snowBoard MDS 54/2012
.: W poszukiwaniu głębokiego puchu / Polska i Słowacja
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
...12, 13,
14, 15, kolejny krok. Ciężko opadam na kijki z trudem łapiąc oddech. Ostre,
pozbawione tlenu powietrze kłuje mnie w płuca. Przed oczami wirują ciemne plamy
- nie mogę się teraz poddać! Jeszcze tylko kilka kroków i dotrzemy na szczyt.
Jeszcze tylko kilka kroków, a potem wymarzona jazda!
Na szczęście wtedy nie wiedziałem, jak bardzo byłem w błędzie.

Gęste i duszne powietrze wdarło się przez otwarte drzwi samolotu. Nareszcie! Od startu w Bangkoku niecierpliwie wierciłem się w fotelu czekając na ten moment. Minęło osiem lat od chwili, w której wyjeżdżaliśmy z Katmandu a ja czułem, jakby to było wczoraj. Wtedy tułaliśmy się pociągami i autobusami przez pół świata nie wiedząc, co nas spotka następnego dnia. Tym razem cel był jasny i bardzo wyrazisty - Cho Oyu. Wysoka na 8201 metrów szósta góra świata. Jadąc przez wąskie, kolorowe uliczki Thamelu zastanawiałem się, czy będę w stanie zjechać z niej na desce. Odpowiedź miała nadejść w ciągu najbliższych 6-ciu tygodni.
W hotelu przywitał nas Ganesh. Nie wyglądał na doświadczonego przewodnika, który połyka ośmiotysięczniki na rozgrzewkę. Prawdę mówiąc wyglądał, jakby nigdy nie był w wysokich górach. Niestety, wygląd nie kłamał. Okazało się, że tylko prowadzi biuro w Katmandu i nie bierze udziału w wyprawach wysokogórskich. Wszystkie informacje, których udzielał nam na temat bazy i sytuacji w górach mogliśmy wsadzić sobie w... Nieźle, jak na początek! Dodając do tego maoistów, blokadę Katmandu, strajki, spalone meczety, wozy opancerzone w centrum miasta i godzinę policyjną, przyszłość nie wyglądała zbyt różowo. Co tam! Ważne, że dojechaliśmy na miejsce, martwić będziemy się później.

W Katmandu mieliśmy do załatwienia dwie rzeczy: odebrać cargo (wysłaliśmy z polski prawie 300 kg sprzętu) i kupić tlen. Schody pojawiły się już na lotnisku. Bajzel, to bardzo delikatne słowo na to, co zobaczyliśmy w hali bagażowej. Cała podłoga była wypełniona porozrzucanymi bez ładu i składu przesyłkami. Przy dwóch wielkich stołach, zawalonych stertami papieru, siedzieli pracownicy lotniska. Połowa z nich konsumowała bliżej nieokreślone potrawy, a druga dłubała w nosach, mając centralnie gdzieś chaos panujący na sali. Straciliśmy cztery godziny zanim wśród śmieci, papierów i resztek jedzenia odnalazły się listy przewozowe i mogliśmy wyrwać nasze beczki i worki. To niesamowite, ale nic nie brakowało! W drodze powrotnej, w skomputeryzowanym po fundamenty Wiedniu, zgubił się bagaż Bogusia i Bogusława. I gdzie tu logika?

Tlen kupiliśmy bez większych problemów. Wprawdzie na szczyt postanowiliśmy wchodzić bez jego pomocy, ale musieliśmy go mieć dla bezpieczeństwa. W górach byliśmy zdani wyłącznie na siebie i w przypadku jakiejkolwiek awarii nie mogliśmy liczyć na pomoc. Z obozu do najbliższej miejscowości były dwa dni drogi przez lodowiec, a helikoptery latają tylko do wysokości 5000 metrów - jednym słowem zero szans na pomoc z zewnątrz. Nie ma co, fajny pomysł na wakacje.
Po czterech dniach zwiedzania i robienia zakupów, spakowaliśmy się do busów i ruszyliśmy drogą w stronę chińskiej granicy. Droga, to określenie zdecydowanie na wyrost. Rozmoknięta przez ciągłe deszcze praktycznie nie nadawała się do jazdy. Co kilkanaście kilometrów musieliśmy wychodzić i czekać na usuniecie zwałów błota i kamieni. W końcu dojechaliśmy do miejsca, gdzie zamiast drogi pojawiła się kilkunastometrowa wyrwa spadająca w głąb urwiska. O dalszej podróży nie mogło być mowy. Zabraliśmy podręczny sprzęt i ruszyliśmy z buta. W Nepalu nie ma ani jednej bazy narciarskiej, a wyciągi znane są tylko z telewizji. Praktycznie poza garstką żądnych przygód miłośników białego szaleństwa, nikt tu nie zabiera nart czy desek. Przez całą podróż widziałem zainteresowanie, jakie wzbudzał mój snowboard. Faktycznie, deska w gorącym klimacie, pomiędzy zboczami gór porośniętych gęstą dżunglą, była jakby z innej bajki. Przy każdej mijanej po drodze chacie pojawiały się natychmiast dzieciaki, otaczały ze wszystkich stron i łapiąc za deskę robiły harmider nie do wytrzymania. Dźwigając ją na plecach powoli zaczynałem zdawać sobie sprawę, co mnie czeka w górach.

