snowBoard MDS 53/2012
.: Travis Rice / prze-gość numeru
.: SNB szklanym okiem / Yarrek
.: From Romania with Fear / akcja w Karpatach
.: Testy / sprzęt
.: Denis Leontiew / wywiad
.: Gniazdo na mękach / trening
.: Step by Step / nauka triku
.: Serwisowanie sprzętu / nietypowe deski
.: Nasz portret / wyniki ankiety
.: SNB szklanym okiem / Yarrek
.: From Romania with Fear / akcja w Karpatach
.: Testy / sprzęt
.: Denis Leontiew / wywiad
.: Gniazdo na mękach / trening
.: Step by Step / nauka triku
.: Serwisowanie sprzętu / nietypowe deski
.: Nasz portret / wyniki ankiety
Dopiero
na statku płynącym z Bellingham do Juneau poczułem, że powoli zagłębiamy się w
naprawdę inny świat. Jest kwiecień - ani to lato, ani zima. To znaczy na dole
lato, u góry zima. Trzy dni totalnego chiloutu mają nas przygotować na mroźny
powiew innego świata. Nie kumamy nic poza tym, że Alaska to święte miejsce -
Mekka każdego freeridera. Trzy dni, bo tyle będziemy bujać się na fali wzdłuż
wybrzeży Kanady, podsycają nasze napięcie. Płyniemy wzdłuż wiosek traperów,
wylegujących się na brzegach fok i morskich lwów, za burtą, co jakiś czas
pojawia się płetwa orki. Płynąca z przeciwka barka, to prawdziwe wydarzenie i
powód do wyjścia na pokład. My, w przeciwieństwie do potomków Indian
stanowiących większość na statku, spędzamy na zewnątrz całe dnie. Oczekujemy
surowej aury, która jednak nie nadchodzi, a słońce rozpieszcza nas aż do
Ketchikan, pierwszego portu po dobie spędzonej na pokładzie. Pomyśleć, że
pierwsi biali osadnicy dotarli tu zaledwie 120 lat temu, a my pałujemy z
deskami, aby pozjeżdżać z helikoptera i zobaczyć łosia. Marzymy też o misiach,
ale wiemy, że o tej porze śpią jeszcze smacznie po długiej zimie.
Cztery dni później zapychamy z dechami na plecach na Eaglecrest, zpałowani na maxa. Nie tak wyobrażaliśmy sobie Alaskę. Zwłaszcza pierwszy dzień. Słońce pali niemiłosiernie, śniegu full, a kolunie z wyciągu oznajmili nam koniec jego pracy. Dodatkowo wkurwia nas fakt, że wyciąg chodzi, ale w celu posezonowego przeglądu...
Jeyson, koleżka który tak jak my nie pasował do ekipy ze statku, zawiódł nas w to właśnie miejsce nieopodal Juneau. Miasteczko wielkości Zakopanego to stolica największego stanu Ameryki. A otaczające go górki to tylko dwutysięczniki - tyle, że wyrastające wprost z poziomu morza.
Zaczynamy nieco pechowo. Jedno z dwóch krzeseł Alaski właśnie zwalnia, by zapaść w półroczny sen. My też wleczemy coraz wolniej. Oprócz Jaysona jeszcze dwóch koluni: Jarro, choć osłonięty grubą warstwą tłuszczu jeździ dla Burtona oraz Gay, który jeździ na nartkach. Gdy osiągamy górną stację jesteśmy sami, a żar leje się z błękitnego nieba. Tu rozkładamy się na mały biwaczek, potem już tylko granią do upatrzonego z dołu żlebu. Z tego miejsca wygląda niemal pionowo. Nasi nowi koleżkowie z plecaków wyjmują szklane faje, a wrzucony do nich śnieg momentalnie się topi. Nic to dziwnego, dziwne dopiero się zacznie. Następna rzecz w ich rękach to wielka, 10 cm średnicy lupa, która po ustawieniu pod odpowiednim kątem do słońca przez moment drażni zawartość cybucha, by ta za chwilę buchnęła ogniem. Pełni szacunku dla ich myśli technicznej zadajemy z faji, pono zdrowiej, bo bez toksyn z zapałek...
Spacerek granią jest naprawdę przyjemny, po lewej w dole śnieżne stoki spadają direct do oceanu, a na nim widać kilka wysp-gór lodowych zamieszkałych wyłącznie przez misie. Śnieżne, nietknięte jak okiem sięgnąć pola aż kuszą, by walnąć pierwszy ślad. Wszystko ma tu rozmiar XXL, a po półgodzinnym zjeździe moglibyśmy jedynie machać na brzegu niczym Robinson Crusoe. Idziemy więc przed siebie, robiąc ślad na grani i nie mogąc doczekać się pierwszego zjazdu. Na szczęście pogoda totalnie nas rozpieszcza. Ostatni fragment to naprawdę niezłe doginanko - wbijamy czubki butów oraz kijki i pniemy się przez ostatnią śnieżną ścianę o nachyleniu 60º. Z dołu wygląda na pięć minut, my robimy ją prawie godzinę.
Długi gdzieś na kilometr żleb od góry też robi mega wrażenie. Zdążył go już nakryć cień, a śnieg zmienił się na bardziej puchowy. Po kolei puszczamy się w czeluść, a powietrze drąży nasze rozdarte ma maxa mordy. Zapieprzamy ile wlezie, a robienie pierwszego śladu to naprawdę super akcja. Tumany wznoszącego się za deską śniegu nie mają szans nadążyć za nami oraz za buzującą adrenaliną. Ostatni fragment to totalna krecha, pozwalająca na pełnej prędkości przebyć położone na dnie kotła zamarznięte jeziorko. Na środku jego tafli wszyscy się spotykamy podskakując z radości i kipiąc energią.
Trzydziestoletni Chevrolet, w dodatku z manualną skrzynią, dowozi nas wyczerpanych do Alaska Hotelu - wiktoriańskiego burdelu z czasów gorączki złota, w którego milutkich pokoikach, oczywiście po znajomości, ulokował nas Jayson. Na wieść, że jesteśmy z Polski i też na dechę, chłopak z recepcji tak się przejął, że wykroił nam dwie komnaty z cudzych rezerwacji na zaczynający się właśnie w Juneau Folk Festival. Miasteczko przeżywało małe oblężenie niezłych modeli grających na czym się dało, a na ulicach unosił się charakterystyczny słodki dym. Opadły nam szczeny, gdy zostaliśmy uświadomieni, że jaranko w tym przemiłym zakątku świata, aż do roku 1975 było full legalne, teraz zaś jest full tolerowane i dostępne.

