snowBoard MDS 54/2012
.: W poszukiwaniu głębokiego puchu / Polska i Słowacja
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron
.: SNB szklanym okiem / Rafał Wielgus
.: Wolak Brothers / wywiad
.: BURNin Snow / zawody
.: Śnieżne Eldorado / backcountry w Szczyrku
.: Się kręci! / street
.: SnowBiznes / Raven, Pathron



W zbiorowym przeświadczeniu jazda na desce to „wolność”, „przestrzeń” i inne takie chwytliwe slogany, ciekawe jednak, jak wielu spośród nas zdaje sobie sprawę, że na stoku obowiązują pewne zasady, które musimy respektować. Jeśli potraktujemy je zbyt „fristajlowo” to, poza narażeniem siebie i innych na niebezpieczeństwo, możemy zapłacić mandat, a w drastycznych przypadkach nawet pokryć koszty leczenia i transportu z gór – gdy ubezpieczyciel np. ze względu na „stan wskazujący” odmówi realizacji polisy. Taniej i bezpieczniej będzie więc, jeśli z grubsza zapoznamy się z tym, co na stoku robić można, a co wręcz przeciwnie.
Śmiganie w puchu, czyli niemal zawsze poza trasami zjazdowymi, jest jak narkotyk. W końcu śnieg jest cudownym białym proszkiem, otwierającym nowe możliwości, dającym poczucie wolności, potęgującym doznania... Nic dziwnego, że wielu riderów popada w całkowite uzależnienie i na widok nietkniętego stoku traci kontakt z rzeczywistością, a przy okazji instynkt samozachowawczy. Nie ma w tym nic złego, bo któż z nas jest w stanie, zachłystując się chwilami prawdziwego szczęścia, trzeźwo pomyśleć, jak niewiele dzieli go od tragedii. Ubiegłoroczny wypadek snowboardowy w Karkonoszach (niestety, śmiertelny) brutalnie przypomniał nam, że od rzeczywistości oderwać się nie sposób – zwłaszcza w górach. A z niebezpieczeństwa, związanego z freeriedem, musimy zdawać sobie sprawę, umieć je ocenić i podjąć najwłaściwszą decyzję.
Detektor, sonda i łopata stanowią wyposażenie, bez którego żaden freerider w krajach alpejskich nie ruszy się w góry. Ich brak nie stanowi przykładu na nonszalancję wobec samego siebie – spod lawiny własnoręcznie przecież się nie wykopiemy. To raczej sygnał, że gdzieś mamy życie innych riderów, którym nie będziemy w stanie pomóc. Detektor lawinowy (zwany pipsem), jest urządzeniem nadawczo-odbiorczym, umożliwiającym odnalezienie pod śniegiem ofiary lawiny – oczywiście pod warunkiem, że ofiara również posiada detektor, nastawiony na nadawanie. W zależności od modelu i producenta, poszukiwanie odbywa się w oparciu o sygnał akustyczny lub świecące diody (proste modele analogowe), albo o wskazania ciekłokrystalicznego ekranu (zaawansowane modele cyfrowe), z którego dowiedzieć się można: jaka odległość dzieli nas od nadajnika osoby zasypanej, z jakiego kierunku otrzymujemy sygnały, lub ile ofiar jest pod śniegiem.


