 lata, by potem wrócić w rodzinne strony. Większość tutejszej pracy jest sezonowa. Z atrakcji, jakie czekają turystów, to przede wszystkim świetne restauracje z owocami morza. Jest ich kilka, my sprawdziliśmy japońską. Na pożegnanie zaliczyliśmy imprezę w „regionalnym" szałasie. Straszna hałtura, ale bawiłem się dobrze. Kolacja odbyła się w domku z bali i podawane były potrawy, które można znaleźć wyłącznie na Kamczatce. Były więc różnego rodzaju sałatki, najczęściej zakwaszone, podobnie jak nasze ogórki. Wszystko wyglądało inaczej, ale smakowało podobnie. Wódka, bez której trudno sobie wyobrazić jakąkolwiek imprezę w Rosji, tym razem była wzmacniana ziołami, oczywiście prosto z lasu.

Bezpieczeństwo jest tutaj zawsze na pierwszym miejscu. O czym się przekonujesz pierwszego dnia, gdy przechodzisz godzinne szkolenie z zakresu używania biperów lawinowych, czyli takich urządzeń które pozwolą cię odnaleźć gdy zostaniesz przysypany śniegiem. W czasie całego wyjazdu udało się nam uruchomić tylko jedną lawinę, a nie była ona specjalnych rozmiarów. Większe zagrożenie jest pewnie w naszych rodzinnych Tatrach, niż na Kamczatce. Przede wszystkim dlatego, że tam trasa jest wybierana tak, aby zagrożenie było minimalne. Przewodnicy robią rocznie około 300 zjazdów, wiec znają bardzo dobrze góry i widzą, gdzie nie należy się pchać. Przy kwestii bezpieczeństwa na pewno należy wspomnieć o...
Heli, czyli MI-8. Maszyna ta zabiera na pokład 28 ludzi i rozwija prędkości rzędu 225 km/h. Maksymalna wysokość lotów wynosi 4700 m. Może, gdy nie latało się helikopterem nigdy w życiu, nie budzi on zaufania, ale w praktyce liczy się przede wszystkim konstrukcja i przeglądy. W obu przypadkach nie ma się do czego przyczepić.
INFO
Wulkany,
w okolicach których się zjeżdża:
Viluchinskiy (2173 m), Avachinskiy (2741 m), Mutnovskiy (2323 m), Korykskiy (3456 m), Opala (2460 m), Gorelyi (1826 m), Kozel'skiy (2189 m), Vochkazhec (1556 m), Aag (2310 m), Arik (2300 m);
Najwyższy szczyt - Kluchevskaya Sopka (4800 m) (prawie 300 km od Pietropawłowska - miejsce niedostępne dla heliboardingu, za daleko i za wysoko);
Średnie opady śniegu w ciągu roku - 10 -12 m;
Sezon - od grudnia do maja (w górach śnieg leży od września do lipca);
Różnice wysokości na trasach freeride'owych - od 700 do 1200 m;
Liczba wykonywanych rocznie zjazdów - 300.
PROBLEMY
1. Wizy. Jesteśmy w Unii Europejskiej, więc do podróży na Kamczatkę potrzebne nam są wizy. Ambasady są tylko w Warszawie i w Krakowie. Do tego nie są one zbyt długo otwarte, a panie w okienkach niechętnie służą pomocą. Dlatego należy rezerwować je sobie dwa tygodnie wcześniej, biorąc poprawkę, aby w przypadku zmiany daty podróży nie trzeba było robić papierkowej roboty ponownie. Najlepiej powierzyć to jakieś firmie, która załatwia wizy w tydzień - tyle, że trzeba za to dodatkowo zapłacić.
2. Nocleg w Moskwie. Do Moskwy latają tylko dwa samoloty dziennie, a to za mało, aby utrafić dobrze w połączenie. Tak czy inaczej, jadąc czy wracając, będziemy zmuszeni do noclegu w Moskwie. A to też nie jest tanie. Z drugiej strony Moskwa to miasto warte grzechu i jeśli mamy jakieś „wtyki", to na pewno można zaliczyć fajny wieczór.