Granica przywitała nas deszczem i hotelem, o którym chciałbym jak najszybciej zapomnieć. Na samą myśl, że spędzimy tu dwa dni czekając na ciężarówki ze sprzętem, robiło mi się słabo. W dodatku zaczęliśmy chorować. Jak się później okazało (czytaj: dwie serie antybiotyków później) zatruliśmy się wodą. Prawdopodobnie zjedliśmy coś na nie wytartych do sucha talerzach albo podali nam niedogotowane warzywa. Gdyby nie pomoc poznanego w bazie przewodnika, moja wyprawa skończyłaby się na lodowcu, na wysokości 5700 metrów. Po dwóch dniach w Kodari przekroczyliśmy granicę i wjechaliśmy do pełnego magii i tajemnic Tybetu.
Spacyfikowany przez Chińczyków Tybet przedstawiał się dość ponuro. Z kultury tybetańskiej nie zostało prawie nic. Podobno Chińczycy zburzyli ok. 50 tysięcy klasztorów. Przejeżdżaliśmy przez pustynną krainę pozbawioną jakiejkolwiek roślinności. Daleko na horyzoncie majaczyły szczyty Himalajów. Jednym słowem krajobraz nie nastrajał optymistycznie. W dodatku w powietrzu unosiły się kłęby pyłu. Przyjazd do Tingri przyjęliśmy z ulgą. To ostania ostoja cywilizacji na naszej trasie. Kolejnym krokiem była baza chińska na morenie lodowca, odległa dwa dni marszu od celu podróży. Następnego dnia miały zacząć się kłopoty. Tybetańczycy przyprowadzili jaki i zaczął się ceremoniał ważenia bagażu. Według naszych obliczeń cały nasz bagaż (14 członków wyprawy + 6 obsługi) ważył ok. 2,5 tony. Chińczykom wyszło 3,5 tony, czyli tysiąc kilogramów więcej!!! Na nic zdały się tłumaczenia, groźby i awantury. Tybetańczycy usiedli przy jakach nie wykazując nami żadnego zainteresowania. Zainteresowało ich dopiero dodatkowe sto dolarów od każdego członka wyprawy.
Załadowaliśmy sprzęt na 53 jaki i ruszyliśmy w drogę. Nie wiedzieć czemu, żaden z tych głupich stworów nie pozwalał przytroczyć sobie do grzbietu mojej deski. Wszystkie wyrażały niechęć objawiającą się parskaniem i dzikim wyrazem oczu. W końcu znalazł się jeden nad wyraz spokojny osobnik, który cierpliwie zniósł dodatkowe 5 kilo. Droga wiła się w górę i dół przez lodowiec. Z każdym krokiem Cho Oyu coraz bardziej przysłaniało horyzont. Olbrzymi masyw rósł w oczach budząc respekt wśród wszystkich uczestników wyprawy.

Do Bazy dotarliśmy drugiego dnia wędrówki. Wszyscy byliśmy już porządnie zmęczeni podróżą. A przecież dopiero w tym momencie rozpoczynała się prawdziwa wyprawa. Po dwóch dniach odpoczynku mieliśmy ruszyć w góry. Niestety, nie wszyscy. Skończyłem brać antybiotyki i choroba złapała mnie na dobre. Przez trzy dni wymiotowałem non stop. Nie miałem siły dojść z namiotu do odległej o kilka metrów mesy. Podobnie czuł się Boguś. Nasze szanse zmalały do zera. I kiedy obdzwoniliśmy wszystkich lekarzy w Polsce i straciliśmy resztki nadziei przyszło wybawienie. Przypadkowo spotkany przewodnik dał nam lekarstwa, po których w ciągu trzech dni stanęliśmy na nogi.
W trakcie naszej choroby podzieliliśmy się na grupy. Tomek z Januszem i Bogusławem od tygodnia pracowali na górze. Teraz razem z Bogusiem musieliśmy nadrobić stracony czas. Rozpoczęliśmy powolne zdobywanie wysokości. Plecak uwierał mnie przy każdym ruchu. Kilkanaście kilogramów przygniatało do ziemi. Na początku deska służyła jako... łopata do wyrównywania platform. Chociaż taki miałem z niej pożytek. Im wyżej wchodziliśmy, to powietrze robiło się coraz rzadsze, a plecak i deska coraz cięższe. W ciągu dziesięciu dni założyliśmy trzy obozy (6400, 7000, 7500 metrów) i zaczęliśmy przygotowywać się do ataku na szczyt.
Wstaliśmy o 12 w nocy. Niewyspani i zmęczeni zaczęliśmy szykować się do drogi. Przed sobą mieliśmy ok. 9 godzin drogi i 700 metrów wysokości do pokonania. Byłem koszmarnie zmęczony i bliski rezygnacji z zabierania deski na szczyt. Widziałem bagaż chłopaków - mały plecaczek, termosy i batoniki energetyczne. Ja miałem przed sobą perspektywę dźwigania, jak szybko obliczyłem, 10-cio kilogramowego plecaka. Pamiętałem, ile wysiłku kosztował mnie każdy krok aż do tego miejsca. Do „porządku" przywołał mnie Boguś. W kilku „ciepłych" słowach powiedział, co sądzi na mój temat. Faktycznie, skoro dotargałem ten złom aż tutaj, głupotą byłoby nie spróbować. Pełen werwy wyszedłem z namiotu.