Szybko też pokumaliśmy, że nasz koleżka i przewodnik Jayson ma jeszcze trzecią profesję, jakże bardzo nam miłą. Jego pokrowiec na deskę surfingową, z którą właśnie wracał z nad brzegu zatoki meksykańskiej, miał też swoje drugie przeznaczenie, o którym się raczej nie mówiło...
Tak więc byliśmy gotowi do snowboardowo-przygodowego podboju Alaski. Na dodatek nasi nowi przyjaciele z wyprawy na Eaglecrest okazali się zawziętymi hodowcami, a jako ciekawostkę dowiedzieliśmy się, że lato tutaj jest bardzo upalne, temperatura dochodzi do 30ºC i warunki są wymarzone nie tylko dla misiów grizzly.
Po paru miłych dzionkach spędzonych w okolicy Juneau dołączyła do nas zakręcona, jak ruski słoik, kicia Jaysona. Jej głupkowaty śmiech i pożeranie wszystkiego co się dało, towarzyszył nam przez kilka dzionków wyprawy w naprawdę dziką Alaskę - do Heines. Jedyna komunikacja z tym maleńkim porcikiem, z którego samotna droga wlekła przez skrawek Kanady do Fairbanks w samym sercu Alaski, to nieregularnie latająca awionetka lub prom kursujący dwa razy w tygodniu.
Jako, że promem byliśmy chwilowo „napływani" zdecydowaliśmy się na wariant powietrzny. Już na lotnichu rzucono nam pierwsze kłody pod nogi, bowiem pilot stwierdził, że nasze słabo wymiarowe deski + cały bet ważą tyle, że nie ma szans, by leciały z nami. W tym momencie wspomniałem zeszłorocznego tripa w Kaukaz, gdzie wieziono nas pod Elbrus merolem 600, a nasze dechy Land Cruisierem z kogutem na dachu i na sygnale podążały za nami. Tak więc wkroczyliśmy po skrzydle do wnętrza i lecieliśmy z nosami przyklejonymi do szyby, zapięci w paski bezpieczeństwa i z aparatami w pogotowiu. Za nami podążał nasz uciążliwy, ale niezbędny sprzęcik.
Choć cały nasz trip z perspektywy to niezły „lot", ten lot naprawdę był niezły. Heines to dziura jak cholera. Znana wyłącznie uciekinierom z innych stanów, a dzięki kadrom z filmu „Biały Kieł" stała się też Mekką snowboarderów. Jadąc stąd jedyną istniejącą drogą na 33 mili napotkamy przedziwne miejsce. Bar, dwa baraki, dystrybutor z paliwem i stojące na poboczu dwa śmigłowce, to siedziba chłopaków z „Out of bounds". Neil Carson, sponsorowany przez North Face'a, spędza tutaj przeciętnie pół roku bujając się z klientami po okolicznych górkach. To u nich kręcono większość filmów z udziałem prosów z całego świata. Któregoś dnia, gdy bajerzymy w ojczystej mowie czekając na kawałek błękitnego nieba, a tym samym szansę odpalenia śmigła, podchodzi do nas koleżka zamieszkujący, jak się okazuje, wesoły kraj po drugiej stronie Karkonoszy. Gawędzimy miło w mieszance polsko-czeskiej, o pochodzeniu naszywek Red Bulla na moich i jego ciuchach oraz o jeżdżeniu w Spindlu. Kolunio okazuje się być prosem jeżdżącym dla Quicksilvera i Red Bulla. Jakiś miesiąc temu Martin Cernik - bo o nim mowa - pogonił na pajpie światowe sławy w Davos, a hojny sponsor zaproponował mu skręcenie filmiku z Alaski. Tak więc bufamy już wspólnie, bo spotkać Czecha w Haines to naprawdę niezła okazja. Martin też ma zamiar lecieć gdy dowiaduje się, że przyjechaliśmy tu pojeździć ze śmigła. Tak więc ekipka z dnia na dzień się powiększa i wlokąc razem po uliczkach Haines budzimy zainteresowanie, a może nawet i respekt. Spędzamy tu naprawdę mega czas i choć pogoda nie rozpieszcza, a po lampie z Juneau zostało jedynie wspomnienie, nasz polsko-czesko-amerykański team wynajduje sobie różne ciekawe zajęcia. Tak krążąc między 33 milą, gdzie czatujemy na pogodę, 26 milą, gdzie mieszkamy u kolejnych znajomych Jeysona, a milą 0, gdzie leży Haines, leci parę dzionków. Nasi nowi znajomi to Paul i Coleen przemiła parka zmęczona zgiełkiem nowego świata, która właśnie tutaj, na 26 mili drogi do Haines, w przepięknej Valley of Eagles odnalazła swoje miejsce na ziemi. Kimamy w pokoju dzieci na pięterku klimaciarskiej chawirki, której Paul i Coleen nie zamykali na klucz, od kiedy ją nabyli. Właśnie w tym roku nasi przyjaciele postanowili spróbować szczęścia rozkręcając interes o nazwie Big Country. Paul ma totalnego joba na punkcie skuterów śnieżnych, a Coleen na punkcie snowboardu. Stwierdzili, że bujanko z klientami na snowmachinach w połączeniu ze zjazdami na deskach to mega pomysł na cash and life.
Słonecznego ranka pakujemy 6 skuterów na przyczepkę jebitnego Chevroleta. Ten Chevi w niczym nie przypomina naszego pierwszego pojazdu w Juneau. Pałujemy w najlepsze, obcykane przez naszą parę miejscówki. Plan banalny, jest dla nas genialny. U podnóża lodowca zostawiamy brykę, skuterami ciśniemy od tylca na wybraną górkę i dajemy czadu po nietkniętych stokach. Każdy ma to, co sobie wymarzy i wynajdzie.