3. Limit bagażu. 25 kg to nie jest dużo jak na zimowy wyjazd. Trzeba będzie z czegoś zrezygnować albo znowu płacić.
4. Płacenie. W Rosji dominuje zasada: „płacisz i masz". Na początku może to trochę denerwować, ale jest to przejrzysty układ, dużo lepszy, niż jakieś bzdurne przepisy.
5. Zmiana czasu. Różnica wynosi aż 11 godzin, wiec gdy jedzie się tylko na tydzień, jest to mocno uciążliwe. Choć są też plusy, gdy idzie się na całonocną imprezkę.
6. Pogoda. Nie ma się na nią wpływu i może się zdarzyć, że w czasie tygodniowego pobytu będzie tylko jeden dzień lotów helikopterem. I trudno się przed tym jakoś zabezpieczyć.
7. Koszty. Oczywiście wyprawa na Kamczatkę nie jest tania, ale to ciągle dużo mniej kasy, niż na Alasce, w Nowej Zelandii, czy w Chile. W ostatnim roku zdrożało paliwo lotnicze, co przełożyło się na ceny biletów lotniczych w Rosji i ceny lotów helikopterem - w sumie podwyżka o 30%.
Najwyższy szczyt - Kluchevskaya Sopka (4800 m) (prawie 300 km od Pietropawłowska - miejsce niedostępne dla heliboardingu, za daleko i za wysoko);
Średnie opady śniegu w ciągu roku - 10 -12 m;
Sezon - od grudnia do maja (w górach śnieg leży od września do lipca);
Różnice wysokości na trasach freeride'owych - od 700 do 1200 m;
Liczba wykonywanych rocznie zjazdów - 300.
PROBLEMY
1. Wizy. Jesteśmy w Unii Europejskiej, więc do podróży na Kamczatkę potrzebne nam są wizy. Ambasady są tylko w Warszawie i w Krakowie. Do tego nie są one zbyt długo otwarte, a panie w okienkach niechętnie służą pomocą. Dlatego należy rezerwować je sobie dwa tygodnie wcześniej, biorąc poprawkę, aby w przypadku zmiany daty podróży nie trzeba było robić papierkowej roboty ponownie. Najlepiej powierzyć to jakieś firmie, która załatwia wizy w tydzień - tyle, że trzeba za to dodatkowo zapłacić.
2. Nocleg w Moskwie. Do Moskwy latają tylko dwa samoloty dziennie, a to za mało, aby utrafić dobrze w połączenie. Tak czy inaczej, jadąc czy wracając, będziemy zmuszeni do noclegu w Moskwie. A to też nie jest tanie. Z drugiej strony Moskwa to miasto warte grzechu i jeśli mamy jakieś „wtyki", to na pewno można zaliczyć fajny wieczór.
3. Limit bagażu. 25 kg to nie jest dużo jak na zimowy wyjazd. Trzeba będzie z czegoś zrezygnować albo znowu płacić.
4. Płacenie. W Rosji dominuje zasada: „płacisz i masz". Na początku może to trochę denerwować, ale jest to przejrzysty układ, dużo lepszy, niż jakieś bzdurne przepisy.
5. Zmiana czasu. Różnica wynosi aż 11 godzin, wiec gdy jedzie się tylko na tydzień, jest to mocno uciążliwe. Choć są też plusy, gdy idzie się na całonocną imprezkę.
6. Pogoda. Nie ma się na nią wpływu i może się zdarzyć, że w czasie tygodniowego pobytu będzie tylko jeden dzień lotów helikopterem. I trudno się przed tym jakoś zabezpieczyć.
7. Koszty. Oczywiście wyprawa na Kamczatkę nie jest tania, ale to ciągle dużo mniej kasy, niż na Alasce, w Nowej Zelandii, czy w Chile. W ostatnim roku zdrożało paliwo lotnicze, co przełożyło się na ceny biletów lotniczych w Rosji i ceny lotów helikopterem - w sumie podwyżka o 30%.
Tekst: Piotr MIMI Szlązak
(snowBoard MDS nr 31 - 2004)