Już po pierwszych pięciu minutach żałowałem swojej decyzji. Na dworze było koszmarnie zimno. Przy każdym kroku deska przygniatała mnie do ziemi. Czułem się jakby ktoś przybił mi stopy do śniegu dziesięciocentymetrowymi gwoździami. Na początku robiłem 20 kroków i zatrzymywałem się na 30 oddechów. Jednak te proporcje szybko uległy zmianie. Włócząc noga za nogą marzyłem, by zdjąć deskę i szybko zjechać na dół. Dopiero wschód słońca poprawił mi humor. Promienie światła rozlały się na cały horyzont, tworząc paletę kolorów iskrzących się na wierzchołkach. Przez dłuższą chwilę stałem jak zauroczony. Nagle usłyszałem głos Bogusia - „Olaf! Jesteśmy na 8 tysiącach metrów!" Odwróciłem się i zobaczyłem jak wyciąga GPS w moją stronę. Do szczytu zostało nam 200 metrów...
Ostatni odcinek drogi zlał mi się w jeden wielki postój, co kilka kroków musiałem się zatrzymać, złapać oddech i poprawić deskę na plecach. Wyglądaliśmy z Bogusiem jak dwa cienie wolno sunące przez śnieżną pustynię. Prawie w ogóle nie rozmawialiśmy, wypowiedzenie każdego słowa wymagało zbyt dużo wysiłku. W końcu dotarliśmy do plato szczytowego. Czekała nas godzinna „przechadzka" po prawie płaskim terenie wielkości kilkunastu boisk piłkarskich. Wiedziałem, że teraz już się nie wycofam. Teren cały czas łagodnie się wznosił. Przestałem liczyć kroki, wlokłem się powoli, nie miałem siły by poprawić deskę, która odpięła się od górnych pasków i pokracznie wisiała z boku plecaka. Zaczynałem tracić resztki cierpliwości - jak długo to jeszcze potrwa? Nagle na horyzoncie pomiędzy chmurami wyłonił się masyw Everestu. Wiedziałem, że jestem na szczycie.
Przypiąłem deskę do butów i spróbowałem wstać. Chwilę później leżałem na śniegu. W ułamku sekundy zdałem sobie sprawę, że moje wyobrażenie zjazdu ma się nijak do rzeczywistości. Zamiast swobodnego szusowania po otwartych zboczach czekała mnie mordercza walka ze zmęczeniem i zmrożoną skorupą, pod którą znajdował się puch. Okazało się, że nie zdawałem sobie sprawy ze skali przedsięwzięcia, na które się porwałem. Jeździłem we wszystkich możliwych warunkach i byłem pewien, że stok o nachyleniu 40-50 stopni nie będzie dla mnie żadnym problemem. Prawda była inna - brak tlenu, skrajne wyczerpanie organizmu i zmrożony śnieg w brutalny sposób sprowadziły mnie na ziemię.