Podjarani na maxa wiercimy się w bryce - jak wszystko tutaj, ona też jest XXL. Nagle wśród kosodrzewiny wyłaniają się budy z celnikami. Granica z Kanadą. Niby luzik, Paula wszyscy znają, miła bajerka typu jak tam, co tam. Mówimy, że jedziemy kawałek, bo mają fajne górki, a na noc wracamy do chawirki i że tak pojeździmy przez parę dzionków. Jest super miło, koleżka prosi o paski i wertuje jakiś czas. Chodzi, pyta, dzwoni, wraca i oznajmia, że Polaków jeszcze tu nie mieli, ale do Kanady to przydałyby się nam wizy. Zdziwko wielkie, bo nie spodziewaliśmy się na tych zadupiach takich akcji. Tylko Kasia jest szczęśliwą posiadaczką wizy, a ja, Misiek i Lucjan mamy niby bąknąć po 150 dolców za wjazd. Jest to w cholerę cena zważywszy, że wieczorem chcemy wracać. A jak się okazuje, jutro znów trzeba będzie zabecalować za wjazd do kraju pachnącego żywicą. Wspólnie z Paulem i miłym panem z granicy dumamy, co począć. Ostateczna decyzja jest taka, że wracamy na 26 milę po campowóz i wleczemy go z nami za granicę - my w nim mieszkamy na skraju lodowca, a Jeyson z kicią i Paul z Coleen śpią w chawirze dojeżdżając do nas każdego dnia by wspólnie pojeździć. Taki trik pozwoli nam wjechać do Kanady na kilka dzionków w cenie 150 baksów od łeba. Z ciężkim sercem wyskakujemy z kaski tylko dlatego, że Paul roztacza wizję mega jazdy po tamtej stronie pieprzonej granicy. Zresztą akcja ze spaniem w blaszanej budzie na pustkowiu całkiem nam się podoba.
Gdy dosiadamy snowmobili i gęsiego pociskamy w stronę górek ogarnia nas uczucie, które towarzyszyło zapewne pierwszym odkrywcom tych terenów. Tylko, że my ciśniemy 70 mpha, czyli koło stówki na godzinę. Specjalne maski i gogle pozwalają nam w ogóle złapać powietrze, a feel jest naprawdę zajebisty. Do tego pełne słońce, a krajobrazy bardziej przypominają plany z filmów science fiction niż te z gór, do których przywykliśmy. Ogromna śnieżno-lodowa pustynia wydaje się nie mieć końca. Im dłużej jedziemy, tym pewniej czujemy się na skuterach. Powoli zaczyna się mimowolne wyszukiwanie hopek, by coś zamieszać. Machiny mają mega kopa - początkowo mamy stracha przed ciśnięciem gazu na maxa, ale szybko się oswajamy. Załapaliśmy takiego wkręta, że prawie zapomnieliśmy, że skuter Paula ciągnie za sobą sanie z naszymi dechami. Nowa zajawka pochłonęła nas na maxa. Paul i Coleen w ogóle się nie dziwią.
Wreszcie zakładamy obóz na dnie dolinki - po obu stronach piki o niezbyt nachylonych dziewiczych stokach. Mamy plan pozwalający wyszaleć się - zarówno, jeśli chodzi o jazdę na skuterach, jak i jazdę na desce. Trzy maszyny porzucamy w dolinie, a na pozostałych wozimy się dwójkami od tylca na szczyt. Zabawa jest maksymalna. Drugi na skuterze dzielnie dzierży deseczkę, aby na niej zadać w dół, a kierujący wraca po następnego. Odkrywamy coraz to nowe żleby i nawisy, a nasza średnio stroma górka okazuje się mieć wszelkie wymarzone formacje i trudności. Ci, którzy właśnie odpoczywają w bazie, pstrykają fotki i kręcą film. Zbocza widać jak na dłoni, do tego t-shirtowa pogoda i to, że jesteśmy sami aż po horyzont. A tak naprawdę, to chyba jeszcze dalej.
Po ciemku docieramy do naszego pick-upa z zasadzonym na pace blaszanym domem. Nasi gospodarze spadają na jamę, a my pakujemy się na brykę. Instalujemy się powoli, Paul odpala generator, który ma nam zapewnić przetrwanie nocy, Coleen instruuje w sprzętach kuchennych, a przewidujący Jeyson zostawia wór zielska. Myślę, że tak wyposażeni przetrwamy nie tylko tę noc.
I przetrwaliśmy, choć generator płatał nam figle odcinając dopływ zbawiennego ciepła, a nasze kłótnie o to, kto ma wyjść na dwór, aby ponownie go odpalić, rozdzierały ciszę lodowej pustyni.
Z uśmiechem powitaliśmy promienie słońca, a zaraz po nich nadjeżdżającą ekipę. Dopływ słońca i świeżego żarcia to to, czego potrzebowaliśmy. Przyjaciół rzecz jasna też.
Dziś zapuszczamy się w głąb lodowca na ponad godzinę jazdy skuterami. Przed przełęczą, za którą czeka nas sąsiednia dziewicza dolina jest tak stromo, że na pełnym gazie nie jesteśmy w stanie dojechać. Na szczęście Paul jest zawodowcem.
W dół rozciąga się chyba najpiękniejsza panorama, jaką w życiu widziałem. Kasia decyduje się przypiąć deskę i tnie obok nas robiąc pierwszy ślad.
Po kilku minutach szalonej jazdy wypatruję wysokie na 20 metrów seraki lodowe. Dzioby wznoszące się ze zbocza. Już widzę mega kadry z jazdy pomiędzy nimi. Przypinamy deski i ciśniemy w ich kierunku - robię pierwszy spokojny zjazd, aby wyczaić teren. Takie miejsca lubią być pełne pułapek. Jest OK. Do drugiego zjazdu szykujemy się już wszyscy. Mam chytry plan przyczaić się z boku i porobić trochę fotek, jak załoga zjeżdża między lodowymi olbrzymami. Jedziemy po kolei, w pewnym momencie odbijam od starego śladu, aby znaleźć się w dobrym miejscu do fot. Niebo bez chmurki, słońce daje na maxa, światło wymarzone. Nagły trzask i zapadam się pod ziemię. Lecę odbijając się od lodowych ścian. Wszystko dzieje się tak szybko, że nic nie kumam. Lód spada w dół i leci mi na głowę. Szczęśliwym trafem jestem w kasku. Po chwili zatrzymuję się stojąc deską na kawałku lodu, który zaklinował się w szczelinie. O czymś takim czytałem tylko w książkach - jebutna dziura tak się zwęża pode mną, że boję się tam patrzeć. Do góry jakieś 20 metrów takiego lodu, że już wiem - o własnych siłach się stąd nie wydostanę! W tym miejscu gdzie wylądowałem szczelina jest szeroka na jakiś metr - prawdziwy cud, że nie wklinowałem się w nią parę metrów niżej. Plecaczek ze sprzętem, deska i kask niewątpliwie uratowały mi życie. Teraz rozumiem, dlaczego alpiniści wpadający do lodowych szczelin zazwyczaj zostają tam na zawsze. Ale do rzeczy - słaby to czas i miejsce na refleksje - próbuję pozbierać myśli. Na szczęście mam radio, wywołuję więc ekipę. Mam nadzieję, że widzieli gdzie mnie wcięło i nie podchodzą czasem do krawędzi, aby zapytać, co się stało. Wiedziałem, że zmorą snowboarderów na Alasce są lawiny i głównie pod tym kątem staraliśmy się oceniać śnieg i zbocza, ale szczelina ukryta pod śniegiem w niewinnym na pozór terenie, zaledwie kilka metrów od mojego pierwszego śladu...

