48/2010
.: Zawody / relacje z krajowych imprez
.: Michał Ligocki / po olimpijskim występie
.: SnowTour / pracowity miesiąc w Austrii
.: Kuba Dytkowski / wywiad
.: Sprzęt lawinowy / ekwipunek na wagę życia
.: BEO / Zwycięstwo Pauliny!
.: Śląsk / next level
.: Camper trip Transylvania / freeride'owa tułaczka
.: F.O.D.T. w Warszawie / tydzień ostrego jibu
.: Michał Ligocki / po olimpijskim występie
.: SnowTour / pracowity miesiąc w Austrii
.: Kuba Dytkowski / wywiad
.: Sprzęt lawinowy / ekwipunek na wagę życia
.: BEO / Zwycięstwo Pauliny!
.: Śląsk / next level
.: Camper trip Transylvania / freeride'owa tułaczka
.: F.O.D.T. w Warszawie / tydzień ostrego jibu


Zjazd jest niesamowity. Nikt przed nami tędy nie
jechał. Spod krawędzi wykwitają
kilkumetrowe śnieżne firany, przysłaniające wejście w kolejny skręt. Puch jest
lekki, a jazda w nim to czysta przyjemność. Właściwie, to bardziej pływanie,
niż jazda. Po kilku minutach takiego
napinania serce łomocze z powodu emocji i pokonanej szybko różnicy wysokości.
Od dobrych paru lat jestem maniakiem
snowboardowych wypraw na Ukrainę. Żeby nie wiem jak źle się układało, to każdy
wyjazd za wschodnią granicę kończy się happy endem, niczym w hollywoodzkim
szlagierze. Dlaczego tak się dzieje? Hmm... Sami się przekonajcie!
Dopiero
na statku płynącym z Bellingham do Juneau poczułem, że powoli zagłębiamy się w
naprawdę inny świat. Jest kwiecień - ani to lato, ani zima. To znaczy na dole
lato, u góry zima. Trzy dni totalnego chiloutu mają nas przygotować na mroźny
powiew innego świata. Nie kumamy nic poza tym, że Alaska to święte miejsce -
Mekka każdego freeridera. Trzy dni, bo tyle będziemy bujać się na fali wzdłuż
wybrzeży Kanady, podsycają nasze napięcie. Płyniemy wzdłuż wiosek traperów,
wylegujących się na brzegach fok i morskich lwów, za burtą, co jakiś czas
pojawia się płetwa orki. Płynąca z przeciwka barka, to prawdziwe wydarzenie i
powód do wyjścia na pokład.
Wszystko
zaczęło się na targach ISPO w Monachium, na których zostałem zaproszony do
pomocy w promowaniu mojego sponsora podczas podobnej imprezy w... Tokio. Mój
kumpel z teamu, Todd Mason, dostał tę samą robotę, więc wspólnie cieszyliśmy
się na ten egzotyczny wypad do Japonii. Był jednak jeden mały problem: to nie
miała być normalna snowboardowa wyprawa, lecz zwykły wyjazd w interesach.
Garniak, laptop i ble ble o kasie.
„O kurna! Ale zjeżdżalnia!" - wydusiłem z siebie między
jednym, a drugim sapnięciem „Prawie tysiąc metrów przewyższenia i średnie
nachylenie w granicach 45 stopni" - tyle tylko wystarczyło na streszczenie
dziesiątek zasłyszanych w kraju opinii na temat tej ściany. „O conasse!" -
wyrwało się Benkowi - „No może z wyjątkiem 60 stopniowej górnej partii" - dodał
po chwili nieco ciszej. Nie mogliśmy od niej oderwać wzroku. „Jeden błąd i
fruuuu - lądujesz kilometr niżej. Po
drodze zdążysz tylko pomachać chłopakom w obozie..."- przez głowę przelatują mi
wyjątkowo plastyczne projekcje opowieści, którymi hojnie uraczyli nas schodzący
w doliny wspinacze - puzzle, holenderski przewodnik, snowboard, narty,
szaleństwo... Żeby tylko nie okazało się, że nasz pierwszy wyjazd do Ameryki
Południowej będzie zarazem ostatnim.
Elbrus, wyglądający jak olbrzymie
mrowisko-kopiec, wznosi się na ponad pięć i pół tysiąca metrów i zdecydowanie
góruje nad pozostałymi szczytami południowo zachodniego Kaukazu. Co roku setki
głodnych wyzwań i adrenaliny podróżników zdobywa jego szczyt. W lipcu, który
jest najlepszym okresem do wspinaczki, baza wypadowa bardziej przypomina pole
namiotowe w jednym z nadmorskich kurortów, niż ostatni przystanek na drodze do
szczytu.
Dlaczego Kamczatka?
Dlatego, że jest to jedno z dwóch miejsc na świecie (oprócz Nowej Zelandii),
gdzie jeździ się na aktywnych wulkanach. Dlatego, że zawsze chciałem zjechać z
gór prosto na plażę oceanu. Dlatego, że jest to zakątek niezwykle dziki,
nieskażony turystyką i wyciągami. Dlatego, że zima trwa tam prawie 9 miesięcy,
helikoptery są dość tanie (jeśli w ogóle można tak powiedzieć), a Rosjanie
całkiem spoko. Czego więcej trzeba do
spełnienia snowboardowych marzeń? Tylko odwagi...
...12, 13,
14, 15, kolejny krok. Ciężko opadam na kijki z trudem łapiąc oddech. Ostre,
pozbawione tlenu powietrze kłuje mnie w płuca. Przed oczami wirują ciemne plamy
- nie mogę się teraz poddać! Jeszcze tylko kilka kroków i dotrzemy na szczyt.
Jeszcze tylko kilka kroków, a potem wymarzona jazda! Na
szczęście wtedy nie wiedziałem, jak bardzo byłem w błędzie.
Kiedy
słuchałem historii o wielkich łosiach, w środku dnia przełażących przez ulicę
sennych miasteczek, traktowałem to jako wyssane z palca opowieści, nie warte
mojej zbytniej uwagi. Było tak do momentu, gdy z wielkim bagażem i deską pod
pachą wylądowałem na Alasce. Wtedy sytuacja zdecydowanie się odmieniła. Ale
zacznijmy od początku... 