Kolejna próba skończyła się powodzeniem. Tym razem podszedłem do tematu z większym respektem. Powoli podniosłem się i delikatnie zacząłem zsuwać w dół. Deska ruszyła z miejsca. Niestety zmrożony ślizg nie nabierał prędkości. W dodatku rozcinałem cienką warstwę lodu, zapadając się co jakiś czas po kostki. Czułem się, jakbym dopiero rozpoczynał naukę jazdy na desce. Każdy skręt wymagał włożenia w niego maksimum koncentracji i resztek sił, które mi jeszcze zostały. Chwila nieuwagi kończyła się upadkiem. Powoli, bardzo powoli, odnajdywałem się w nowej sytuacji. Szło mi coraz lepiej i pomimo zmęczenia w końcu zacząłem w miarę normalnie zjeżdżać. Normalnie nie oznacza szybko, co kilka minut zatrzymywałem się, by odpocząć i złapać oddech. Sapałem jak lokomotywa. Marzyłem tylko o śpiworze, gorącej herbacie i odrobinie snu. Od obozu oddzielała mnie jeszcze ściana wysokich na kilkanaście metrów żółtych skał.
Za namową Bogusia postanowiłem je ominąć zjeżdżając w stronę wyrwy w skałach. Miała to być najgorsza decyzja w trakcie całej wyprawy. Na początku zjazd był przyjemny. Spokojnie zjeżdżałem w dół pomiędzy skałami, w kierunku wypłaszczenia. Zacząłem jednak zdawać sobie sprawę, że jestem zbyt nisko i nie dojadę do celu. Jedynym wyjściem było zawrócić i skręcić w stronę poręczówki. Nagle pod nogami zauważyłem uskok skalny. Momentalnie rzuciłem się plecami na śnieg. Zatrzymałem się półtora metra od krawędzi. Przede mną znajdowała się kilkunastometrowa pionowa ściana, a pod nią płaskie pole i zmrożony śnieg. Spadając, w najlepszym wypadku, połamałbym sobie nogi. Przypomniały mi się sceny z filmu „Czekając na Joe" i oblał mnie strumień zimnego potu. Śnieg nie był związany ze skałą i przy najmniejszym ruchu czułem, że zsuwam się w dół. Minęło kilka minut, zanim zdecydowałem się ruszyć. Leżąc na plecach delikatnie odpiąłem deskę i wbiłem ją w śnieg. Zapadła się aż po wiązanie. Zdjąłem plecak, zahaczyłem go o deskę i założyłem raki. Wyjąłem z plecaka czekan i zacząłem powoli wycofywać się z pułapki. Cała operacja zejścia z uskoku i dojścia do poręczówki zajęła mi półtorej godziny. Było to chyba najgorsze półtorej godziny w moim życiu.

Kiedy dojechałem do trzeciego obozu nie mogłem ustać na nogach. Zwaliłem się ciężko przed namiotem. Leżąc na śniegu miałem wszystkiego serdecznie dość. Po raz kolejny zastanawiałem się, po co to wszystko. Przecież wystarczy walnąć deskę w kąt i spokojnie zejść z chłopakami na dół. Musiałem podjąć decyzję. Oba Bogusie chcieli od razu zejść do dwójki, a ja wiedziałem, że nie będę w stanie wykonać kolejnego skrętu. Miałem do wyboru: zostawić deskę albo spędzić samotnie noc w trzeciej bazie. Wybrałem to drugie.
W nocy nie zmrużyłem oka. Brak tlenu i zmęczenie nie pozwoliły mi zasnąć. O świcie zabrałem się za pakowanie sprzętu. Niestety namiot musiał zostać - w plecaku miałem już kilkanaście kilogramów bagażu. Kiedy przypiąłem deskę, nie mogłem podnieść się pod jego ciężarem, a przecież miałem przed sobą zjazd do bazy o różnicy wysokości wynoszącej półtora kilometra. W końcu udało mi się podnieść i ruszyć w dół stoku. Co za jazda! Przy każdym skręcie plecak zarzucał mnie niczym wahadło. Sukcesem było samo utrzymanie równowagi. Kląłem jak szewc zastanawiając się, co mógłbym porzucić po drodze. Nogi coraz bardziej odmawiały mi posłuszeństwa. W drugiej bazie chłopaki czekały na mnie z gorącą herbatą i śniadaniem. Co za ulga. Odpiąłem wiązania i zataczając się jak pijany wpadłem do namiotu. Odpoczynek nie trwał długo. Po godzinie zaczęliśmy zwijać obóz. Tym razem nie było mowy, by zostawić cokolwiek. Do mojego „lekkiego" plecaczka doszedł tropik od namiotu. Przypomniałem sobie te wszystkie filmy o białych przestrzeniach i snowboarderach, którzy lekko sunąc wzbijali za sobą fontanny śniegu. Ciekawe tylko, ile osób wnosiło i znosiło ich sprzęt? Moja rzeczywistość delikatnie odbiegała od tego obrazu. Przytłoczony jak wielbłąd zmagałem się z każdym kolejnym skrętem powtarzając po cichu „...nigdy więcej!". Kiedy w końcu dotarłem do pierwszego obozu nie byłem w stanie wykonać ani jednego ruchu, powiedzieć ani jednego słowa...
Do kraju wróciłem bogatszy o nowe doświadczenia i chudszy o siedem kilo. Minął miesiąc, zanim zacząłem w miarę normalnie funkcjonować.
Dziękuję Bogusiowi, Bogusławowi, Darkowi, Januszowi i Tomkowi. Gdyby nie ich wsparcie w trakcie wyprawy, nigdy nie osiągnąłbym szczytu.
Tekst: Olaf Jarzemski, zdjęcia: Boguś
(snowBoard MDS nr 32 - 2004)
Na szczęście wtedy nie wiedziałem, jak bardzo byłem w błędzie.