Po dwóch godzinach mozolnej akcji przyjaciele wywlekają mnie z dziury na kawałkach lin służących do wleczenia sani za snowmobilami. To wszystko co mieliśmy, na pomoc z zewnątrz nie można tu liczyć. Na powierzchni wciąż świeci słońce i chyba jest jeszcze piękniej niż było. Ściskam się ze wszystkimi i wszyscy ze sobą. Paul i Coleen są naprawdę przerażeni. Jeyson skręca jointa, choć jest to działanie automatyczne, bo też jest cały blady. Swego rodzaju święto na środku lodowca. Kasi lecą łezki, mi z resztą też. Okazuje się, że chłopcy zabrali ją niemal znad szczeliny, gdy chciała zaglądnąć gdzie jestem. Mogło być naprawdę groźnie.
Tego dnia średnio już mamy ochotę na mocne akcje. Dosiadamy skuterów i powoli wracamy do bazy. Powoli, bo adrenalina przestała buzować i boli mnie dosłownie całe ciało. Przed każdą nierównością zwalniam prawie do zera i wcale nie poszukuję hopek...
Przez tydzień lizałem się z ran w pokoju dziecinnym naszych gospodarzy. Okłady i maści na niewiele się zdawały. Za to rząd lalek nad łóżkiem i mega widoki za oknem tworzyły niezapomniany klimat szpitala na peryferiach. Na szczęście okres powrotu do zdrowia zbiegł się w czasie z okresem dupówy. Wymarzone śmigło i tak nie mogło wzbić się z racji niskich, czarnych chmur, a jedyne zajęcie, jakie nam pozostało, to wycieczki po okolicy w poszukiwaniu łosia. Łoś, tak jak heli oraz jazda na snowboardzie i snowmobilu, należał do obowiązkowego punktu programu naszego tripa. Największą zaś zajawkę na jego wypatrzenie miała Kasia. Tak też się stało. Któregoś ranka, oczywiście na mokradłach nazwanych przez nas łosiowiskami, wypatrzyla tego cudnego i naprawdę wielkiego stwora. Gdy dopadliśmy z aparatami miejsca, gdzie przed chwilą nam się objawił, łosia już dawno nie było, a w krzonie pozostawił nam górę wciąż parujących bobów. Za to od tej pory łosie widywaliśmy niemal codziennie, a Kasia stworzyła na mapie Alaski mapę ich występowania.
Jeyson z panną wrócili do Juneau, Poul z Coleen pojechali po córke do Whitehorse w Kanadzie, a my w pozostawionej nam przez nich chałupce wyglądaliśmy błękitnego nieba.
Nadciągnął dzień wyjazdu Miśka, który niestety miał z nami spędzić tylko cześć tripa. Wieziemy go z posępnymi minami na prom w Hajnes, gdy nagle niebo się odsłoniło, a łaska pańska zstąpiła na nas. Nasza bryka zawinęła na piskówie o 180 stopni i zamiast do portu, pędziliśmy na 33 mile. Wypadliśmy w samą porę i wielkie było nasze zdziwienie, gdy na skąpanej w słońcu łące odziewał się w snowboardowe ciuchy... Jeyson! Jeb...iec! Jak się okazało dotarł jedynie do Haines, tam spotkał znajomków, zabalował, a rankiem dziwnym trafem zbudził się tutaj. Nie wkręcając się w szczegóły jego historii wywlekaliśmy dechy i zapinaliśmy detektory lawinowe, bowiem pilot już był gotowy. Jeszcze tylko szybka próba, czy każdy kuma działanie sprzętu i nasza piecioosobowa ekipa nakłada słuchawki by wzbijć się w niebiosa. Wszystko dzieje się tak szybko, że robienie fot to prawdziwa akcja. Nasza 33 mila robi się coraz mniejsza, aż znika zupełnie, a widok pod nogami rozwala nas na kawałki. Bujamy się w powietrzu w poszukiwaniu ekstra górki w takiej scenerii, że ciężko pozbierać myśli. Do tego walka ze sprzętem foto wciąż trwa... Jeyson, niewątpliwie bardziej oblatany od nas, wskazuje na pik z powiewającą, kolorową tasiemką. Przytakujemy i po kilkunastu sekundach śmigło siada właśnie na nim. Wyskakujemy po kolei wbijając się w śnieg po pas. Drzemy mordy z radości. Na szczycie miejsca jest akurat dla naszej ekipy - heli pikuje w dół. Za chwilę też ruszymy w tamtym kierunku, teraz jednak rozkoszujemy się ciszą i mega panoramą. Kręcimy się dookoła osi jak koniki na karnawałowej karuzeli.
Po kilku mocniejszych podmuchach kawałkami lodu w fejsy stwierdzamy, że czas już na nas. Ciśniemy w obranym najpierw kierunku delikatnie testując śnieg. Jedziemy wzdłuż grani, aby dotrzeć do miejsca, gdzie zaczyna się żleb, z równolegle do niego biegnącym śnieżno-skalny grzbietem. Wszystko jest potężnych rozmiarów i wydaje się, że nasz zjazd potrwa w nieskończoność.