Gęste i duszne powietrze wdarło się przez otwarte drzwi samolotu. Nareszcie! Od startu w Bangkoku niecierpliwie wierciłem się w fotelu czekając na ten moment. Minęło osiem lat od chwili, w której wyjeżdżaliśmy z Katmandu a ja czułem, jakby to było wczoraj. Wtedy tułaliśmy się pociągami i autobusami przez pół świata nie wiedząc, co nas spotka następnego dnia. Tym razem cel był jasny i bardzo wyrazisty - Cho Oyu. Wysoka na 8201 metrów szósta góra świata. Jadąc przez wąskie, kolorowe uliczki Thamelu zastanawiałem się, czy będę w stanie zjechać z niej na desce. Odpowiedź miała nadejść w ciągu najbliższych 6-ciu tygodni.
W hotelu przywitał nas Ganesh. Nie wyglądał na doświadczonego przewodnika, który połyka ośmiotysięczniki na rozgrzewkę. Prawdę mówiąc wyglądał, jakby nigdy nie był w wysokich górach. Niestety, wygląd nie kłamał. Okazało się, że tylko prowadzi biuro w Katmandu i nie bierze udziału w wyprawach wysokogórskich. Wszystkie informacje, których udzielał nam na temat bazy i sytuacji w górach mogliśmy wsadzić sobie w... Nieźle, jak na początek! Dodając do tego maoistów, blokadę Katmandu, strajki, spalone meczety, wozy opancerzone w centrum miasta i godzinę policyjną, przyszłość nie wyglądała zbyt różowo. Co tam! Ważne, że dojechaliśmy na miejsce, martwić będziemy się później.

W Katmandu mieliśmy do załatwienia dwie rzeczy: odebrać cargo (wysłaliśmy z polski prawie 300 kg sprzętu) i kupić tlen. Schody pojawiły się już na lotnisku. Bajzel, to bardzo delikatne słowo na to, co zobaczyliśmy w hali bagażowej. Cała podłoga była wypełniona porozrzucanymi bez ładu i składu przesyłkami. Przy dwóch wielkich stołach, zawalonych stertami papieru, siedzieli pracownicy lotniska. Połowa z nich konsumowała bliżej nieokreślone potrawy, a druga dłubała w nosach, mając centralnie gdzieś chaos panujący na sali. Straciliśmy cztery godziny zanim wśród śmieci, papierów i resztek jedzenia odnalazły się listy przewozowe i mogliśmy wyrwać nasze beczki i worki. To niesamowite, ale nic nie brakowało! W drodze powrotnej, w skomputeryzowanym po fundamenty Wiedniu, zgubił się bagaż Bogusia i Bogusława. I gdzie tu logika?

Tlen kupiliśmy bez większych problemów. Wprawdzie na szczyt postanowiliśmy wchodzić bez jego pomocy, ale musieliśmy go mieć dla bezpieczeństwa. W górach byliśmy zdani wyłącznie na siebie i w przypadku jakiejkolwiek awarii nie mogliśmy liczyć na pomoc. Z obozu do najbliższej miejscowości były dwa dni drogi przez lodowiec, a helikoptery latają tylko do wysokości 5000 metrów - jednym słowem zero szans na pomoc z zewnątrz. Nie ma co, fajny pomysł na wakacje.
Po czterech dniach zwiedzania i robienia zakupów, spakowaliśmy się do busów i ruszyliśmy drogą w stronę chińskiej granicy. Droga, to określenie zdecydowanie na wyrost. Rozmoknięta przez ciągłe deszcze praktycznie nie nadawała się do jazdy. Co kilkanaście kilometrów musieliśmy wychodzić i czekać na usuniecie zwałów błota i kamieni. W końcu dojechaliśmy do miejsca, gdzie zamiast drogi pojawiła się kilkunastometrowa wyrwa spadająca w głąb urwiska. O dalszej podróży nie mogło być mowy. Zabraliśmy podręczny sprzęt i ruszyliśmy z buta. W Nepalu nie ma ani jednej bazy narciarskiej, a wyciągi znane są tylko z telewizji. Praktycznie poza garstką żądnych przygód miłośników białego szaleństwa, nikt tu nie zabiera nart czy desek. Przez całą podróż widziałem zainteresowanie, jakie wzbudzał mój snowboard. Faktycznie, deska w gorącym klimacie, pomiędzy zboczami gór porośniętych gęstą dżunglą, była jakby z innej bajki. Przy każdej mijanej po drodze chacie pojawiały się natychmiast dzieciaki, otaczały ze wszystkich stron i łapiąc za deskę robiły harmider nie do wytrzymania. Dźwigając ją na plecach powoli zaczynałem zdawać sobie sprawę, co mnie czeka w górach.