Po kolei czujnie tniemy śnieg, by nie spowodować lawiny. Decha po paru metrach nabiera prędkości, a wywrotka może zakończyć się tragicznie na samym dnie doliny. Każdy wali swój ślad zachłystując się powietrzem i kosmiczną energią. Co kilkaset metrów zatrzymujemy się w dobrych miejscach łypiąc na pozostałych. Aparat już dawno odmówił posłuszeństwa wiec pozostaje czysta jazda. Chmury zamykają niebo - tniemy na maxa licząc na następny flay. Wielka szkoda, że wszystko dzieje się tak szybko. W końcu to 100 dolców na łeb, wiec akcja mogłaby potrwać nieco dłużej!
Prom, którym miał wracać Misiek dawno odpłynął, a następny za tydzień. Na szczęście, na składającym się z pasa startowego i blaszanej budy lotnisku udaje nam się znaleźć pilota i wyprawić awionetką Miśka do Juneau. Służba nie drużba... My zostajemy tu jeszcze kilka dzionków, totalnie uzależnieni czaimy się na heli. Potem wleczemy do Valdez i pod Mt. Mc Kinleya, ale to już zupełnie inna historia...
Tekst: i zdjęcia: Jacek Kudłaty
(snowBoard MDS nr 21, 2002)
Cztery dni później zapychamy z dechami na plecach na Eaglecrest, zpałowani na maxa. Nie tak wyobrażaliśmy sobie Alaskę. Zwłaszcza pierwszy dzień. Słońce pali niemiłosiernie, śniegu full, a kolunie z wyciągu oznajmili nam koniec jego pracy. Dodatkowo wkurwia nas fakt, że wyciąg chodzi, ale w celu posezonowego przeglądu...
Jeyson, koleżka który tak jak my nie pasował do ekipy ze statku, zawiódł nas w to właśnie miejsce nieopodal Juneau. Miasteczko wielkości Zakopanego to stolica największego stanu Ameryki. A otaczające go górki to tylko dwutysięczniki - tyle, że wyrastające wprost z poziomu morza.
Zaczynamy nieco pechowo. Jedno z dwóch krzeseł Alaski właśnie zwalnia, by zapaść w półroczny sen. My też wleczemy coraz wolniej. Oprócz Jaysona jeszcze dwóch koluni: Jarro, choć osłonięty grubą warstwą tłuszczu jeździ dla Burtona oraz Gay, który jeździ na nartkach. Gdy osiągamy górną stację jesteśmy sami, a żar leje się z błękitnego nieba. Tu rozkładamy się na mały biwaczek, potem już tylko granią do upatrzonego z dołu żlebu. Z tego miejsca wygląda niemal pionowo. Nasi nowi koleżkowie z plecaków wyjmują szklane faje, a wrzucony do nich śnieg momentalnie się topi. Nic to dziwnego, dziwne dopiero się zacznie. Następna rzecz w ich rękach to wielka, 10 cm średnicy lupa, która po ustawieniu pod odpowiednim kątem do słońca przez moment drażni zawartość cybucha, by ta za chwilę buchnęła ogniem. Pełni szacunku dla ich myśli technicznej zadajemy z faji, pono zdrowiej, bo bez toksyn z zapałek...
Spacerek granią jest naprawdę przyjemny, po lewej w dole śnieżne stoki spadają direct do oceanu, a na nim widać kilka wysp-gór lodowych zamieszkałych wyłącznie przez misie. Śnieżne, nietknięte jak okiem sięgnąć pola aż kuszą, by walnąć pierwszy ślad. Wszystko ma tu rozmiar XXL, a po półgodzinnym zjeździe moglibyśmy jedynie machać na brzegu niczym Robinson Crusoe. Idziemy więc przed siebie, robiąc ślad na grani i nie mogąc doczekać się pierwszego zjazdu. Na szczęście pogoda totalnie nas rozpieszcza. Ostatni fragment to naprawdę niezłe doginanko - wbijamy czubki butów oraz kijki i pniemy się przez ostatnią śnieżną ścianę o nachyleniu 60º. Z dołu wygląda na pięć minut, my robimy ją prawie godzinę.
Długi gdzieś na kilometr żleb od góry też robi mega wrażenie. Zdążył go już nakryć cień, a śnieg zmienił się na bardziej puchowy. Po kolei puszczamy się w czeluść, a powietrze drąży nasze rozdarte ma maxa mordy. Zapieprzamy ile wlezie, a robienie pierwszego śladu to naprawdę super akcja. Tumany wznoszącego się za deską śniegu nie mają szans nadążyć za nami oraz za buzującą adrenaliną. Ostatni fragment to totalna krecha, pozwalająca na pełnej prędkości przebyć położone na dnie kotła zamarznięte jeziorko. Na środku jego tafli wszyscy się spotykamy podskakując z radości i kipiąc energią.
Trzydziestoletni Chevrolet, w dodatku z manualną skrzynią, dowozi nas wyczerpanych do Alaska Hotelu - wiktoriańskiego burdelu z czasów gorączki złota, w którego milutkich pokoikach, oczywiście po znajomości, ulokował nas Jayson. Na wieść, że jesteśmy z Polski i też na dechę, chłopak z recepcji tak się przejął, że wykroił nam dwie komnaty z cudzych rezerwacji na zaczynający się właśnie w Juneau Folk Festival. Miasteczko przeżywało małe oblężenie niezłych modeli grających na czym się dało, a na ulicach unosił się charakterystyczny słodki dym. Opadły nam szczeny, gdy zostaliśmy uświadomieni, że jaranko w tym przemiłym zakątku świata, aż do roku 1975 było full legalne, teraz zaś jest full tolerowane i dostępne.

Szybko też pokumaliśmy, że nasz koleżka i przewodnik Jayson ma jeszcze trzecią profesję, jakże bardzo nam miłą. Jego pokrowiec na deskę surfingową, z którą właśnie wracał z nad brzegu zatoki meksykańskiej, miał też swoje drugie przeznaczenie, o którym się raczej nie mówiło...
Tak więc byliśmy gotowi do snowboardowo-przygodowego podboju Alaski. Na dodatek nasi nowi przyjaciele z wyprawy na Eaglecrest okazali się zawziętymi hodowcami, a jako ciekawostkę dowiedzieliśmy się, że lato tutaj jest bardzo upalne, temperatura dochodzi do 30ºC i warunki są wymarzone nie tylko dla misiów grizzly.
Po paru miłych dzionkach spędzonych w okolicy Juneau dołączyła do nas zakręcona, jak ruski słoik, kicia Jaysona. Jej głupkowaty śmiech i pożeranie wszystkiego co się dało, towarzyszył nam przez kilka dzionków wyprawy w naprawdę dziką Alaskę - do Heines. Jedyna komunikacja z tym maleńkim porcikiem, z którego samotna droga wlekła przez skrawek Kanady do Fairbanks w samym sercu Alaski, to nieregularnie latająca awionetka lub prom kursujący dwa razy w tygodniu.
Jako, że promem byliśmy chwilowo „napływani" zdecydowaliśmy się na wariant powietrzny. Już na lotnichu rzucono nam pierwsze kłody pod nogi, bowiem pilot stwierdził, że nasze słabo wymiarowe deski + cały bet ważą tyle, że nie ma szans, by leciały z nami. W tym momencie wspomniałem zeszłorocznego tripa w Kaukaz, gdzie wieziono nas pod Elbrus merolem 600, a nasze dechy Land Cruisierem z kogutem na dachu i na sygnale podążały za nami. Tak więc wkroczyliśmy po skrzydle do wnętrza i lecieliśmy z nosami przyklejonymi do szyby, zapięci w paski bezpieczeństwa i z aparatami w pogotowiu. Za nami podążał nasz uciążliwy, ale niezbędny sprzęcik.
Choć cały nasz trip z perspektywy to niezły „lot", ten lot naprawdę był niezły. Heines to dziura jak cholera. Znana wyłącznie uciekinierom z innych stanów, a dzięki kadrom z filmu „Biały Kieł" stała się też Mekką snowboarderów. Jadąc stąd jedyną istniejącą drogą na 33 mili napotkamy przedziwne miejsce. Bar, dwa baraki, dystrybutor z paliwem i stojące na poboczu dwa śmigłowce, to siedziba chłopaków z „Out of bounds". Neil Carson, sponsorowany przez North Face'a, spędza tutaj przeciętnie pół roku bujając się z klientami po okolicznych górkach. To u nich kręcono większość filmów z udziałem prosów z całego świata. Któregoś dnia, gdy bajerzymy w ojczystej mowie czekając na kawałek błękitnego nieba, a tym samym szansę odpalenia śmigła, podchodzi do nas koleżka zamieszkujący, jak się okazuje, wesoły kraj po drugiej stronie Karkonoszy. Gawędzimy miło w mieszance polsko-czeskiej, o pochodzeniu naszywek Red Bulla na moich i jego ciuchach oraz o jeżdżeniu w Spindlu. Kolunio okazuje się być prosem jeżdżącym dla Quicksilvera i Red Bulla. Jakiś miesiąc temu Martin Cernik - bo o nim mowa - pogonił na pajpie światowe sławy w Davos, a hojny sponsor zaproponował mu skręcenie filmiku z Alaski. Tak więc bufamy już wspólnie, bo spotkać Czecha w Haines to naprawdę niezła okazja. Martin też ma zamiar lecieć gdy dowiaduje się, że przyjechaliśmy tu pojeździć ze śmigła. Tak więc ekipka z dnia na dzień się powiększa i wlokąc razem po uliczkach Haines budzimy zainteresowanie, a może nawet i respekt. Spędzamy tu naprawdę mega czas i choć pogoda nie rozpieszcza, a po lampie z Juneau zostało jedynie wspomnienie, nasz polsko-czesko-amerykański team wynajduje sobie różne ciekawe zajęcia. Tak krążąc między 33 milą, gdzie czatujemy na pogodę, 26 milą, gdzie mieszkamy u kolejnych znajomych Jeysona, a milą 0, gdzie leży Haines, leci parę dzionków. Nasi nowi znajomi to Paul i Coleen przemiła parka zmęczona zgiełkiem nowego świata, która właśnie tutaj, na 26 mili drogi do Haines, w przepięknej Valley of Eagles odnalazła swoje miejsce na ziemi. Kimamy w pokoju dzieci na pięterku klimaciarskiej chawirki, której Paul i Coleen nie zamykali na klucz, od kiedy ją nabyli. Właśnie w tym roku nasi przyjaciele postanowili spróbować szczęścia rozkręcając interes o nazwie Big Country. Paul ma totalnego joba na punkcie skuterów śnieżnych, a Coleen na punkcie snowboardu. Stwierdzili, że bujanko z klientami na snowmachinach w połączeniu ze zjazdami na deskach to mega pomysł na cash and life.
Słonecznego ranka pakujemy 6 skuterów na przyczepkę jebitnego Chevroleta. Ten Chevi w niczym nie przypomina naszego pierwszego pojazdu w Juneau. Pałujemy w najlepsze, obcykane przez naszą parę miejscówki. Plan banalny, jest dla nas genialny. U podnóża lodowca zostawiamy brykę, skuterami ciśniemy od tylca na wybraną górkę i dajemy czadu po nietkniętych stokach. Każdy ma to, co sobie wymarzy i wynajdzie.
Podjarani na maxa wiercimy się w bryce - jak wszystko tutaj, ona też jest XXL. Nagle wśród kosodrzewiny wyłaniają się budy z celnikami. Granica z Kanadą. Niby luzik, Paula wszyscy znają, miła bajerka typu jak tam, co tam. Mówimy, że jedziemy kawałek, bo mają fajne górki, a na noc wracamy do chawirki i że tak pojeździmy przez parę dzionków. Jest super miło, koleżka prosi o paski i wertuje jakiś czas. Chodzi, pyta, dzwoni, wraca i oznajmia, że Polaków jeszcze tu nie mieli, ale do Kanady to przydałyby się nam wizy. Zdziwko wielkie, bo nie spodziewaliśmy się na tych zadupiach takich akcji. Tylko Kasia jest szczęśliwą posiadaczką wizy, a ja, Misiek i Lucjan mamy niby bąknąć po 150 dolców za wjazd. Jest to w cholerę cena zważywszy, że wieczorem chcemy wracać. A jak się okazuje, jutro znów trzeba będzie zabecalować za wjazd do kraju pachnącego żywicą. Wspólnie z Paulem i miłym panem z granicy dumamy, co począć. Ostateczna decyzja jest taka, że wracamy na 26 milę po campowóz i wleczemy go z nami za granicę - my w nim mieszkamy na skraju lodowca, a Jeyson z kicią i Paul z Coleen śpią w chawirze dojeżdżając do nas każdego dnia by wspólnie pojeździć. Taki trik pozwoli nam wjechać do Kanady na kilka dzionków w cenie 150 baksów od łeba. Z ciężkim sercem wyskakujemy z kaski tylko dlatego, że Paul roztacza wizję mega jazdy po tamtej stronie pieprzonej granicy. Zresztą akcja ze spaniem w blaszanej budzie na pustkowiu całkiem nam się podoba.