Granica przywitała nas deszczem i hotelem, o którym chciałbym jak najszybciej zapomnieć. Na samą myśl, że spędzimy tu dwa dni czekając na ciężarówki ze sprzętem, robiło mi się słabo. W dodatku zaczęliśmy chorować. Jak się później okazało (czytaj: dwie serie antybiotyków później) zatruliśmy się wodą. Prawdopodobnie zjedliśmy coś na nie wytartych do sucha talerzach albo podali nam niedogotowane warzywa. Gdyby nie pomoc poznanego w bazie przewodnika, moja wyprawa skończyłaby się na lodowcu, na wysokości 5700 metrów. Po dwóch dniach w Kodari przekroczyliśmy granicę i wjechaliśmy do pełnego magii i tajemnic Tybetu.
Spacyfikowany przez Chińczyków Tybet przedstawiał się dość ponuro. Z kultury tybetańskiej nie zostało prawie nic. Podobno Chińczycy zburzyli ok. 50 tysięcy klasztorów. Przejeżdżaliśmy przez pustynną krainę pozbawioną jakiejkolwiek roślinności. Daleko na horyzoncie majaczyły szczyty Himalajów. Jednym słowem krajobraz nie nastrajał optymistycznie. W dodatku w powietrzu unosiły się kłęby pyłu. Przyjazd do Tingri przyjęliśmy z ulgą. To ostania ostoja cywilizacji na naszej trasie. Kolejnym krokiem była baza chińska na morenie lodowca, odległa dwa dni marszu od celu podróży. Następnego dnia miały zacząć się kłopoty. Tybetańczycy przyprowadzili jaki i zaczął się ceremoniał ważenia bagażu. Według naszych obliczeń cały nasz bagaż (14 członków wyprawy + 6 obsługi) ważył ok. 2,5 tony. Chińczykom wyszło 3,5 tony, czyli tysiąc kilogramów więcej!!! Na nic zdały się tłumaczenia, groźby i awantury. Tybetańczycy usiedli przy jakach nie wykazując nami żadnego zainteresowania. Zainteresowało ich dopiero dodatkowe sto dolarów od każdego członka wyprawy.
Załadowaliśmy sprzęt na 53 jaki i ruszyliśmy w drogę. Nie wiedzieć czemu, żaden z tych głupich stworów nie pozwalał przytroczyć sobie do grzbietu mojej deski. Wszystkie wyrażały niechęć objawiającą się parskaniem i dzikim wyrazem oczu. W końcu znalazł się jeden nad wyraz spokojny osobnik, który cierpliwie zniósł dodatkowe 5 kilo. Droga wiła się w górę i dół przez lodowiec. Z każdym krokiem Cho Oyu coraz bardziej przysłaniało horyzont. Olbrzymi masyw rósł w oczach budząc respekt wśród wszystkich uczestników wyprawy.

Do Bazy dotarliśmy drugiego dnia wędrówki. Wszyscy byliśmy już porządnie zmęczeni podróżą. A przecież dopiero w tym momencie rozpoczynała się prawdziwa wyprawa. Po dwóch dniach odpoczynku mieliśmy ruszyć w góry. Niestety, nie wszyscy. Skończyłem brać antybiotyki i choroba złapała mnie na dobre. Przez trzy dni wymiotowałem non stop. Nie miałem siły dojść z namiotu do odległej o kilka metrów mesy. Podobnie czuł się Boguś. Nasze szanse zmalały do zera. I kiedy obdzwoniliśmy wszystkich lekarzy w Polsce i straciliśmy resztki nadziei przyszło wybawienie. Przypadkowo spotkany przewodnik dał nam lekarstwa, po których w ciągu trzech dni stanęliśmy na nogi.
W trakcie naszej choroby podzieliliśmy się na grupy. Tomek z Januszem i Bogusławem od tygodnia pracowali na górze. Teraz razem z Bogusiem musieliśmy nadrobić stracony czas. Rozpoczęliśmy powolne zdobywanie wysokości. Plecak uwierał mnie przy każdym ruchu. Kilkanaście kilogramów przygniatało do ziemi. Na początku deska służyła jako... łopata do wyrównywania platform. Chociaż taki miałem z niej pożytek. Im wyżej wchodziliśmy, to powietrze robiło się coraz rzadsze, a plecak i deska coraz cięższe. W ciągu dziesięciu dni założyliśmy trzy obozy (6400, 7000, 7500 metrów) i zaczęliśmy przygotowywać się do ataku na szczyt.
Wstaliśmy o 12 w nocy. Niewyspani i zmęczeni zaczęliśmy szykować się do drogi. Przed sobą mieliśmy ok. 9 godzin drogi i 700 metrów wysokości do pokonania. Byłem koszmarnie zmęczony i bliski rezygnacji z zabierania deski na szczyt. Widziałem bagaż chłopaków - mały plecaczek, termosy i batoniki energetyczne. Ja miałem przed sobą perspektywę dźwigania, jak szybko obliczyłem, 10-cio kilogramowego plecaka. Pamiętałem, ile wysiłku kosztował mnie każdy krok aż do tego miejsca. Do „porządku" przywołał mnie Boguś. W kilku „ciepłych" słowach powiedział, co sądzi na mój temat. Faktycznie, skoro dotargałem ten złom aż tutaj, głupotą byłoby nie spróbować. Pełen werwy wyszedłem z namiotu.