Gdy dosiadamy snowmobili i gęsiego pociskamy w stronę górek ogarnia nas uczucie, które towarzyszyło zapewne pierwszym odkrywcom tych terenów. Tylko, że my ciśniemy 70 mpha, czyli koło stówki na godzinę. Specjalne maski i gogle pozwalają nam w ogóle złapać powietrze, a feel jest naprawdę zajebisty. Do tego pełne słońce, a krajobrazy bardziej przypominają plany z filmów science fiction niż te z gór, do których przywykliśmy. Ogromna śnieżno-lodowa pustynia wydaje się nie mieć końca. Im dłużej jedziemy, tym pewniej czujemy się na skuterach. Powoli zaczyna się mimowolne wyszukiwanie hopek, by coś zamieszać. Machiny mają mega kopa - początkowo mamy stracha przed ciśnięciem gazu na maxa, ale szybko się oswajamy. Załapaliśmy takiego wkręta, że prawie zapomnieliśmy, że skuter Paula ciągnie za sobą sanie z naszymi dechami. Nowa zajawka pochłonęła nas na maxa. Paul i Coleen w ogóle się nie dziwią.
Wreszcie zakładamy obóz na dnie dolinki - po obu stronach piki o niezbyt nachylonych dziewiczych stokach. Mamy plan pozwalający wyszaleć się - zarówno, jeśli chodzi o jazdę na skuterach, jak i jazdę na desce. Trzy maszyny porzucamy w dolinie, a na pozostałych wozimy się dwójkami od tylca na szczyt. Zabawa jest maksymalna. Drugi na skuterze dzielnie dzierży deseczkę, aby na niej zadać w dół, a kierujący wraca po następnego. Odkrywamy coraz to nowe żleby i nawisy, a nasza średnio stroma górka okazuje się mieć wszelkie wymarzone formacje i trudności. Ci, którzy właśnie odpoczywają w bazie, pstrykają fotki i kręcą film. Zbocza widać jak na dłoni, do tego t-shirtowa pogoda i to, że jesteśmy sami aż po horyzont. A tak naprawdę, to chyba jeszcze dalej.
Po ciemku docieramy do naszego pick-upa z zasadzonym na pace blaszanym domem. Nasi gospodarze spadają na jamę, a my pakujemy się na brykę. Instalujemy się powoli, Paul odpala generator, który ma nam zapewnić przetrwanie nocy, Coleen instruuje w sprzętach kuchennych, a przewidujący Jeyson zostawia wór zielska. Myślę, że tak wyposażeni przetrwamy nie tylko tę noc.
I przetrwaliśmy, choć generator płatał nam figle odcinając dopływ zbawiennego ciepła, a nasze kłótnie o to, kto ma wyjść na dwór, aby ponownie go odpalić, rozdzierały ciszę lodowej pustyni.
Z uśmiechem powitaliśmy promienie słońca, a zaraz po nich nadjeżdżającą ekipę. Dopływ słońca i świeżego żarcia to to, czego potrzebowaliśmy. Przyjaciół rzecz jasna też.
Dziś zapuszczamy się w głąb lodowca na ponad godzinę jazdy skuterami. Przed przełęczą, za którą czeka nas sąsiednia dziewicza dolina jest tak stromo, że na pełnym gazie nie jesteśmy w stanie dojechać. Na szczęście Paul jest zawodowcem.
W dół rozciąga się chyba najpiękniejsza panorama, jaką w życiu widziałem. Kasia decyduje się przypiąć deskę i tnie obok nas robiąc pierwszy ślad.
Po kilku minutach szalonej jazdy wypatruję wysokie na 20 metrów seraki lodowe. Dzioby wznoszące się ze zbocza. Już widzę mega kadry z jazdy pomiędzy nimi. Przypinamy deski i ciśniemy w ich kierunku - robię pierwszy spokojny zjazd, aby wyczaić teren. Takie miejsca lubią być pełne pułapek. Jest OK. Do drugiego zjazdu szykujemy się już wszyscy. Mam chytry plan przyczaić się z boku i porobić trochę fotek, jak załoga zjeżdża między lodowymi olbrzymami. Jedziemy po kolei, w pewnym momencie odbijam od starego śladu, aby znaleźć się w dobrym miejscu do fot. Niebo bez chmurki, słońce daje na maxa, światło wymarzone. Nagły trzask i zapadam się pod ziemię. Lecę odbijając się od lodowych ścian. Wszystko dzieje się tak szybko, że nic nie kumam. Lód spada w dół i leci mi na głowę. Szczęśliwym trafem jestem w kasku. Po chwili zatrzymuję się stojąc deską na kawałku lodu, który zaklinował się w szczelinie. O czymś takim czytałem tylko w książkach - jebutna dziura tak się zwęża pode mną, że boję się tam patrzeć. Do góry jakieś 20 metrów takiego lodu, że już wiem - o własnych siłach się stąd nie wydostanę! W tym miejscu gdzie wylądowałem szczelina jest szeroka na jakiś metr - prawdziwy cud, że nie wklinowałem się w nią parę metrów niżej. Plecaczek ze sprzętem, deska i kask niewątpliwie uratowały mi życie. Teraz rozumiem, dlaczego alpiniści wpadający do lodowych szczelin zazwyczaj zostają tam na zawsze. Ale do rzeczy - słaby to czas i miejsce na refleksje - próbuję pozbierać myśli. Na szczęście mam radio, wywołuję więc ekipę. Mam nadzieję, że widzieli gdzie mnie wcięło i nie podchodzą czasem do krawędzi, aby zapytać, co się stało. Wiedziałem, że zmorą snowboarderów na Alasce są lawiny i głównie pod tym kątem staraliśmy się oceniać śnieg i zbocza, ale szczelina ukryta pod śniegiem w niewinnym na pozór terenie, zaledwie kilka metrów od mojego pierwszego śladu...