Już po pierwszych pięciu minutach żałowałem swojej decyzji. Na dworze było koszmarnie zimno. Przy każdym kroku deska przygniatała mnie do ziemi. Czułem się jakby ktoś przybił mi stopy do śniegu dziesięciocentymetrowymi gwoździami. Na początku robiłem 20 kroków i zatrzymywałem się na 30 oddechów. Jednak te proporcje szybko uległy zmianie. Włócząc noga za nogą marzyłem, by zdjąć deskę i szybko zjechać na dół. Dopiero wschód słońca poprawił mi humor. Promienie światła rozlały się na cały horyzont, tworząc paletę kolorów iskrzących się na wierzchołkach. Przez dłuższą chwilę stałem jak zauroczony. Nagle usłyszałem głos Bogusia - „Olaf! Jesteśmy na 8 tysiącach metrów!" Odwróciłem się i zobaczyłem jak wyciąga GPS w moją stronę. Do szczytu zostało nam 200 metrów...
Ostatni odcinek drogi zlał mi się w jeden wielki postój, co kilka kroków musiałem się zatrzymać, złapać oddech i poprawić deskę na plecach. Wyglądaliśmy z Bogusiem jak dwa cienie wolno sunące przez śnieżną pustynię. Prawie w ogóle nie rozmawialiśmy, wypowiedzenie każdego słowa wymagało zbyt dużo wysiłku. W końcu dotarliśmy do plato szczytowego. Czekała nas godzinna „przechadzka" po prawie płaskim terenie wielkości kilkunastu boisk piłkarskich. Wiedziałem, że teraz już się nie wycofam. Teren cały czas łagodnie się wznosił. Przestałem liczyć kroki, wlokłem się powoli, nie miałem siły by poprawić deskę, która odpięła się od górnych pasków i pokracznie wisiała z boku plecaka. Zaczynałem tracić resztki cierpliwości - jak długo to jeszcze potrwa? Nagle na horyzoncie pomiędzy chmurami wyłonił się masyw Everestu. Wiedziałem, że jestem na szczycie.
Przypiąłem deskę do butów i spróbowałem wstać. Chwilę później leżałem na śniegu. W ułamku sekundy zdałem sobie sprawę, że moje wyobrażenie zjazdu ma się nijak do rzeczywistości. Zamiast swobodnego szusowania po otwartych zboczach czekała mnie mordercza walka ze zmęczeniem i zmrożoną skorupą, pod którą znajdował się puch. Okazało się, że nie zdawałem sobie sprawy ze skali przedsięwzięcia, na które się porwałem. Jeździłem we wszystkich możliwych warunkach i byłem pewien, że stok o nachyleniu 40-50 stopni nie będzie dla mnie żadnym problemem. Prawda była inna - brak tlenu, skrajne wyczerpanie organizmu i zmrożony śnieg w brutalny sposób sprowadziły mnie na ziemię.