Po dwóch godzinach mozolnej akcji przyjaciele wywlekają mnie z dziury na kawałkach lin służących do wleczenia sani za snowmobilami. To wszystko co mieliśmy, na pomoc z zewnątrz nie można tu liczyć. Na powierzchni wciąż świeci słońce i chyba jest jeszcze piękniej niż było. Ściskam się ze wszystkimi i wszyscy ze sobą. Paul i Coleen są naprawdę przerażeni. Jeyson skręca jointa, choć jest to działanie automatyczne, bo też jest cały blady. Swego rodzaju święto na środku lodowca. Kasi lecą łezki, mi z resztą też. Okazuje się, że chłopcy zabrali ją niemal znad szczeliny, gdy chciała zaglądnąć gdzie jestem. Mogło być naprawdę groźnie.
Tego dnia średnio już mamy ochotę na mocne akcje. Dosiadamy skuterów i powoli wracamy do bazy. Powoli, bo adrenalina przestała buzować i boli mnie dosłownie całe ciało. Przed każdą nierównością zwalniam prawie do zera i wcale nie poszukuję hopek...
Przez tydzień lizałem się z ran w pokoju dziecinnym naszych gospodarzy. Okłady i maści na niewiele się zdawały. Za to rząd lalek nad łóżkiem i mega widoki za oknem tworzyły niezapomniany klimat szpitala na peryferiach. Na szczęście okres powrotu do zdrowia zbiegł się w czasie z okresem dupówy. Wymarzone śmigło i tak nie mogło wzbić się z racji niskich, czarnych chmur, a jedyne zajęcie, jakie nam pozostało, to wycieczki po okolicy w poszukiwaniu łosia. Łoś, tak jak heli oraz jazda na snowboardzie i snowmobilu, należał do obowiązkowego punktu programu naszego tripa. Największą zaś zajawkę na jego wypatrzenie miała Kasia. Tak też się stało. Któregoś ranka, oczywiście na mokradłach nazwanych przez nas łosiowiskami, wypatrzyla tego cudnego i naprawdę wielkiego stwora. Gdy dopadliśmy z aparatami miejsca, gdzie przed chwilą nam się objawił, łosia już dawno nie było, a w krzonie pozostawił nam górę wciąż parujących bobów. Za to od tej pory łosie widywaliśmy niemal codziennie, a Kasia stworzyła na mapie Alaski mapę ich występowania.
Jeyson z panną wrócili do Juneau, Poul z Coleen pojechali po córke do Whitehorse w Kanadzie, a my w pozostawionej nam przez nich chałupce wyglądaliśmy błękitnego nieba.
Nadciągnął dzień wyjazdu Miśka, który niestety miał z nami spędzić tylko cześć tripa. Wieziemy go z posępnymi minami na prom w Hajnes, gdy nagle niebo się odsłoniło, a łaska pańska zstąpiła na nas. Nasza bryka zawinęła na piskówie o 180 stopni i zamiast do portu, pędziliśmy na 33 mile. Wypadliśmy w samą porę i wielkie było nasze zdziwienie, gdy na skąpanej w słońcu łące odziewał się w snowboardowe ciuchy... Jeyson! Jeb...iec! Jak się okazało dotarł jedynie do Haines, tam spotkał znajomków, zabalował, a rankiem dziwnym trafem zbudził się tutaj. Nie wkręcając się w szczegóły jego historii wywlekaliśmy dechy i zapinaliśmy detektory lawinowe, bowiem pilot już był gotowy. Jeszcze tylko szybka próba, czy każdy kuma działanie sprzętu i nasza piecioosobowa ekipa nakłada słuchawki by wzbijć się w niebiosa. Wszystko dzieje się tak szybko, że robienie fot to prawdziwa akcja. Nasza 33 mila robi się coraz mniejsza, aż znika zupełnie, a widok pod nogami rozwala nas na kawałki. Bujamy się w powietrzu w poszukiwaniu ekstra górki w takiej scenerii, że ciężko pozbierać myśli. Do tego walka ze sprzętem foto wciąż trwa... Jeyson, niewątpliwie bardziej oblatany od nas, wskazuje na pik z powiewającą, kolorową tasiemką. Przytakujemy i po kilkunastu sekundach śmigło siada właśnie na nim. Wyskakujemy po kolei wbijając się w śnieg po pas. Drzemy mordy z radości. Na szczycie miejsca jest akurat dla naszej ekipy - heli pikuje w dół. Za chwilę też ruszymy w tamtym kierunku, teraz jednak rozkoszujemy się ciszą i mega panoramą. Kręcimy się dookoła osi jak koniki na karnawałowej karuzeli.
Po kilku mocniejszych podmuchach kawałkami lodu w fejsy stwierdzamy, że czas już na nas. Ciśniemy w obranym najpierw kierunku delikatnie testując śnieg. Jedziemy wzdłuż grani, aby dotrzeć do miejsca, gdzie zaczyna się żleb, z równolegle do niego biegnącym śnieżno-skalny grzbietem. Wszystko jest potężnych rozmiarów i wydaje się, że nasz zjazd potrwa w nieskończoność.
Po kolei czujnie tniemy śnieg, by nie spowodować lawiny. Decha po paru metrach nabiera prędkości, a wywrotka może zakończyć się tragicznie na samym dnie doliny. Każdy wali swój ślad zachłystując się powietrzem i kosmiczną energią. Co kilkaset metrów zatrzymujemy się w dobrych miejscach łypiąc na pozostałych. Aparat już dawno odmówił posłuszeństwa wiec pozostaje czysta jazda. Chmury zamykają niebo - tniemy na maxa licząc na następny flay. Wielka szkoda, że wszystko dzieje się tak szybko. W końcu to 100 dolców na łeb, wiec akcja mogłaby potrwać nieco dłużej!
Prom, którym miał wracać Misiek dawno odpłynął, a następny za tydzień. Na szczęście, na składającym się z pasa startowego i blaszanej budy lotnisku udaje nam się znaleźć pilota i wyprawić awionetką Miśka do Juneau. Służba nie drużba... My zostajemy tu jeszcze kilka dzionków, totalnie uzależnieni czaimy się na heli. Potem wleczemy do Valdez i pod Mt. Mc Kinleya, ale to już zupełnie inna historia...
Tekst: i zdjęcia: Jacek Kudłaty
(snowBoard MDS nr 21, 2002)