Kolejna próba skończyła się powodzeniem. Tym razem podszedłem do tematu z większym respektem. Powoli podniosłem się i delikatnie zacząłem zsuwać w dół. Deska ruszyła z miejsca. Niestety zmrożony ślizg nie nabierał prędkości. W dodatku rozcinałem cienką warstwę lodu, zapadając się co jakiś czas po kostki. Czułem się, jakbym dopiero rozpoczynał naukę jazdy na desce. Każdy skręt wymagał włożenia w niego maksimum koncentracji i resztek sił, które mi jeszcze zostały. Chwila nieuwagi kończyła się upadkiem. Powoli, bardzo powoli, odnajdywałem się w nowej sytuacji. Szło mi coraz lepiej i pomimo zmęczenia w końcu zacząłem w miarę normalnie zjeżdżać. Normalnie nie oznacza szybko, co kilka minut zatrzymywałem się, by odpocząć i złapać oddech. Sapałem jak lokomotywa. Marzyłem tylko o śpiworze, gorącej herbacie i odrobinie snu. Od obozu oddzielała mnie jeszcze ściana wysokich na kilkanaście metrów żółtych skał.
Za namową Bogusia postanowiłem je ominąć zjeżdżając w stronę wyrwy w skałach. Miała to być najgorsza decyzja w trakcie całej wyprawy. Na początku zjazd był przyjemny. Spokojnie zjeżdżałem w dół pomiędzy skałami, w kierunku wypłaszczenia. Zacząłem jednak zdawać sobie sprawę, że jestem zbyt nisko i nie dojadę do celu. Jedynym wyjściem było zawrócić i skręcić w stronę poręczówki. Nagle pod nogami zauważyłem uskok skalny. Momentalnie rzuciłem się plecami na śnieg. Zatrzymałem się półtora metra od krawędzi. Przede mną znajdowała się kilkunastometrowa pionowa ściana, a pod nią płaskie pole i zmrożony śnieg. Spadając, w najlepszym wypadku, połamałbym sobie nogi. Przypomniały mi się sceny z filmu „Czekając na Joe" i oblał mnie strumień zimnego potu. Śnieg nie był związany ze skałą i przy najmniejszym ruchu czułem, że zsuwam się w dół. Minęło kilka minut, zanim zdecydowałem się ruszyć. Leżąc na plecach delikatnie odpiąłem deskę i wbiłem ją w śnieg. Zapadła się aż po wiązanie. Zdjąłem plecak, zahaczyłem go o deskę i założyłem raki. Wyjąłem z plecaka czekan i zacząłem powoli wycofywać się z pułapki. Cała operacja zejścia z uskoku i dojścia do poręczówki zajęła mi półtorej godziny. Było to chyba najgorsze półtorej godziny w moim życiu.

Kiedy dojechałem do trzeciego obozu nie mogłem ustać na nogach. Zwaliłem się ciężko przed namiotem. Leżąc na śniegu miałem wszystkiego serdecznie dość. Po raz kolejny zastanawiałem się, po co to wszystko. Przecież wystarczy walnąć deskę w kąt i spokojnie zejść z chłopakami na dół. Musiałem podjąć decyzję. Oba Bogusie chcieli od razu zejść do dwójki, a ja wiedziałem, że nie będę w stanie wykonać kolejnego skrętu. Miałem do wyboru: zostawić deskę albo spędzić samotnie noc w trzeciej bazie. Wybrałem to drugie.
W nocy nie zmrużyłem oka. Brak tlenu i zmęczenie nie pozwoliły mi zasnąć. O świcie zabrałem się za pakowanie sprzętu. Niestety namiot musiał zostać - w plecaku miałem już kilkanaście kilogramów bagażu. Kiedy przypiąłem deskę, nie mogłem podnieść się pod jego ciężarem, a przecież miałem przed sobą zjazd do bazy o różnicy wysokości wynoszącej półtora kilometra. W końcu udało mi się podnieść i ruszyć w dół stoku. Co za jazda! Przy każdym skręcie plecak zarzucał mnie niczym wahadło. Sukcesem było samo utrzymanie równowagi. Kląłem jak szewc zastanawiając się, co mógłbym porzucić po drodze. Nogi coraz bardziej odmawiały mi posłuszeństwa. W drugiej bazie chłopaki czekały na mnie z gorącą herbatą i śniadaniem. Co za ulga. Odpiąłem wiązania i zataczając się jak pijany wpadłem do namiotu. Odpoczynek nie trwał długo. Po godzinie zaczęliśmy zwijać obóz. Tym razem nie było mowy, by zostawić cokolwiek. Do mojego „lekkiego" plecaczka doszedł tropik od namiotu. Przypomniałem sobie te wszystkie filmy o białych przestrzeniach i snowboarderach, którzy lekko sunąc wzbijali za sobą fontanny śniegu. Ciekawe tylko, ile osób wnosiło i znosiło ich sprzęt? Moja rzeczywistość delikatnie odbiegała od tego obrazu. Przytłoczony jak wielbłąd zmagałem się z każdym kolejnym skrętem powtarzając po cichu „...nigdy więcej!". Kiedy w końcu dotarłem do pierwszego obozu nie byłem w stanie wykonać ani jednego ruchu, powiedzieć ani jednego słowa...
Do kraju wróciłem bogatszy o nowe doświadczenia i chudszy o siedem kilo. Minął miesiąc, zanim zacząłem w miarę normalnie funkcjonować.
Dziękuję Bogusiowi, Bogusławowi, Darkowi, Januszowi i Tomkowi. Gdyby nie ich wsparcie w trakcie wyprawy, nigdy nie osiągnąłbym szczytu.
Tekst: Olaf Jarzemski, zdjęcia: Boguś
(snowBoard MDS nr 32 - 2004)






